Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

15 kwietnia 2021

NR 5 (Maj 2021)

O drzewach, które zawołały

24

Kiedy stałam na tarasie i patrzyłam na drzewa, czułam, że Coś mnie zawołało, jakaś Dusza, cholera wie czyja – Cohena, moja własna, Boga, Bogini? Ludzie szukają imienia dla tej Siły, a potem kłócą się i zabijają wokół tego, że znaleźli dla niej różne imiona.

To była dziwna, ciężka noc. Z ósmego na dziewiątego listopada 2016 roku ważyły się losy prezydentury w USA. Bardzo nie chciałam, by Trump wygrał. Koło północy postanowiłam spróbować zasnąć, wciskając do uszu stopery, aby nie słyszeć informacji płynących z CNN, który niezmożenie piętro niżej oglądał mój mąż. Kiedy śpimy, chociaż wiemy, że coś właśnie się waży, jakiś kawałek nas burzy się przeciwko idei, że moglibyśmy utracić czujność i zasnąć: Jak to, ty śpisz, a tam Trump może zaraz zostać prezydentem? Tak jakby ten kawałek w nas wierzył, że nasza czujność może coś spowodować albo powstrzymać. Ten właśnie głos co chwilę wybudzał mnie ze snu. Co dwie godziny wstawałam, wychodziłam na antresolę, patrzyłam na coraz bardziej alarmujące paski na ekranie telewizora i przygnębiona wlokłam się z powrotem do łóżka. W końcu obudziłam się o słynnej „czwartej nad ranem”. Tym razem nie usłyszałam telewizora, mój mąż spał już obok. Zrobiłam więc coś, co sobie przyrzekałam, że w łóżku robić nie będę – wzięłam do ręki telefon i weszłam na portal CNN. Potwierdziłam swoje najgorsze przeczucia, po czym przerzuciłam się na Facebooka. Jakiś mój znajomy, którego (jak to na Facebooku) nie znam, podlinkował newsa, dodając od siebie tylko trzy słowa komentarza: „I jeszcze to…”. Link zawierał informację o śmierci Leonarda Cohena. 

Leonard Cohen: jeden z najważniejszych ludzi w moim życiu, którego nigdy nie poznałam, ale czułam i dalej czuję do niego żywą miłość. I jeszcze to. Nie uwierzyłam. Rzuciłam się – wciąż leżąc w łóżku – w jakieś inne portale i tam niestety znalazłam potwierdzenie. Zabrakło mi tchu w piersiach. I wtedy poczułam coś, czego nigdy wcześniej ani nigdy później nie doświadczyłam – poczułam, że potrzebuję natychmiast zbiec na taras i zobaczyć drzewa. 

Drzewa? 

Nie rozumiałam o co mi chodzi. Noc była chłodna. Narzuciłam płaszcz i prawie wybiegłam na taras: jabłonie, brzozy, śliwy, dęby, graby w moim ogrodzie stanęły do zadania, chociaż nie rozumiałam, na czym ono polega i dlaczego tylko drzewa mogą je wykonać. Po co zerwałam się z łóżka i dlaczego tylko drzewa mogły nieść mi jakieś ukojenie tamtej okropnej nocy, kiedy Trump wygrał, a ja dowiedziałam się, że Cohen od lat chorujący już wtedy na białaczkę dwie doby wcześniej przewrócił się, po czym w noc po tym upadku umarł we śnie? Przypomniało mi się wtedy, że Cohen powiedział kiedyś: „Drewno nigdy nie umiera”, tłumacząc swoją miłość do hiszpańskiej cedrowej gitary. 

POLECAMY

Kiedy stałam na tarasie i patrzyłam na drzewa, czułam, że Coś mnie zawołało, jakaś Dusza, cholera wie czyja – Cohena, moja własna, Boga, Bogini? Ludzie szukają imienia dla tej Siły, a potem kłócą się i zabijają wokół tego, że znaleźli dla niej różne imiona. Ja w każdym razie czułam, że Coś stanęło po mojej stronie. Coś, co było z porządku Natury, czyli paradoksalnie, z porządku ponadnaturalnego. Nie rozumiałam tego, ale zaczęłam oddychać głębiej i wreszcie zaczęłam płakać. 

Sprasowywanie świata do tego kawałka, k...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy