Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

8 lutego 2016

Jesteś cudem, stań się cudotwórcą

41

Jeśli myślisz, że jesteś zbyt mały, by wpłynąć na to, co się dzieje, to najwyraźniej nie znalazłeś się sam na sam z komarem w zamkniętym namiocie. Jakże często słyszymy złe wieści i myślimy: Dlaczego ktoś z tym czegoś nie zrobi?

Agnieszka Chrzanowska, Paulina Pająk i Dorota Krzemionka: – Jesteś cudem – tak zatytułowała Pani swoją ostatnią książkę. Jestem cudem – mówię sobie, ale bez przekonania. Jak to poczuć? Jak w to uwierzyć?
Regina Brett:
– Wielu z nas ma z tym problem. Sama przez większość życia czułam się nie jak cud, lecz jak wielka pomyłka. Nie kochałam siebie, nawet nie lubiłam. Miałam wrażenie, że w chwili moich narodzin Bóg mrugnął i nigdy nie dowiedział się, że przyszłam na świat. Pochodzę z dużej rodziny, rodzice mieli nas aż jedenaścioro. Kocham moich pięciu braci i pięć sióstr, ale jako dziecko miałam wrażenie, że ginę w tym tłumie. Czułam się najsłabsza w tym stadzie i zarazem bardzo samotna. Kiedy rodzice – jak moi – mają tak dużo dzieci, trudno im wszystkim okazać uczucie. Dlatego odczuwałam deficyt miłości, poszukiwałam jej. Angażowałam się w związki z mężczyznami, którzy mnie nie cenili, ponieważ ja sama nie ceniłam siebie.

Jak zmieniła Pani to nastawienie do siebie i swego życia?
– To nie stało się od razu. Najpierw byłam zagubioną nastolatką nadużywającą alkoholu. Wdawałam się w przygodne relacje. Poszłam na studia, ale nie wierzyłam, że je ukończę. Gdy miałam niespełna 21 lat, spieprzyłam sobie życie – przynajmniej tak wtedy czułam. Oblałam egzaminy na chemii, wyleciałam z zoologii, nie dokończyłam studiów z psychologii dziecka. W tym czasie zaszłam w ciążę – dowiedziałam się o tym fakcie tuż po tym, jak rozstałam się z ojcem mojego dziecka. Nie miałam pracy, nie wiedziałam, za co utrzymam siebie i dziecko. I czułam, że moje życie właśnie się skończyło. Tak naprawdę rozpoczynałam nowy rozdział, lepszy niż mogłam marzyć, ale wtedy o tym nie wiedziałam.

Podjęła Pani jednak ważną decyzję. A jak Pani pisze: „To, kim jesteśmy, wynika z wyborów, jakich dokonaliśmy”.
– To prawda. Urodzenie Gabrielle było najważniejszym wyborem, jakiego w życiu dokonałam. Nie byłam mężatką, w 1978 roku pachniało to skandalem, tym bardziej że moi rodzice byli gorliwymi katolikami. Niełatwo było im powiedzieć, że jestem panną w ciąży. Stchórzyłam, napisałam im o tym, przypięłam kartkę do lodówki i pojechałam na zajęcia w koledżu. Zastanawiałam się, co ze mną dalej będzie. To był najdłuższy dzień w moim życiu. Gdy wróciłam do domu, kartka znikła, lecz nikt nic nie powiedział. Potem jednak mama przyszła do mnie i zapewniła, że oboje z ojcem będą mnie wspierać. Popłakałyśmy się. Córka jest największym darem w życiu moim i moich rodziców, dała mi troje wnuków.

Bliscy wsparli Panią w tym momencie, nie zawsze jednak tak bywa. Wielu z nas jest na życiowym zakręcie, grunt chwieje się pod nogami i znikąd pomocy. Czujemy, że życie nas przerasta. Popełniamy bolesne pomyłki. Gdzie tu miejsce na cud?
– Wiele cudów zdarza się nam właśnie w takim życiowym bałaganie, gdy nasze życie jest w rozsypce. Pomyłki, jakie popełniamy, okazują się pełne cudów. Wystarczy, że przestaniemy je traktować jak błędy. One są tylko różnymi drogami, które wiodą nas do miejsc, gdzie warto dotrzeć. Wiele czasu upłynęło, nim zrozumiałam, że wszystko w życiu jest darem. Może nie takim, który sama bym wręczyła przewiązany wstążeczką, ale takim, który przypadł mi w udziale od losu. Większość z nas czuje, że ma zwykłe życie, czasem nudne, czasem poplątane, pełne bałaganu, albo wręcz tragiczne. Narzekamy na nie. A jednocześnie każdego dnia trwonimy okazje, by doświadczać radości i rozwijać się.

Jak to dostrzec? Jak zobaczyć, że życie jest wielką przygodą, którą warto przeżyć?
– Zamiast widzieć siebie jako kogoś nijakiego, a swoje życie jako pełne problemów i niepowodzeń, możemy przekonać się, że mamy niezwykłą moc: możemy sprawić, by inni ludzie uśmiechali się, mieli nadzieję i doświadczali uwagi i miłości. Naszej miłości. Cuda czekają, byśmy je odkryli. Codziennie na swojej drodze mijamy wielu cudotwórców, najczęściej wyglądają jak zwykli ludzie – nauczyciele, sprzedawcy, taksówkarze, kasjerzy, nasz fryzjer…

Albo pan z parkingu…
– To było niesamowite. Pewnego dnia roztrzęsiona wyjeżdżałam z parkingu. Przystanęłam, by zapłacić. Zwykle w takich miejscach ktoś przyjmuje pieniądze, nie patrząc nawet na nas. Lecz tym razem człowiek w budce uśmiechnął się, a nawet pobłogosławił mnie. Byłam zdziwiona. A on stwierdził, że błogosławi wszystkich, którzy w drodze przez swój dzień trafią na jego parking. Traktuje to jako swoją misję. Choć niewiele zarabia, uczynił ze swej pracy powołanie. Wszyscy możemy sprawić, by to, co robimy, zyskało znaczenie.

Zwykle jednak rezygnujemy ze zrobienia tego, bo myślimy: To nie ma sensu, nikt i tak tego nie zauważy…
– Odpowiem żartobliwie: jeśli myślisz, że jesteś zbyt mały, by wpłynąć na to, co się dzieje, to najwyraźniej nie znalazłeś się sam na sam z komarem w zamkniętym namiocie. Jakże często słyszymy złe wieści i myślimy: Dlaczego ktoś z tym czegoś nie zrobi? W tej sytuacji pomóc może tylko cud. A potem czekamy, aż się zdarzy, aż ktoś coś zrobi. Cudem jest to, co robi każdy z nas.

Więc, jak Pani pisze, „jeśli chcesz zobaczyć cud, sam bądź cudem”…
– Tak, drobną zmianą w nas możemy uczynić wielką różnicę w świecie. Żeby coś zmienić w swoim życiu, nie musimy zmieniać szefa, małżonka lub przeprowadzać się do innego miasta. Wystarczy, że każdego dnia decydujemy, by kochać osobę obok nas albo potraktować klienta tak, by poczuł się kimś ważnym. Wysłuchać tego, co ma do powiedzenia. Na wielką zmianę w życiu składa się wiele małych rzeczy. Kluczem jest robienie wszystkiego, co robimy, z miłością, niezależnie czy chodzi o mycie podłogi, lepienie pierogów, czy o usypianie dzieci, które przez cały dzień źle się zachowywały. Włóżmy więcej miłości w to, czym się zajmujemy, a sprawimy, że wszystko się zmieni.

„Najlepsze przed nami” – pisze Pani. Jak w to uwierzyć, gdy czujemy, że tracimy grunt pod nogami?
– W takich momentach pamiętam, że życie płynie jak rzeka. Wszystko się zmienia, a więc zrelaksujmy się i cieszmy z tej jazdy, nawet jeśli rzeka jest rwąca. Czasem poddajemy się zbyt wcześnie. Tak stało się z moją mamą. Nie byłyśmy sobie zbyt bliskie, zawsze brakowało mi pięknych momentów między matką i córką, jakie się widzi w filmach. Niełatwo to dostać od mamy, która ma aż jedenaścioro dzieci. W efekcie moje rodzeństwo i ja jesteśmy związani ze sobą, ale nie z naszą mamą. Niełatwo było zbliżyć się do niej. Gdy miała 75 lat, pomyślałam: Na co czekam? Napisałam 75 rzeczy, za które ją kocham, i dałam jej to w prezencie. Potem wzięłam ją do galerii handlowej, by kupiła sobie, co chce. Gdy po całym dniu spędzonym razem wracałyśmy do domu, powiedziała: „To są najlepsze urodziny w moim życiu”. Dla mnie też była to najlepsza chwila z nią. A może najlepsze jeszcze mamy przed sobą...
Po prostu musimy być cierpliwi.

Ważne, by nie przegapić takiej okazji. Zachęca Pani, by nie czekać na specjalne okazje, i już dziś zapalić świece, ubrać ekstra bieliznę. Jaki jest Pani przepis na pielęgnowanie obecnej chwili?
– Najlepszy przepis dała mi choroba nowotworowa. Wiele lat czekałam na miłość, aż w końcu tuż przed czterdziestką spotkałam wreszcie mężczyznę, który nosił mnie na rękach. Mojego męża. A rok później zachorowałam na raka piersi. Przeszłam operację, potem chemię, która spowodowała, że wyłysiałam i byłam bez sił. Musiałam poddać się naświetlaniom. To było wykańczające. Każdy następny zabieg przerażał mnie i zdałam sobie sprawę, że umyka mi cała magia, jaką jest życie. Wtedy zaczęłam praktykować coś, co robię do dziś. Każdego ranka nim wstanę, pozdrawiam nowy dzień i wszystko, co mnie w nim spotka. Obejmuję dłońmi twarz, zakrywam oczy i mówię sobie: Nie patrz na to, co było wczoraj i co będzie jutro, po prostu żyj dniem dzisiejszym. Tylko dziś jest ważne. Wczoraj może nas zepchnąć w żale i smutek. Jutro może spowodować, że będziemy się bać. Lecz z dziś, z tym jednym dniem życia, poradzimy sobie. Każdego dnia decyduję, że bez względu na wszystko będę dziś szczęśliwa. Decyduję, że ten dzień jest ważny. Nie muszę w nim robić nic nadzwyczajnego, ważnego, co poruszyłoby ziemię w posadach. Po prostu muszę wstać, ubrać się i odnaleźć się w tym dniu, w moim życiu.

Któregoś dnia podczas choroby spotkała Pani pewnego malarza pokojowego, a jego czapka okazała się pomocna…
– Kiedy spotkałam Franka, miał na głowie bejsbolówkę z napisem: Życie jest dobre. Przeszłam właśnie pierwszy cykl chemioterapii, za chwilę miałam wyłysieć. Chciałam wierzyć, że życie jest dobre, ale tego nie czułam. Spytałam, skąd wziął swoją czapkę. Dwa dni później zapukał do moich drzwi i wręczył mi taką samą. Byłam pod wrażeniem jego gestu. Razem z czapką dał mi ważną lekcję. Powiedział, że jego życiem rządzi jedno słowo: Mogę! Zamiast mówić: „Muszę iść do pracy”, Frank mówi sobie: „Mogę, mam taką możliwość”. Zamiast myśleć Muszę ściąć trawę, on może to zrobić. Zamiast narzekać, że musi zawieźć syna na trening piłki nożnej, on może! W ten sposób nauczył mnie, by być wdzięczną za wszystko, co mnie spotyka, a wtedy całe życie się zmieni. Czapka, którą mi dał, przyniosła mi szczęście. Gdy wypadły mi włosy, zamiast peruki wkładałam czapkę z napisem Życie jest dobre, to była moja odpowiedź na raka. Przekazałam ją potem innym chorym, i wszyscy przeżyli. W życiu otaczajmy się ludźmi pozytywnie myślącymi. Nie traćmy czasu z tymi negatywnie myślącymi. Niektórzy widzą szklankę do połowy pełną, inni – pustą. A ja lubię spędzać czas z tymi, którzy są szczęśliwi, bo mają tylko
szklaneczkę.

Cuda zdarzają się tylko w jednej chwili – obecnej. Niekiedy przegapiamy takie chwile, bo rozpamiętujemy, co zrobiliśmy wczoraj albo czego nie zrobiliśmy, lub co mogliśmy zrobić inaczej. Doświadcza Pani takich myśli?
– Przeszłość przygniata wielu z nas. Długi czas czuł...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy