Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

31 października 2017

Na dach świata

0 332

Na szlak ruszyliśmy, gdy „góry wyszły”. Na tle czystego po burzy nieba malował się ośnieżony szczyt – Machhapuchhre. Staliśmy jak zaczarowani, wydawało nam się, że od góry dzieli nas tylko kilka kroków.

Zdobyć najwyższy szczyt i postawić stopy na dachu świata – zawsze o tym marzyłam i pewnie jeszcze sporo czasu upłynie, zanim to się spełni. Przede wszystkim ze względu na koszty, bo ekspedycja na Mount Everest może kosztować co najmniej dwadzieścia tysięcy dolarów, a to kwota przewyższająca możliwości finansowe młodej lekarki. Los jednak dał mi szansę zobaczyć ośnieżone szczyty, gdy wyjechałam na blisko dwumiesięczny wolontariat do szpitala w Nepalu. Od razu postanowiłam zarezerwować sobie kilka dni na wyprawę w Himalaje.

Autostradą w tempie żółwia

W granicach Nepalu znajdują się najwyższe pasma Himalajów i więcej niż połowa wszystkich ośmiotysięczników świata. Ponad trzy czwarte kraju leży na wysokości około 6000 metrów nad poziomem morza. W kilku regionach Nepalu wyznaczono szlaki warte przebycia – większość z nich jest trudno dostępna, ponieważ specyfika kraju nie ułatwia organizowania tras komunikacyjnych między miastami. Dla przykładu, aby dostać się do podnóża Mount Everestu, trzeba skorzystać z transportu powietrznego. Lokalne samoloty zapewniają sprawne połączenia między odległymi regionami kraju, ale korzystanie z ruchu drogowego oznacza długie godziny spędzone w podróży.

Pokonanie 200 kilometrów dzielących stolicę Nepalu od drugiego co do wielkości miasta zajmuje nawet połowę doby. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, dopóki nie zobaczyłam nepalskiej autostrady: wąski, zdezelowany asfalt, na którym mogą zmieścić się maksymalnie dwa mijające się z naprzeciwka samochody, co uniemożliwia rozwinięcie prędkości. Podróż autokarem turystycznym trwa jeszcze dłużej, ponieważ pojazdy wycieczkowe są dostosowane do potrzeb ludzi z Zachodu, ale zupełnie nie do wymiarów jezdni. Każdemu, komu bardziej zależy na czasie niż wygodzie, polecałabym raczej korzystanie z busów przeznaczonych dla miejscowej ludności. Dla europejskiego podróżnego nie są zbyt wygodne, ale za to można w nich poznać miejscowe zwyczaje – przyjemnie jest posłuchać muzyki kompletnie odmiennej od tej, którą znałam z Europy.

POLECAMY

Ale po kilku godzinach indyjskie dźwięki zaczęły drażnić, tym bardziej że współpasażerowie mruczeli melodie pod nosem lub, co gorsza, śpiewali na głos. Kierowca szarżował wymijając pojazdy na krętej drodze, a siedząca obok mnie kobieta jak gdyby nigdy nic wydobyła z torby służący za nóż kawał naostrzonego metalu i zaczęła obierać nim jabłko. Do tego upał – klimatyzację w autobusie zapewniało tylko kilka sprawnych wiatraków rozmieszczonych pod sufitem – i częste postoje wymuszone przez wypadki na trasie.

Potęga żywiołu

W końcu jednak udało nam się dotrzeć do Pokhary, a potem do miejsca, z którego razem z przewodnikiem wyszliśmy na szlak. Po dwóch godzinach marszu po stromym, górskim zboczu wciąż mijaliśmy wioski – byłam zawiedziona, bo brakowało im dzikości himalajskich szlaków, o jakiej marzyłam. Co więcej, w pierwszym obozie, do którego dotarliśmy, była nawet dostępna sieć Wi-Fi. Do tego lało, z krótkimi przerwami na mżawkę, więc szczyty były szczelnie opatulone w kłębiące się deszczowe chmury. Z nadzieją patrzyłam na przewodnika, wierząc, że za chwilę podniesie mnie na duchu i obieca, że o tej porze roku taka pogoda to rzadkość. Niestety, wyjaśnił, że kwiecień to dopiero początek sezonu na wędrówki. Ciężkie cumulusy piętrzyły się na horyzoncie.

Następnego dnia wyruszyliśmy tuż po wschodzie słońca, którego wcale nie było widać zza zasłony ciężkiej mgły. Iskierka optymizmu budziła się we mnie, gdy mgła zaczęła unosić się i jakby przerzedzać, ale po chwili spadł na nas sążnisty deszcz, wymuszając postój. Głowa do góry – powtarzałam w myślach – po deszczu przychodzi słońce. Jak przestanie padać, wznowimy marsz w krajobrazie bajecznych szczytów. Himalaje okazały się jednak kapryśne. Choć ulewa trwała ponad godzinę, to nie przegoniła chmur, które zazdrośnie strzegły widoków.

Przez kilka godzin wspinaliśmy się po stromym zboczu. Nieustępliwie, krok za krokiem, minuta za minutą, wciąż pod górę. Z nieco ponad 1000 metrów nad poziomem morza na dwukrotnie większą wysokość. Sama już nie byłam pewna, czy wilgoć nasycająca ubrania pochodzi z pojawiającego się co i rusz deszczu, z pary, czy może to ja tak mocno się pocę. Wreszcie poczułam, że to Himalaje, a nie polskie Bieszczady. Niestety, głównie odczułam to w obolałych nogach, a nie krajobrazach. Maszerowaliśmy przez gęstwinę tropikalnego lasu. Choć zbliżało się południe, dookoła panował mrok. Promienie słońca, którym udało się przedrzeć przez zasłonę bujnej roślinności, skutecznie zatrzymywała gęsta, mleczna mgła. Powyginane, obrośnięte mchem i owinięte lianami drzewa przedstawiały obrazy, które w samotnym wędrowcy mogłyby łatwo wzbudzić grozę. Absolutną ciszę przerywał tylko odgłos kropel kapiących na leśne poszycie. Szliśmy we mgle, czy może już w chmurze?

Przemoczona i wyczerpana opadałam z sił. Tymczasem szlak bezlitośnie piął się w górę. I kiedy myślałam, że już gorzej być nie może, ciszę przerwał potężny grzmot. Cichutkie „kap, kap” nabrało mocy i tempa, aż w końcu zamieniło się w regularną ulewę. Zerwał się wiatr i burza rozhulała się na dobre, pioruny waliły jeden po drugim. Majestat żywiołu i wysokość, na jakiej się znajdowaliśmy, potęgowały wrażenie, że błyskawice uderzają tuż nad naszymi głowami. Myślałam, że nie jestem w stanie wykrzesać z siebie siły, a jednak adrenalina sprawiła, że pomimo bólu pobiegłam dalej, żeby jak najszybciej znaleźć schronienie.

Góry wyszły!

Obozowisko położone było na wysokości ponad 3000 metrów nad poziomem morza: podłużny budynek z niedużymi pokojami mieszczącymi po dwie prycze każdy. Na środku placu drugi budynek, przestronniejszy, pełniący funkcję stołówki. Drewniane stoły rozstawiono pod ścianami, a na środku umieszczono starą, pordzewiałą beczkę, służącą za piec, wokół którego skupili się przemarznięci wędrowcy. Gdy tylko weszliśmy, rozmowy ucichły, a zaciekawione twarze obróciły się w moim kierunku. Nim zdążyłam zrzucić ociekający wodą kaptur, wolne miejsce przy palenisku już czekało.

Spędziliśmy popołudnie, rozmawiając i popijając herbatę z metalowych kubków. Na sznurkach rozwieszonych nad piecykiem suszyły się nasze ubrania. Zapach wędzonki na odzieży nikomu nie przeszkadzał. Brak prysznica również. Żadna z osób, które dotarły do obozowiska, nie znalazła się na szlaku przypadkiem. Czekała nas jeszcze dalsza, niezwykła droga – wytyczona zaledwie przed trzema laty, więc wciąż dziewicza, wolna od przypadkowych turystów. Wprawdzie na szlaku nie ma dostępu do bieżącej wody, a schroniska są od siebie bardzo oddalone, ale dzikość tej drogi, spokój, cisza i nietknięta przez człowieka natura po stokroć wynagradzały wszelkie niedogodności.

Na szlak ruszyliśmy, gdy „góry wyszły!” – jak entuzjastycznie zawiadomił jeden z podróżników ogrzewających się w...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy