Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

3 lutego 2016

Opowieści, które nas tworzą

12

O sobie i swoim życiu myślimy opowieściami. Jesteśmy częścią tej opowieści i jej bohaterem. Każdego dnia dopisujemy do niej kolejny fragment. Czasem jest to powieść przygodowa albo romans, czasem dramat, wręcz horror.

Nic nie jest pewne. Nie ma praw[-]dy absolutnej. Na żadnej teorii nie można się oprzeć. Taki jest klimat postmodernizmu. Ten klimat i związane z nim zwątpienie w istnienie jednej i spójnej teorii nie ominęły dziedziny tak czułej na wpływy kultury, jaką jest psychoterapia. Ów programowy sceptycyzm może niepokoić etyków, teologów czy pedagogów. Jednak dla wielu psychoterapeutów, a zwłaszcza terapeutów rodzinnych, właśnie owa niepewność i wielowersyjność świata jest punktem wyjścia dla coraz bardziej popularnego podejścia. Jak można je nazwać? Pojawia się kłopot – oto bowiem napotykamy tu na iście postmodernistyczne zamieszanie. Mówi się o „podejściu konstrukcjonistycznym”, o „terapii narracyjnej”, „terapii opartej na współpracy”, o „modelu opartym na współpracy językowej”. Niekiedy wprost nazywa się je „terapią postmodernistyczną”... To tylko niektóre z nazw stosowanych przez terapeutów i używanych w podręcznikach dla opisania psychoterapii, którą charakteryzuje sceptycyzm do teorii, zwątpienie w eksperckie możliwości terapeuty, zgoda na wielość – często wykluczających się – wersji rzeczywistości. Punktem wyjścia tego podejścia jest idea, że nasza rzeczywistość zależy od języka, jakim ją opisujemy, a nie odwrotnie! Dziwne? A jednak...


Czy podejście konstrukcjonistyczne wynika tylko z przykrej konstatacji, że dotychczasowe szkoły terapeutyczne – zarówno te uświęcone kilkudziesięcioletnią tradycją, jak i te najnowsze, jeszcze nieświadome swych ograniczeń – nie zawsze i nie każdemu pomagają? A może sceptycyzm postmodernistycznych terapeutów jest oparty na skądinąd udowodnionej w badaniach okoliczności, że o powodzeniu terapii nie tyle decyduje ten czy inny model terapii, ile tzw. czynniki nieswoiste, na przykład relacja z terapeutą, więź z grupą czy wręcz wydarzenia życiowe niezwiązane bezpośrednio z terapią?
Owszem, powyższe przesłanki wzmacniają tezę, że w ogóle, więc także w psychoterapii nie ma nic trwałego i raz na zawsze prawdziwego. Lecz konstrukcjoniści za punkt wyjścia przyjmują założenie pozytywne, przez inne szkoły terapeutyczne na ogół lekceważone: to język tworzy rzeczywistość, a nie jest – jak mogłoby się zdroworozsądkowo wydawać – jedynie jej odzwierciedleniem. Ów język właśnie decyduje nie tylko o tym, co myślimy, ale także co dostrzegamy. Nie dostrzeżemy bowiem tego, czego nie potrafimy nazwać.

Za co się nie wezmę, to mi się uda


Język, a ściślej to, jakie będziemy poprzez język nadawać znaczenia naszym obserwacjom i zachowaniom, okazuje się decydujący: wpływa na to, jak nam się żyje, jak definiujemy problemy, jak sobie z nimi radzimy. Znane rozróżnienie między osobą, która dostrzega szklankę do połowy pustą, podczas gdy ktoś inny widzi szklankę do połowy pełną, to najbardziej banalny przykład właśnie konstrukcjonizmu społecznego: tak się moje sprawy potoczą, jak je nazwę. Żeby to chodziło tylko o szklankę wody... Ale przecież tak samo się dzieje – zauważą terapeuci narracyjni – z całym naszym życiem. Bo jakże inaczej toczy się życie kogoś, kogo motto życiowe brzmi „Do czego się nie wezmę – nie uda mi się” i kogoś, kto o sobie myśli, że jest dzieckiem szczęścia i że „będzie w porzo”. Mówiąc w uproszczeniu: mamy tu do czynienia z samospełniającą się przepowiednią. Ktoś, kto uważa, że jego życie to „droga przez mękę”, będzie z rzeki codziennych wydarzeń wyławiał tylko to, co potwierdzi jego motto. I tu zbliżamy się do podstawowej idei terapii: praca nad autobiografią pacjenta, to próba zakwestionowania dotychczasowego opisu. Tego opisu, który zawierał osłabiające, obniżające czy deprecjonujące przekonania na własny temat. I stworzenia takiego opisu, który będzie wzmacniać pacjenta.

Z winy języka


Mógłby ktoś powiedzieć, że wzmacniające przekonania na swój temat mają, owszem, ważne znaczenie. Ale gdy pojawi się konkretny problem życiowy, to niezależnie od tego, czy jesteśmy optymistami, czy pesymistami – i tak musimy się z nim zmierzyć. Tymczasem konstrukcjonista zauważa, że rzecz jest bardziej złożona, a zaczyna się właśnie w języku. Strategia postępowania i przebieg wydarzeń będą zależały od tego, jak dany problem zdefiniujemy, jakiej użyjemy dla niego nazwy. Mało tego, czegoś, co dla jednego jest problemem, ktoś inny nawet nie zauważy. Już sam ten fakt będzie kreować przebieg wydarzeń. Oto drobny przykład z socjologii medycyny. Wielu z nas od czasu do czasu odczuwa drobne, przemijające „dyskomforty” somatyczne. Niewielu z nas to zauważa i tym się przejmuje, a jeszcze mniejsza grupa nazwie to objawem czy dolegliwością i pójdzie z tym do lekarza. Język nie jest więc „niewinny”, a to, w jaki sposób jest w nas obecny, a zwłaszcza to, w jaki sposób przy jego pomocy opisujemy siebie i relacje ze światem, decyduje o naszym życiu często w większym stopniu niż – wydawałoby się – twarda rzeczywistość. Odwołajmy się do prostego przykładu. Jakże inaczej będę rozmawiał z kimś, gdy myślę o nim, że jest uparty i złośliwy niż wtedy, gdy uznam, że ma silną wolę, ale nie potrafi wprost ujawniać swoich emocji. Mógłby ktoś powiedzieć, że to jedynie trik językowy. A jednak w pracy terapeutycznej wspólne budowanie – przez terapeutę i klientów! – innego opisu może otworzyć nowe, często zaskakujące i wyprowadzające z impasu perspektywy.


Mowa jest o „wspólnym budowaniu”. Nieprzypadkiem przy określeniu „konstrukcjonizm” niemal zawsze pojawia się przymiotnik „społeczny”. Rzeczywistość jest bowiem – jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało – negocjowana społecznie. Mówiąc prościej: moje spostrzeganie świata jest wpisane w kulturę....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy