Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , miłość

19 lipca 2019

Niebezpieczne związki

197

Zdarza się, że spotykamy kogoś, kto idealnie do nas pasuje - jak druga połówka jabłka. Wydaje się stworzony dla nas. A potem wszystko się wali, zaczynają się ciągłe kłótnie. To, co nam się w partnerze podobało, teraz drażni i złości. Dlaczego?

Jacek wydał się Aldonie nieoszlifowanym diamentem. Postanowiła, że zajmie się jego obróbką, by świat zobaczył, jaki naprawdę jest. Fascynował ją od pierwszej imprezy w pracy – nieco tajemniczy i mroczny. Mówiono, że miał za sobą trudny związek, że bierze narkotyki, jest konfliktowy, radykalny. To jeszcze bardziej ją pociągało – był inny niż wszyscy. Jackowi z kolei podobało się, że Aldona patrzyła na niego nieustannie z zachwytem, że umiał rozbawić ją do łez i potrafiła go słuchać, jak nikt dotąd. Wydawało się, że niewiele potrzeba jej do szczęścia. Gdy zamieszkali razem, było już gorzej – przyszły załamania i depresje Jacka, „leczone” narkotykami i alkoholem. Kiedy wylali go z pracy, utrzymywała go. Wciąż nie przestawał jej fascynować. Słuchała jego historii o tym, że wszyscy wokół są totalnymi kretynami i wierzyła we wszystko, co mówił. Przecież był najbardziej błyskotliwym copywriterem w agencji. Była przekonana, że świat nie poznał się na nim i nie dostrzega w nim tego, co ona umiała zobaczyć.

POLECAMY

Co ja w tobie wtedy widziałam?

Nie przypadkiem wybieramy tego a nie innego partnera. Zakochaniu, poza miłością, towarzyszy często ogromna nadzieja, z której nie zdajemy sobie sprawy. Liczymy, że partner uleczy nasze dziecięce niedobory lub rany. A im są one głębsze, tym większe nasze oczekiwania. I od tych oczekiwań wszystko się zaczyna.

Na historii Aldony i Jacka prawdopodobnie zaciążyła pierwotna potrzeba czucia się kimś wartościowym i ważnym. Aldonę przyciągnęła wyjątkowość Jacka. Wierzyła, że związek z kimś takim sprawi, że również ona poczuje się wyjątkowa i wartościowa. On uwielbiał zachwyt, jaki widział w oczach Aldony. Przy niej czuł się ideałem i takim pragnął dla niej być. Chcieli dawać sobie totalną uwagę, podziw i zachwyt. Pod tą potrzebą skrywało się doświadczenie pominięcia i odrzucenia przez rodziców. Oboje nie czuli, że są ważni sami z siebie, bez względu na to, co inni myślą, czują i mówią na ich temat. Łudzili się więc, że znajdą kogoś, kto jak kroplówka będzie dostarczać im poczucia wartości. I wydaje się, że znaleźli.

Trudno uwierzyć, że być może najważniejsza z podejmowanych przez nas decyzji, czyli wybór życiowego partnera, zależy od czynników, których sobie zwykle nie uświadamiamy. Trudno też przyjąć, że ci, którzy byli zobowiązani do miłości i troski – nasi rodzice – dali nam jej na tyle mało, że wchodzimy w życie z niezaspokojoną w dzieciństwie potrzebą jak z otwartą raną. Nosimy ją, nie zdając sobie sprawy z jej wpływu na nasz los.



Któregoś dnia spotykamy kogoś i bezwiednie wyczuwamy, że spośród wielu osób tylko ta jedna odpowiada na potrzeby, których nie zaspokoili nasi rodzice. Rozpoczyna się nieujawniona, skrywana przed sobą nawzajem gra partnerów, której przyczyną jest ten sam nierozwiązany wewnętrzny konflikt. Rozgrywają go, przyjmując różne role, co stwarza wrażenie, że ta druga osoba jest zupełnym przeciwieństwem. A tak naprawdę partnerzy dopasowują się w tym, czego im brakuje.
Tę bezwiedną grę w relacji szwajcarski terapeuta par Jürg Willi nazywa koluzją i opisuje w książce Związek dwojga. Termin małżeństwo koluzyjne wprowadził inny terapeuta par, Henry V. Dicks w książce Marital Tensions. Obaj dowodzą, że korzenie późniejszych problemów pary pojawiają się już w momencie wyboru partnera.

Uwikłanie

Nasze dziecięce potrzeby mają dwa bieguny – uważa Jürg Willi. Pierwszy z nich – regresywny – to powrót do dziecięcych sposobów zachowania. Tak właśnie reaguje Jacek, gdy potrzebuje totalnej uwagi partnerki, by czuć się kimś wartościowym. Drugi z biegunów – progresywny – oznacza próbę przezwyciężenia własnej słabości przez fasadę „dorosłych reakcji”. Tu przykładem jest Aldona, dająca partnerowi uwagę i wartość, dzięki czemu sama może się poczuć ważna.
Ich związek przypomina relację między karmiącą matką a niemowlęciem. Ona daje – ono bierze. Aż dziecko dorośnie i samo zacznie dawać. Aby jednak umieć dawać, najpierw samo musi się nasycić.

Każda relacja zakłada ten podział ról – na dawcę i biorcę – i wzajemne dopasowanie. Często jesteśmy w konflikcie między tym, ile potrzebujemy wziąć, a ile jesteśmy w stanie dać partnerowi. Zależnie od doświadczeń z rodzicami wchodzimy w życie nastawieni bardziej na dawanie lub na branie. Potocznie uważa się, że po prostu ludzie dzielą się na altruistów, którzy dają, i na egoistów, którzy tylko biorą. W rzeczywistości w każdym z nas jest nastawienie i na branie, i na dawanie. Tyle że jeden biegun jest zwykle bardziej na wierzchu, a drugi silniej skrywany w nieświadomości, wyparty. Dlaczego? Z powodu lęku.

Dostający uwagę Jacek boi się ją okazać, bo kto wtedy da ją jemu? Jeśli da ją Aldonie, być może sam nie dostanie tego, czego tak bardzo potrzebuje. Poza Aldoną nie zna przecież innych źródeł uwagi. Przede wszystkim nie czuje ich w sobie, bowiem nie nasycił się uwagą rodziców w dzieciństwie na tyle, by móc dawać ją bez lęku, że sam jej nie otrzyma.
Zgodnie z koncepcją Willego przyciąga nas uczuciowo osoba, która ma jawny ten biegun potrzeby, który u nas jest wyparty: dawca przyciąga biorcę i odwrotnie. Tak zaczyna się uwikłanie: podziwiany znajduje podziwiającą (Jacek Aldonę), a podziwiająca – kogoś, kogo może podziwiać (Aldona Jacka). Dopasowują się jak dwie połówki jabłka, tworząc koluzję – wspólną nieświadomą grę o tym samym temacie.

Układ musi runąć

Wszystko się zmieniło, gdy umarł ojciec Aldony. Miał 63 lata, tętniak spowodował nagłą śmierć. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo był jej bliski. Któregoś dnia, kilka miesięcy po jego śmierci, obudziła się w łóżku ze śmierdzącym narkomanem i degeneratem. To był Jacek. Obok wstrętu miała poczucie, że została wykorzystana. Jego krytyczne tyrady do świata nagle wydały się jej bredniami, a erudycja – pustą gadaniną, której nie można włożyć do garnka. Powiedziała: dość. Teraz ona chce być w centrum. Jackowi trudno było dostosować się do tej wolty. Poszedł co prawda na odwyk, na terapię grupową – ale trwało to długo. Aldona zaś chciała natychmiast zapłaty za lata, kiedy próbowała „szlifować diament”. Tymczasem Jacek już tak nie potrzebował jej podziwu – teraz miał zespół „żołnierzy” w sieciowej grze. Oni idealizowali swojego „wodza”, czyli Jacka. To pogłębiało rozpacz Aldony. Zaczęła się okrutna wojna – zabierała mu pieniądze, wzywała policję, straszyła rozstaniem.

Koluzyjny układ prędzej czy później musi runąć, ponieważ dawca czuje się przeciążony i chce wreszcie zacząć brać, a biorca wciąż domaga się więcej. Załamanie następuje zazwyczaj pod wpływem ważnych dla pary wydarzeń. Dla Aldony takim doświadczeniem była śmierć ojca. Dotąd to ona w parze była silna, dawała. Zarabiała, radziła sobie, zajmowała się Jackiem i dzięki temu czuła się niezbędna – bo tylko ona go rozumiała. A zajmując się nim, wypierała bolesne poczucie bycia niewidzianą przez rodziców. Nie pamiętała – bo wyparła – że ojcu była potrzebna tylko do rozgrywek z matką. Tak naprawdę jej potrzeby nie liczyły się wtedy.

Swoją słabą część umieściła w Jacku – on przyjął rolę biorącego. Jej zachwyty utwierdzały go w poczuciu bycia najważniejszym, najmądrzejszym, lepszym od innych.

W głębi duszy skrywał jednak pogardę, nawet dla otaczającej go uwagą Aldony. Bez jej podziwu stawał się depresyjny. Wciąż czuł się nieważny, zwłaszcza dla swojego ojca, który zostawił go, gdy Jacek miał 5 lat i nawet nie płacił na niego alimentów. Tymczasem Aldonie po śmierci jej ojca wspieranie Jacka przestało wystarczać do budowania poczucia własnej wartości. Wypierane dotąd potrzeby wyszły na jaw. Teraz ona zapragnęła być ważną dla męża. Ważniejszą niż jego ukochana gra, niż alkohol czy kokaina. Ważniejszą niż ktokolwiek.

Zaczęła stawiać warunki, krzyczała, zdarzało się jej uderzyć męża. W takich momentach Jacek wymyślał jej od słoików i wiejskich dziewek, które nie mają pojęcia o świecie. Nie chciał oddać pozycji tego, kto zawsze ma rację. Oboje doświadczali takiego samego konfliktu wewnętrznego: jak poczuć się ważnym dla samego siebie. Związek miał być dla nich lekarstwem. Sęk w tym, że przyciągnął ich partner zmagający się dokładnie z takim samym problemem. Podobnie było z Martyną i Michałem, choć ich koluzyjna gra toczyła się wokół innego tematu.

Kto się mną zaopiekuje?

Poznali się na portalu dotyczącym zdrowego odżywiania. Martyna była właśnie w trakcie trudnego rozwodu, walczyła o dziecko. Michał był zapracowanym przedsiębiorcą i doświadczał pierwszych oznak wypalenia. Spotkanie z Martyną dało mu zastrzyk energii. Wynajął dobrych adwokatów. Wywalczyli, co się dało. Zajął się nią, płacił za wspólne wakacje i prywatną szkołę jej syna. Martyna wydawała się to doceniać jak żadna z jego dotychczasowych kobiet. Spotkanie Michała było dla niej wygraną. Pojawił się wybawiciel, któremu mogła całkowicie powierzyć siebie i swoje problemy. Wreszcie ktoś się nią zaopiekował.

Ten typ związku Willi nazywa koluzją pomocnika. Michał był dawcą opieki, Martyna doświadczała jego nieustającej troski. O tym, że jest to polaryzacja ról, za którymi ukrywają się ich zranienia, przekonali się, gdy firma Michała wpadła w tarapaty.

Na rynek wszedł zagraniczny konkurent i zamówienia z dnia na dzień spadły o połowę. Wtedy Michał się załamał i rozchorował. Nie wychodził z łóżka. Garściami połykał lekarstwa. Martyna była bezradna, bo przywykła, że to Michał jest tym silnym i opiekuńczym. Coraz częściej słyszała, że teraz jej kolej, by ich utrzymać, przecież ma świetny fach – jest księgową. Po alkoholu wymyślał jej od pijawek. Wyliczał, ile dla niej zrobił. Czuła się oszukana. To nie z miłości troszczył się o nią? Spodziewa się zapłaty? Jak to nic nie robiła?! Zajmowała się domem, gotowała mu dietetyczne obiady – a teraz próbuje na niej wymóc prowadzenie księgowości... Odebrała to jako zamach na siebie. Zaczęły się konflikty, koniec był blisko.

Dlaczego Michał nie potrafił wybrnąć z trudnej sytuacji w firmie? Bo pod jego siłą i opiekuńczością ukrywała się regresywna potrzeba bycia karmionym dzieckiem. Kryzys w pracy stał się dla niego okazją, by pozbyć się roli opiekuna i bez poczucia winy zażądać opieki dla siebie. Jego historia kryła dramat niechcianego dziecka, wypędzanego boso na śnieg; dziecka, które było świadkiem awantur między rodzicami. Jego potrzeby schodziły na dalszy plan. Nadludzkim wysiłkiem zdobył wykształcenie, pracę i pieniądze. To pozwalało mu zapomnieć o tęsknocie za troską. Życie Martyny miało nie mniej dramatyczny przebieg. Kiedy miała 10 lat, jej ojciec wyprowadził się do innego miasta. Rozstał się z matką, ale dziewczynka nie rozumiała, dlaczego ją też zostawił. Później matka dostała pracę w innym mieście i wyjechała, powierzając Martynie opiekę nad młodszym bratem. Przysyłała pieniądze, co jakiś czas pojawiała się też babcia, by sprawdzić, jak dzieci sobie radzą. Owszem, radziły sobie, ale doskwierał im głód opieki.

Martyna w Michale znalazła rodzica, który rozumiał jej potrz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy