Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nałogi i terapie , Praktycznie

22 lutego 2016

Miesiąc bez picia i co dalej

29

Jak przebiega wychodzenie z nałogu? Czy można skutecznie pokonać uzależnienienie samemu? Czy nałóg można pokonać rozumem? Jaką rolę w leczeniu pacjenta odgrywają jego bliscy?

Jolanta Białek: – W nałóg wpada się stopniowo. To jest jakiś proces, którego fazy da się dość precyzyjnie wskazać. Czy leczenie z uzależnienia też ma jakieś fazy?
Lubomira Szawdyn: – Naturalnie. Fazy zdrowienia zależą od celu, do jakiego pacjent dąży. Inaczej to przebiega, gdy pacjent chce żyć w trzeźwości, a inaczej, jeżeli usiłuje tylko zachować abstynencję, bo ona jest zaledwie fragmentem zdrowienia. Zaprzestanie picia i utrzymanie się w abstynencji, to pierwszy okres, który nazywa się dosyć ironicznie honeymoon, miesiąc miodowy. Jest to czas szczęścia, zachłyśnięcia się tym, że się nie pije, satysfakcji z tego powodu. W tym okresie uzależniony oczekuje aplauzu, nagrody za to, że nie pije. Wszyscy liczą, że taki stan będzie trwał. Ta faza utrzymuje się różnie u różnych pacjentów; nie zawsze jest to miesiąc. A potem następuje faza załamania. Niektórzy mają ją dosyć szybko. Bo okazuje się, że z powodu abstynencji nic się nie dzieje. Żyjemy, jak żyliśmy, tyle że na trzeźwo: żona ta sama, dzieci te same, praca też... Po euforii ta zwyczajność nie wystarcza i prowadzi do fazy muru, czyli marazmu, braku satysfakcji. Bo jeśli człowiek nie odczuwa szczęścia z samego faktu niepicia, liczy, że nastąpią jakieś ogromne zmiany tylko dlatego, że on jest trzeźwy, to wiadomo, że się przeliczy. Natomiast jeżeli się dąży do trzeźwości, to te fazy rozkładają się inaczej i nie są tak widoczne. Oczywiście, też jest radość z niepicia, też są chandry – ale któż ich nie ma. Ale jeżeli pacjenta na to się przygotuje, to on nie będzie przypisywać zmian nastroju wyłącznie procesowi trzeźwienia.

– Terapeuci pracują według standardowych programów, czy dobierają terapię indywidualnie do każdego pacjenta?
– Standardowe programy pomagają tylko na początku leczenia. Pomagają w tym, żeby pacjent przestał pić, żeby nauczył się rozpoznawać fazy uzależnienia, fazy zdrowienia, a także emocje, które wtedy się pojawiają. Dalsza psychoterapia towarzysząca dążeniu do zupełnej wolności od wszystkich zamienników i prób ucieczek w inne kąty, polega już na pracy warsztatowej. A tę dobiera się indywidualnie do potrzeb poszczególnych pacjentów. Podczas terapii uzależniony zdobywa wiedzę, co zrobić, gdy coś się z nim dzieje.
Terapeuta nie musi być jego rzeźbiarzem na zawsze, uzależniony sam może wybrać warsztat, próbować różnych technik, czerpać od wielu specjalistów. Wachlarz możliwości jest ogromny: od rekolekcji ignacjańskich do warsztatów radzenia sobie ze złością. Najważniejsze, żeby pojąć pulsowanie tej choroby. I jeśli uzależniony i rodzina przyłożą się, rozpoznają, zrozumieją to pulsowanie, to sobie świetnie radzą sami, już bez terapeuty. Ale najpierw pracuje się nad tym, żeby pacjent przestał pić. Potem przychodzi czas na dokładne poznanie siebie. Trzeba ustalić swoją tożsamość, trzeba odnaleźć siebie sprzed picia i dopiero wtedy można zacząć robić porządki w swoim życiu. Na przykład, czy będzie mnie ono satysfakcjonowało. Jeżeli nie, to trzeba się przygotować do zmian, albo przeciwnie – utwierdzić się w tym, że idzie się dobrą drogą.

– Trzeba sobie przypomnieć, kim się było, zanim się wpadło w uzależnienie?
– Tak. Wtedy jest szansa, że człowiek znajdzie coś, za co siebie polubi i wtedy można to rozwijać, podsycać. Rozpoznaje też, za co siebie nie lubi i co mu przeszkadza, więc stara się to wyeliminować. W okresie zaprzestania picia i początkach trzeźwości wiele osób ze zdziwieniem stwierdza, że w ogóle siebie nie znają, albo że zupełnie siebie zapomnieli... Dlatego wyciągam dobre doświadczenia z ich drzewa genealogicznego i dobre doświadczenia z nich samych i to im daję jako taki zaczyn, żeby im się dalej chciało chcieć.

– A jak ktoś takich dobrych doświadczeń nie ma?
– Każdy ma, trzeba tylko poszukać. Bo to nie chodzi o momenty, w których w ich życiu dobrze się działo, ale o to, żeby znaleźć sytuacje, w których nastąpiła kreatywna konfrontacja z rzeczywistością. Albo gdy poradzili sobie w trudnej sytuacji. Albo umiejętnie sprzątnęli po czymś, co im się nie udało. I te doświadczenia są jak cement. To jest niesamowity proces poznawczy i jednocześnie behawioralny, bo w miarę poznawania można wszystko korygować. Niedawno była u mnie pacjentka, której alkohol ułatwiał kontakty międzyludzkie, a „na trzeźwo” stała się osobą bardzo nieśmiałą. Ona to już rozumie i wie, że powinna podnieść poczucie własnej wartości i ćwiczyć obszary, w których nie czuje się pewnie. Jak będzie trzeba, to pójdzie na warsztaty, na przykład teatralne czy komunikacji, żeby skorygować to, co jej przeszkadza.

– Samemu nie można tego dokonać?
– Nie spotkałam jeszcze osoby, która mogłaby powiedzieć, że w momencie rozpoczęcia życia „na trzeźwo” sama radziła sobie w codziennym życiu. Wśród „bohaterów”, którzy chwalą się takimi dokonaniami, zwykle są osoby, które zamieniły uzależnienie chemiczne na czynnościowe albo odwrotnie. Z kolei w rodzinach uzależnionych już trzeźwych co jakiś czas wybuchają draki – a to są momenty, kiedy najłatwiej znowu popłynąć.

– Jak to się dzieje, że uzależniony trafia na terapię?
– Tu nie ma reguły, to odbywa się bardzo różnie. Miałam na przykład taką sytuację: Rok temu przyjechała do mnie była dziewczyna alkoholika. Przywiozła ze sobą „za łeb” jego rodzeństwo. Udało jej się to, bo gdy się rozstawała z chłopakiem, poszła do jego rodziców i zrobiła „zadymę na całą rodzinę”. Powiedziała im, że rozstaje się z chłopakiem nie dlatego, że go nie kocha, czy dlatego, że jest śmierdzący, ale dlatego, że jest chory – uzależniony, a oni nic z tym nie robią. Udają, że tego nie widzą. I dlatego ona jest bezradna i mówi im wszystkim „pa”... Swoim heroicznym występem poruszyła całą rodzinę. Rzuciła tylko kamyk, i to wystarczyło... Oni zaczęli się przyglądać swojemu bratu, synowi, siostrzeńcowi. Okazało się, że on co 2-3 miesiące zmienia dziewczynę, unika rodzinnych konfrontacji, nie chce rozmawiać indywidualnie z nikim, najczęściej rzeczywiście jest nietrzeźwy. Ta rodzina poczekała na moment, kiedy mu się coś zawodowo zawaliło i wtedy przywieźli go do mnie. To jest przykład niezgody jednej z osób bliskich alkoholikowi, która nazywa rzeczy po imieniu i mówi: Nie.

– A więc to nie sami uzależnieni się zgłaszają, tylko ich bliscy?
– To naprawdę jest bardzo różnie. Bywa, że zgłasza się do mnie brat, siostra, matka, ojciec i z nimi pracuję. Gdy są gotowi, skrzykuję większość członków rodziny, którzy chcą pomóc i wtedy przygotowuję interwencję na terenie domu, już z zaproszeniem uzależnionego. Ale też trafiają do mnie pacjenci skierowani przez zakłady pracy. W tej chwili mam sportowca, którego przywiózł szef klubu, bo zależy mu na tym, żeby ten zawodnik przestał pić. Sam uzależniony zgłasza się wtedy, gdy spadnie na samo dno. A to dno jest sprawą indywidualną. Czasami jest tak, że ktoś trafił do izby wytrzeźwień, ktoś inny do aresztu, ktoś stracił prawo jazdy, albo ma poważne kłopoty ze zdrowiem lub żona zagroziła rozwodem czy już odeszła. Rodziny czasami trafiają wcześniej, więc udaje się zapobiec takim tragediom. Często też koledzy lekarze z oddziałów internistycznych, chirurgicznych, kardiologicznych czy innych gdy widzą, że jakaś ostra choroba wystąpiła z przyczyn alkoholowych, proszą o konsultacje. I wtedy udaje się namówić uzależnionego na terapię.

– Uzależniony musi chcieć wyjść z nałogu. A jeżeli ktoś go skieruje, to czy on znajduje motywację do leczenia?
– W momencie kiedy ma poważne kłopoty, to ma też motywację, przynajmniej do tego, żeby pogadać. I to nie jest istotne, że on wtedy stara się mnie przekonać, że na przykład zabił po pijanemu i to był czysty przypadek, albo że wrzód żołądka pękł mu akurat wtedy, gdy był pijany i to był tylko dziwny zbieg okoliczności. Najważniejsze jest, że można człowiekowi uzmysłowić te sytuacje jako potężne i widoczne skutki picia. Gdy się o tym porozmawia, to wzmacnia się motywację, żeby coś takiego się nie powtórzyło. Bo na tym dnie człowiek naprawdę cierpi i to można wykorzystać. Terapia uzależnienia, to ciągłe wzmacnianie motywacji osób uzależnionych, jak i współuzależnionych, do zmiany życia.

– Czyli uzależnieni i współuzależnieni wymagają terapii?
– W uzależnieniu chorują emocjonalnie obie strony – zatem niby dlaczego zdrowieć ma tylko jedna strona? Gdy wszyscy razem zgłaszają się na leczenie, to jest idealna sytuacja. Przy dobrze prowadzonej terapii rodzinnej, w której uczestniczą wszyscy z rodziny, szansa na wyzdrowienie wynosi prawie 100 procent. Jeżeli na terapię przychodzi tylko żona uzależnionego, to wynosi ona około 40 procent. Bo po zajęciach terapeutycznych ona – postępując inaczej niż do tej pory – staje się przedmiotem albo zdenerwowania, albo podziwu. Coś zaczyna drgać. Jeszcze nic się tak naprawdę nie zmieniło, ale już jest inaczej. A gdy uzależniony przychodzi sam na terapię, to też jest 40 pr...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy