Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

28 sierpnia 2019

„Nie mam zamiaru idealizować przeszłości”. 
Wywiad z Rafałem Cichowskim

50

— My wracaliśmy spod bloku ze startymi kolanami i podbitym okiem, współczesne dzieciaki noszą swoje rany w środku. To trudniej zauważyć — mówi Rafał Cichowski, autor powieści „Requiem dla analogowego świata”, z którym rozmawiamy o blaskach i cieniach dorastania w Polsce końca lat 90.

— My wracaliśmy spod bloku ze startymi kolanami i podbitym okiem, współczesne dzieciaki noszą swoje rany w środku. To trudniej zauważyć — mówi Rafał Cichowski, autor powieści „Requiem dla analogowego świata”, z którym rozmawiamy o blaskach i cieniach dorastania w Polsce końca lat 90.

Pana dwie poprzednie książki, „Pył Ziemi” i „2049”, to proza osadzona w klimacie science fiction. Tym razem, wydając „Requiem dla analogowego świata”, postanowił Pan zaskoczyć czytelników i wybrać nieco inną stylistykę, której bliżej do realizmu - choć nie brak w niej również swoistej magii, o czym za chwilę. Skąd pomysł na tak radykalną zmianę formy? Jak powstawała Pana najnowsza powieść?

Wszystkie moje książki mają swój początek w czymś bardzo niewielkim – to może być pojedyncze zdanie, postać, koncept fabularny, który podoba mi się na tyle, by zacząć go obudowywać w wydarzenia i dialogi. „Requiem…” zrodziło się podczas jednego ze spacerów po moim rodzinnym Kutnie, gdy uświadomiłem sobie, że miasto, które pamiętam z dzieciństwa, już nie istnieje. Zacząłem grzebać w archiwach i we własnej pamięci, żeby przywołać do życia świat sprzed lat, zanim kompletnie zniknie nam z oczu. Dla mnie przeskoczenie z klimatu SF do tego typu literatury nie było niczym niezwykłym, bo większość rzeczy, które napisałem (dla siebie i nigdy nie wydałem) jest osadzona we współczesnych realiach. Poza tym jako człowiek, który w życiu i w literaturze unika rutyny, czułem, że to dla mnie następny naturalny krok w rozwoju. Niestety, mój ówczesny wydawca nie podzielał tego zdania i naciskał żebym dalej pisał science fiction. Tak więc musiałem zmienić wydawcę.

Część osób stwierdzi zapewne, że idealnie wyczuł Pan moment i wstrzelił się w modę na lata 90. Festiwale inspirowane kulturą z tamtych czasów, imprezy dla fanów oldskulowych gier komputerowych, kolekcje popularnych sieciówek odzieżowych przypominające do złudzenia ciuchy bohaterów serialu „Beverly Hills 90210”... Miał Pan gdzieś z tyłu głowy myśl, że to się musi dobrze sprzedać?

Na całe szczęście nie utrzymuję się z pisania książek, więc mam ten niezwykły komfort tworzenia dla samej przyjemności tworzenia, niezależnie od mody i rynkowych trendów. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że lata dziewięćdziesiąte są od pewnego czasu wszechobecne w popkulturze i przekazie reklamowym, a „Requiem…” bardzo dobrze wpisuje się w ten nostalgiczny nurt, ale impulsem do stworzenia tej powieści była chęć powrotu do lat młodości, przyjrzenia się im z perspektywy, a nie pragnienie zarobienia paru złotych więcej. Co wcale nie oznacza, że będę zawiedziony jeżeli tytuł chwyci, a „Requiem…” trafi na listę bestsellerów. Mam w domu bardzo dobrą whisky, którą planuję otworzyć, gdy łączna sprzedaż moich książek przekroczy 10 000 sztuk, ale sądzę, że w tym roku jej się jeszcze nie napiję.

Dla wielu czytelników urodzonych po roku 80., lektura „Requiem...” będzie jak podróż w czasie albo wizyta w muzeum poświęconym Polsce z okresu transformacji. Tu jest wszystko: wyposażenie domów, jedzenie, kosmetyki, ubrania... Bardzo starannie opisał Pan całą „scenografię” tamtych lat. Korzystał Pan przy tym z jakichś dodatkowych źródeł czy zawierzył Pan jedynie własnej pamięci?

Pamięć jest zbyt zawodna. Obawiam się, że gdybym opisał lata dziewięćdziesiąte „z głowy” przedstawiłbym ich niepełny obraz, a ja od samego początku celowałem w realizm. W przypadku „Requiem…” spędziłem tyle samo czasu na zbieraniu materiałów, co na samym pisaniu. Rozmawiałem z mieszkańcami Kutna, przeglądałem archiwalne zdjęcia, czytałem artykuły i wspomnienia powodzian, szwendałem się po moim dawnym osiedlu, a nawet wspiąłem się na wiadukt kolejowy, żeby móc lepiej opisać jedną krótką scenę. Dla mnie to była niesamowita podróż w przeszłość, podczas której wróciły do mnie szczegóły, o których dawno zapomniałem. Te wszystkie przedmioty i miejsca tworzyły naszą codzienność. Z czasem przestaliśmy je zauważać, spowszedniały nam, ale wyciągnięte po latach z zapomnienia są w stanie opowiedzieć niejedną historię.

Z pewnością mnóstwo osób sięgnie po „Requiem...”, by przypomnieć sobie właśnie te specyficzne rekwizyty z lat 90. Ale warto zauważyć, że jest to też – a może przede wszystkim – bardzo wiarygodnie napisana historia o dojrzewaniu i mierzeniu się z lękami, które towarzyszą wchodzeniu w dorosłość. To powieść o przemijaniu, o tych magicznych momentach, w których zdajemy sobie sprawę, że coś dzieje się po raz ostatni i że nie ma sposobu, aby ten proces zatrzymać... Zależało Panu na tym, żeby czytelnik poczuł ten nostalgiczny klimat schyłku lata, a zarazem schyłku beztroskiego dzieciństwa?

To prawda, w „Requiem…” kończy się coś więcej niż tylko analogowy...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy