Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

11 kwietnia 2018

Nauczyłam się szukać pomocy

16

Bardzo długo uważałam, że dam radę bez względu na okoliczności, że sprawdzę się w każdych warunkach. Okazało się jednak, że nie jestem taka twarda. Teraz, kiedy czuję, że nie daję rady, szukam pomocy. Na szczęście mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć.

Ewelina Popławska (30 lat) jest młodszym ogniomistrzem i pracuje jako psycholog w Komendzie Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku. Jest też ratownikiem medycznym. Wychowuje czteroletnią córkę. Oryginalną urodę zawdzięcza temu, że jej rodzina ma korzenie tatarskie.

Piotr Żak: Jest Pani strażakiem i ratownikiem medycznym. Niedawno skończyła Pani psychologię i została psychologiem w straży. Wybiera Pani bardzo trudne zawody, nastawione na pomaganie ludziom…
Ewelina Popławska: Pomagać chciałam od zawsze. Marzyłam o tym, żeby pracować w wojsku. Wyobrażałam sobie, że najpierw zostanę ratownikiem medycznym, a potem będę pracowała w szpitalu wojskowym, jeździła na misje i pomagała żołnierzom. Chciałam też studiować medycynę, ale nie udało się.

Ratownictwo medyczne jest zatem czymś w rodzaju zamiennika za medycynę.
Tak, początkowo było takim zamiennikiem, ale teraz mnie wciągnęło. Podoba mi się praca w karetce: trudne warunki, adrenalina, szybkie działanie, pomoc.

Praca w straży czy w zespole ratownictwa medycznego oznacza nie tylko ratowanie ludzi, ale też konieczność radzenia sobie z ich śmiercią. Czy jest takie zdarzenie, które wciąż do Pani wraca pomimo upływu czasu?
To było specyficzne zdarzenie, bo połączone z obiema służbami. Nasz zespół ratowniczy pojechał wiosną do miejscowości koło Białegostoku. Ośmiolatek i jego starszy kolega wpadli do rzeki. Gdy przyjechaliśmy, na miejscu byli już strażacy. Jeszcze przed naszym przyjazdem jeden z nich wskoczył do wody. Sam znalazł w wodzie młodszego chłopca, ale nie mógł go wyciągnąć, bo ten zaplątał się w coś na dnie rzeki. Nurkowie robili wszystko, żeby chłopca wyciągnąć i odnaleźć drugiego. Wezwałam śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, żeby zapewnić szybką pomoc. Przyleciał
dosłownie po kilku minutach. Nurkowie wyciągnęli chłopca po 45 minutach od rozpoczęcia akcji. Wciąż mam go przed oczami: niebieskookiego, z ciemnymi włosami. Pamiętam dokładnie, jak był ubrany. Lekarz z zespołu LPR stwierdził jego zgon, bo tylko on to może zrobić. Później przyjechali rodzice, którym udzieliliśmy pomocy, bo nie byli w stanie się opanować. Byli też rodzice drugiego chłopca. I to było chyba jeszcze trudniejsze, bo oni nie wiedzieli, co się dzieje z ich synem. Jego ciało strażacy znaleźli znacznie później.

Rozmawiałem kiedyś z uczestnikami akcji ratunkowej prowadzonej w 2005 roku po zawaleniu się hali targowej w Katowicach. Mówili, że często wracają do nich różne szczegóły, niektóre bardzo drastyczne. Czułem, jakie to dla nich trudne. Przypuszczam, że Pani też tego doświadczyła.
Tak. Na przykład przyłapałam się na tym, że zwracam uwagę na chłopców wyglądających podobnie do tego, który utonął. Wciąż też pojawiają się takie migawki, flesze z akcji, i to w niespodziewanych sytuacjach, np. gdy robię zakupy albo bawię się z córką. Po mniej więcej roku spotkałam w jednostce jednego ze strażaków, którzy starali się ratować chłopców. Powiedział mi wprost, że ma do mnie żal o to, że wezwałam śmigłowiec i że nie reanimowaliśmy chłopca. Okazało się, że ani on, ani ja nie potrafimy pogodzić się ze śmiercią dziecka. To w ogóle był dla mnie trudny czas.

Domyślam się, że wydarzyło się coś dramatycznego w Pani życiu zawodowym albo osobistym.
Zmarł mój były mąż. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. Wydawało nam się, że świat stoi przed nami otworem. On jednak zachorował na raka. W trakcie jego leczenia urodziłam córkę, dzisiaj czteroletnią. Wzięliśmy ślub, ale nie poradziliśmy sobie z przeciwnościami i kilka lat temu rozwiedliśmy się. Wydaje mi się, że przede wszystkim nie potrafiliśmy zbudować czegoś, co można by nazwać jednością rodziny. Nie potrafiliśmy zbudować naszej, tylko naszej przystani rodzinnej. Być może dlatego nie byłam przygotowana na to, jak bardzo jego śmierć mnie dotknie. Minęło ponad pół roku od jego odejścia, a ja wciąż nie do końca wiem, co mam z tym zrobić. Ale wtedy, w trakcie choroby męża, poczułam, że mogę też dawać wsparcie psychiczne. Między innymi dlatego postanowiłam studiować psychologię.

Rozmawiała Pani z córką o tym, dlaczego taty już przy niej nie będzie? Jakiś czas temu żona i ja mocno spieraliśmy się z naszą znajomą, czy dzieci powinny od razu wiedzieć, co to znaczy, że umarł ktoś im bliski. Kiedy zmarł jej ojciec, nie zabrała swojego syna, wówczas kilkuletniego, na pogrzeb, tylko zostawiła go u nas. Uważała, że takie zdarzenia są za trudne dla małych dzieci. Minęło sporo czasu, zanim powiedziała chłopcu, co tak naprawdę stało się z jego dziadkiem. My natomiast wciąż uważamy, że nie powinno się oszukiwać dzieci w takich sprawach.
Ja czułam, że muszę córce jakoś o tym wszystkim powiedzieć, ale zastanawiałam się, jak mam to zrobić. Zwłaszcza że w ostatniej fazie choroby mąż tak bardzo zmienił się fizycznie, że córka nie chciała do niego podchodzić. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, żeby pójść do psychologa dziecięcego. To był naprawdę dobry pomysł. Dzięki tej rozmowie wiedziałam, jakich słów powinnam użyć, jak się zachować wobec córki, żeby jak najwięcej zrozumiała z tego, co się wydarzyło w jej życiu.

Udało się?
Myślę, że tak. Córka wie, że choć nie widzi taty,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy