Dołącz do czytelników
Brak wyników

Praca i pieniądze , I

5 grudnia 2016

Moja koszula króla nie uzdrowi

124

Wmawia się nam, że mamy być ludźmi sukcesu. A sukces jest wtedy, kiedy mamy zdrowe dzieci, dobrą pracę, brylujemy jak celebryci... podczas gdy tak naprawdę do życia należy też cierpienie, samotność. I nie możemy na nie zamykać oczu.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – Czy zna Pan bajkę o szczęśliwym człowieku? Opowiem... Gdy władca pewnego królestwa zapadł na nieuleczalną chorobę, słynący z wielkiej mądrości lekarz orzekł, że króla może uratować tylko jedno: nałożenie koszuli szczęśliwego człowieka. Rycerze króla rozjechali się więc po całym świecie w poszukiwaniu szczęśliwego człowieka. Okazało się, że bardzo trudno go znaleźć. Dopiero rolnik, który cały dzień orał swój kawałek ziemi, odpowiedział na ich pytanie: „Tak, jestem szczęśliwy”. Ale pojawił się problem, bo on nie miał koszuli.

TADEUSZ GADACZ: – A my mamy dzisiaj chyba inny problem: na rogu każdej ulicy są markety z koszulami dla „szczęśliwych ludzi”...

Mam wrażenie, że tych koszul jest strasznie dużo i wszyscy sprzedawcy doskonale wiedzą, jakiej ja potrzebuję koszuli, żebym była szczęśliwa. A ja w tych marketach z koszulami dla szczęśliwych ludzi czuję się zagubiona. I już nie wiem, czy jestem szczęśliwa, i nie wiem, czy chcę taka być.
– Ja też dostrzegam we współczesnym świecie takie zagubienie, rozdwojenie. Z jednej strony pojęcie szczęścia jest nieobecne w myśleniu – przynajmniej filozoficznym, bo przecież ostatnim dziełem na ten temat jest wybitny traktat Władysława Tatarkiewicza O szczęściu z 1947 roku. I właściwie od tego czasu nie ma żadnych poważnych prac, z wyjątkiem pracy włoskiego filozofa i socjologa Francesco Alberoniego, ale to tylko przypadek potwierdzający regułę. Z drugiej strony wszędzie w sferze publicznej jest pełno szczęścia. Zastanawiam się jednak, czy szczęścia, czy raczej sukcesu...

Sukces sprzedaje się jako szczęście? Sprzedaje się wizję szczęśliwych ludzi sukcesu, a przynajmniej wyglądających na szczęśliwych?

– To jest trochę tak, jak w stwierdzeniu: „bądź sobą, pij colę”, czyli tylko wtedy będziesz sobą, albo będziesz szczęśliwy, gdy będziesz kupował nasze produkty, albo będziesz się zachowywać tak, jak powinieneś się zachowywać. Tymczasem paradoks sytuacji polega na tym, że szczęścia nie da się osiągnąć wprost. Już Arystoteles mówił, że droga do szczęścia prowadzi poprzez dobra, zatem szczęście jest tylko pochodną dobra, które realizujemy. Gdybyśmy toczyli wałek metalowy na tokarce, to naszym celem byłoby wytoczenia wałka, osiągnięcie jakiegoś dobra. Przy okazji wydziela się ciepło, ale ono nie jest celem i trudno powiedzieć, że toczymy wałek, żeby się ogrzać. To byłoby absurdalne. Podobna relacja jest między dobrem i szczęściem. Jeśli realizujemy jakieś dobra, mamy cele, realizujemy siebie i własną miarę życia, to odczuwamy pewien dobrostan, czujemy się szczęśliwi, czujemy, że jesteśmy na swoim miejscu. Wtedy szczęście jest tylko potwierdzeniem samorealizacji, pochodnym tego dobra. Gdy natomiast poszukujemy szczęścia wprost – popadamy w paradoksy, o których pani mówiła. W ten sposób co najwyżej możemy rozbić sobie głowę o sufit, ale szczęścia nie osiągniemy.

W książce O ulotności życia napisał Pan, że trudno nam rozpoznać szczęście, bo mylimy je z sukcesem, a ich nie można łączyć, bo to są dwie odrębne logiki. Jak Pan definiuje logikę szczęścia i logikę sukcesu? Gdzie jest największy roz[-]dźwięk między nimi?
– Przede wszystkim w tym, że człowiek jest istotą dialektyczną. Jak to genialnie odkrył Blaise Pascal w XVII wieku: jesteśmy syntezą sprzeczności, bo jesteśmy jednocześnie istotami materialnymi i duchowymi. Działamy w świecie, pracujemy, ale też potrzebujemy namysłu i kontemplacji. Potrzebujemy życia czynnego i kontemplatywnego, samotności i wspólnoty jednocześnie. Życie ludzkie jest jednocześnie pozytywne i negatywne, człowiek jest „chlubą i zakałą wszechświata”, jak to określił Pascal. Tymczasem ideologia sukcesu próbuje nam wmówić, że realizujemy się tylko pozytywnie. A zatem musimy osiągnąć sukces, a sukces jest wtedy, kiedy mamy zdrowe dzieci, dobrą pracę, jesteśmy doceniani, brylujemy jak celebryci, podczas gdy tak naprawdę do życia należy też cierpienie, samotność, poczucie opuszczenia. To nie są i nie powinny być dominujące doznania, ale one występują i nie możemy na nie zamykać oczu.

Zatem do szczęścia należą też sytuacje, kiedy jesteśmy nieszczęśliwi?
– Oczywiście. Nie ma szczęścia absolutnego, czystego. Mój ulubiony bard i poeta Jacques Brel śpiewa, że tylko piwo jest pełne, szczęście nigdy nie jest pełne. Natomiast mój mistrz, ks. prof. Józef Tischner, pisał – parafrazując Leśmiana – że człowiek jest modlitwą, która nigdy nie może się spełnić. Dzieje się tak, bo nigdy nie mamy pewności, czy droga, jaką zmierzamy, jest tą, którą powinniśmy pójść. Dlatego na drodze, którą idę, kładą się cieniem drogi niewybrane. Mogę sobie wyobrazić matkę chorego czy niepełnosprawnego dziecka, która – pomimo wielkiego wysiłku i poświęcenia, jakich wymaga opieka nad nim – ma pewne chwile szczęśliwe.

Przypomina mi się piękna korespondencja Julii Kristevej i Jeana Vanier w wydanej niedawno książce (Bez)sens słabości. Dialog wiary z niewiarą o wykluczeniu. Ona – matka niepełnosprawnego chłopca, on – towarzysz cierpiących, chorych, wykluczonych. Nie rozmawiają o szczęściu, jednak czuje się, że wiodą życie szczęśliwe, choć na co dzień towarzyszą cierpieniu. Czy my z lęku rugujemy cierpienie z życia?

– Oczywiście że z lęku, ale też dlatego, że cały czas żyjemy pod presją propagandy sukcesu. Ten sukces jest modelowany przez media, wielkie korporacje farmaceutyczne. Wmawia nam się, że musimy wyglądać jak dwudziestoparoletnie modelki „poprawiane” przez Photoshop...

One też są nieszczęśliwe. Są słynne, świetnie opłacane, a i tak żalą się w wywiadach, narzekają, że są za grube i nie dość piękne.

– Bo sukces nie daje szczęścia, wręcz odwrotnie: tak zwani ludzie sukcesu niejednokrotnie czują się potwornie samotni. Są jak ten aktor, który genialnie odgrywa rolę, dostaje owacje na stojąco, a potem wraca do garderoby i jest sam. Siedzi i tak bardzo potrzebuje, by ktoś przyszedł, podał mu rękę i porozmawiał z nim, ale nie jak z wielkim artystą, tylko jak człowiek z człowiekiem. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że szczęście przestało być tym, o czym rozmawiamy, dlatego że cały czas wmawia się nam, że mamy być ludźmi sukcesu. Począwszy od przedszkola, gdzie dzieci słyszą, że jak się teraz nie nauczą angielskiego czy chińskiego, to nie będą ludźmi sukcesu, potem studenci – że jak nie pójdą na kierunki, które dają dobrą pracę, to nie będą ludźmi sukcesu, młodym doktorantom powtarza się, że jak nie będą zbierać punktów, to przegrają konkurs na stanowisko adiunkta i nie osiągną sukcesu itd. Natomiast ja szczęście rozumiem jako swego rodzaju spełnienie własnego życia, kiedy człowiek może powiedzieć, że się zrealizował i tego życia nie zmarnował.

Spełniać własne życie, czyli szukać szczęścia w sobie, bo jak Pan pisze: „człowiek szczęśliwy sam sobie musi wystarczyć”? Wydawałoby się, że to idealny przepis na dzisiejsze narcystyczne czasy, a jednak ludzie – tak bardzo skupieni na sobie, na tym, jacy są – nie są szczęśliwi.

– Mówiąc, że powinniśmy wystarczać sami sobie, nie miałem na myśli jakiejś formy egoizmu czy narcyzmu, tylko to, że zdarzenia losowe ani nas same nie uszczęśliwią, ani nie doprowadzą do nieszczęścia. Jak w postawie stoickiej: powinienem zrobić wszystko, co zależy ode mnie, aby dać szczęściu szansę. Trudno oczekiwać, że wygram w totolotka, jeśli nie kupiłem losu. Ale jeśli nie wygram, to nie ma powodu, żebym popadał w rozpacz, bo to nie ode mnie zależy. Myśliciele odwołujący się do stoicyzmu tak właśnie go rozumieli. Chodzi o to, że jeśli my sami w sobie nie znajdziemy miary w stosunku do świata, pewnego dystansu, to nic nie będzie w stanie nas uszczęśliwić. Dlaczego? Bo każdy ma swoją biedę. Dla bezdomnego biedą jest to, że nie ma gdzie głowy skłonić. Dla tego, kto ma mieszkanie, biedą jest to, że nie ma willi, a dla tego, kto ma willę, biedą jest, że nie ma jachtu, tak jak ma kolega. Jeżeli tak się uzależniamy od tego, co zewnętrzne, a czego nie mamy, to nigdy nie będziemy szczęśliwi, bo ciągle będziemy nienasyceni. Grecy odkryli coś fundamentalnego: każdy powinien poznać swoją miarę. To jest bardzo trudne, dlatego że musimy ją nieustannie, w każdej chwili naznaczać. Gdy rozmawiam ze studentami filozofii, to słyszę, że się rozczarowali, bo mieli nadzieję, że filozofia pomoże im rozwiązać ostateczne problemy, że znajdą w niej jakieś przepisy, zasady. A ja im mówię: chwileczkę, jest dokładnie odwrotnie. To ja sam muszę określić, gdzie mam wejść głębiej w relację, a gdzie mam się wycofać. I nie mogę tego zrobić raz na zawsze. Tylko dzisiaj jest tak, jutro już może nie. Gdzie przebiega granica między odosobnieniem a relacją? Gdzie przebiega granica między tym, co materialne, a tym, co duchowe? To ja muszę naznaczyć i określić. To ja sam muszę się zorientować, że za bardzo zaangażowałem się w zarabianie pieniędzy, a zbyt tracę siebie. Albo robię się zbyt narcystyczny i zapominam o innych. Albo za bardzo zatracam się w kolektywie. Nie ma tutaj żadnych reguł, musimy odwoływać się do jakiejś mądrości życiowej, która wiąże się ze szczęściem.

Á propos relacji z innymi. Gdy moim bliskim jest dobrze, to i mnie jest dobrze, jestem szczęśliwa. Więc w mojej „szczęśliwej” perspektywie są obecni inni ludzie. Chyba jednak nie można być szczęśliwym samemu...
– Oczywiście, że nie można. Co prawda niektórzy ludzie wybierają los samotników, ale być może dlatego, że sami dla siebie są interesującymi partnerami. Tak jak Sokrates, który chodząc po ulicach Aten, rozmawiał sam ze sobą, bo – jak odpowiedział przyłapany na tym – musiał czasami porozmawiać z kimś inteligentnym.
Generalnie wydaje mi się, że szczęście jest czymś, czym człowiek pragnie się dzielić. Gdy jestem w podróży i widzę jakieś piękne miejsce, to chcę je potem pokazać bliskiej osobie; gdy przeczytałem dobrą książkę, która mnie uszczęśliwiła, to o niej mówię. Rzeczywiście czujemy się bardziej szczęśliwi wtedy, kiedy nasi bliscy są szczęśliwi. Ale w życiu bywa różnie i wydaje mi się, że trzeba – nie rezygnując z dążeń – umieć zaakceptować to, co niesie los. Bo inaczej z powodu pewnych zdarzeń musielibyśmy się unieszczęśliwiać. Podoba mi się to, co napisał kiedyś Albert Camus: nawet Syzyf, kiedy wykonywał beznadziejną pracę, to czasami, odpoczywając przy toczonym kamieniu, miał swoje chwile szczęścia.

Ze szczęściem związany jest jeszcze inny aspekt, który trochę utrudnia dotknięcie go. To przyjemność – współczesny synonim szczęścia. Słyszę zewsząd, że jak mi będzie w życi
...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy