Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

1 grudnia 2021

NR 12 (Grudzień 2021)

O nie/wierze w istnienie własne

0 422

Staliśmy w korkach na skądinąd niedługiej drodze z podstawówki mojego syna do naszego wtedy jeszcze krakowskiego mieszkania. Nauczyłam się nawet lubić te korki i czas, który dzięki nim spędzaliśmy razem, być może dlatego, że korki, obok mycia naczyń, stanowią absolutnie ulubiony przykład autorów i autorek książek w nurcie zen, które namiętnie wtedy czytałam. To właśnie stojąc w korkach, mieliśmy, jak czytałam, najłatwiejszy do zaobserwowania wybór pomiędzy podkręcaniem swojej irytacji a braniem wdechów i wydechów. Łatwe do zauważenia było też, jak zerowy wpływ na długość korka ma poziom złości kierowców siedzących w puszkach swoich nieruchomych samochodów. Tak więc temat miałam opracowany – i jeszcze dodatkowo obok mnie siedział jeden z moich absolutnie najbardziej ulubionych ludzi, mój syn, który właśnie spędził osiem godzin swojego życia poza zasięgiem mojego wzroku. Moje przepełnione miłością matki serce było całkiem nieobojętne wobec tej okoliczności. I tak zaczynałam długą serię pytań. Jak było w szkole? (pytanie zadawane nieposkromionym chórem przez legiony rodziców, chociaż odpowiedź na nie jest zawsze taka sama). Kiedy formalności stało się zadość, ochoczo przechodziłam dalej: Co najdziwniejszego się dzisiaj wydarzyło? Kto jest teraz twoim ulubionym kolegą i ulubioną koleżanką? Czego najciekawszego dowiedziałeś się na lekcjach? Mój syn grzecznie odpowiadał mi na te pytania, a ja nie ustawałam w ich zadawaniu – aż do dnia, kiedy uprzejmie poprosił mnie, żebym zadawała mniej pytań. Stworzyliśmy wtedy formułę o nazwie „zasłonka” – kiedy mówił „zasłonka”, oznaczało to, że potrzebuje posiedzieć sobie w milczeniu. 
Kiedy dzisiaj o tym myślę, trochę mi głupio, że sama nie zorientowałam się w swojej napastliwości. Ale też uderza mnie jeszcze jedno – zdecydowana większość moich pytań miała charakter rankingowy. Chociaż teoretycznie były to pytania otwarte, żeby na nie odpowiedzieć, mój małoletni rozmówca potrzebował stworzyć ranking – to było mniej ciekawe, to bardziej, do tego kolegi mi bliżej, do tego dalej, to mnie zdziwiło więcej, a to mniej. 
Chwała światu za stopniowalność, za to, że coś jest lepsze, a coś gorsze, za zielone i czerwone światło, za mecze, przy oglądaniu których można się w szaleńczy sposób ekscytować tym, że w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie nasz napastnik strzela z wolnego rozstrzygającego gola, który daje nam pewny awans do ćwierćfinałów czegoś tam. A jednak kiedy poszatkujemy i ułożymy w rankingi każdy aspekt swojego dnia, ustawimy w rządku od najfajniejszego do najmniej fajnego wszystkich swoich kolegów i koleżanki z klasy czy biura, wszystkich kierowców Ubera, knajpy i rozmowy na infolinii, kiedy ogwiazdkujemy już wszystko – coś zostaje stracone. Być może właśnie to, co się rankingom wymyka. 
Najbardziej męczące wydaje mi się, że spod tego tańca naszego kciuka, ciągle unoszonego raz w górę, raz w dół, nie ma jak wyjąć siebie samego. Jeśli jestem w świecie oceny, sama jej podlegam i sama ją sobie funduję. Zresztą być może od tego wszystko się zaczyna – od mojego własnego, towarzyszącego mi strachu o to, jak wypadnę w cudzym i swoim własnym rankingu. I tu wjeżdża na scenę naszego wewnętrznego teatrum jedno z najdziwniejszych p...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy