Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

17 września 2020

NR 8 (Październik 2020)

Między porażką a ultraszczęściem

75

O miłościach nieoczywistych z Sylwią Chutnik rozmawia Marcin Wilk

Sylwia Chutnik
Pisarka z doktoratem, aktywistka, laureatka Paszportu Polityki 
za rok 2008, kilkukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Wydała między innymi Kieszonkowy atlas kobiet (2008), Cwaniary (2012), W krainie czarów (2014), Smutek cinkciarza (2016). 

POLECAMY


– Chciałbym porozmawiać z Tobą na początek o miłości do „papiernika”. Pamiętasz swój pierwszy raz?
– Oczywiście! Miałam jedenaście lat i mama mnie namówiła, żebym zaczęła pisać pamiętnik. Akurat wchodził wtedy do Polski UNICEF. W kioskach firmowanych logo organizacji sprzedawano piękne, kolorowe rzeczy, między innymi pocztówki. Jeden z takich kiosków mieścił się przy ulicy Świętokrzyskiej, zaraz obok Emilii Plater, czyli obok mojej babci i dziadka. I to właśnie w takim kiosku kupiła mi mama zeszyt. 

– Jaki on był? 
– Piękny, w czarnej oprawie, z kolorowymi literami na okładce. Papier był w dotyku przyjemny, ale – co najważniejsze – wystarczająco gruby, czyli idealnie sprawdzał się do pisania piórem. Mama kupiła mi też do tego zeszytu tak zwaną rygę, liniuszek, dzięki czemu mogłam ćwiczyć równe pisanie. Na końcu tego zeszytu była informacja o UNICEF wraz ze zdjęciem dzieci. Wiesz, że ten papier jest tak dobrej jakości, że po tylu latach wciąż nie pożółkł?

– Po prostu dobry materiał.
– Ale o tym, że jakość jest ważna, umiem powiedzieć dopiero dzisiaj, czyli po wielu latach. Wtedy nie przywiązywałam do tego takiej wagi. Teraz macam rzeczy, zwracam uwagę na fakturę. Wtedy pojawiło się dużo papierniczych punktów, człowiek za młodu dostawał gorączki, gdy wchodził. Można było dostać wszystko – od plastikowych klipsów po mydełko i pachnące truskawkami gumki do ścierania. Pojawiały się też różnego rodzaju notesiki, karteczki do segregatorów – każda inna. Wymieniałyśmy się potem nimi z koleżankami. Idealnie było mieć segregator z różnymi kartkami. No, mówię ci, szaleństwo.

– Pamiętam ten wybuch kolorów w latach dziewięćdziesiątych. Wszyscy wtedy chyba się na to rzucili. 
– Miałam do takich rzeczy dostęp już wcześniej, bo mój tata jako muzyk w latach osiemdziesiątych jeździł po świecie i przywoził z podróży, a to piękny długopis zakończony dzwoneczkiem, a to piórnik obustronny na magnesy (szpanowałam nim w „zerówie”, pamiętam!). Zresztą chyba to dzięki rodzicom zaczęłam na to zwracać uwagę. 

– Wydaje mi się, że ludzie, którzy doceniają tak zwane rzeczy papiernicze, mają potencjał czułości wobec świata i rzeczy. Zgodzisz się?
– Poniekąd tak, jednak chcę podkreślić, że mój gust jest totalnie bazarowy i kiczowaty. Kiedy miałam trzynaście lat i dostałam prawdziwy długopis Parkera, to byłam podjarana, że jest taki drogi i że dostałam go od mamy. Ale szczerze mówiąc, wydawał mi się też nudny, był ciężki, a ja nie lubię ciężkich długopisów. No i był błękitno-szary. 

– A ty wolisz kolorowe?
– Celuję w róż i turkus. Albo w ogóle pomieszanie i eklektyzm. Odkąd pamiętam, to właśnie taka definicja tego, co ładne – trochę kiczu – bardziej wpływa na moje wybory. Jak sroczka zwracam uwagę na coś kolorowego. Gdy pytasz mnie, co jest ładne, musisz najpierw spytać o definicję ładności. 
 
– No to słucham. 
– Dla mnie ładną jest rzecz, która wywołuje ukłucie w sercu ze wzruszenia, a działają na mnie różne przedmioty. Może to być papier czerpany z fragmentami kwiatów albo cekinowa okładka zeszytu. I zawsze będzie to pierwotna radość. Gdy wchodzę do papierników, którzy są dobrze zaopatrzeni, czyli mają nie tylko zeszyty szkolne, ale również inne rzeczy dla osób w każdym wieku, to czuję się, jakbym weszła do galerii sztuki. 

– Może po prostu potrafisz się cieszyć z małych rzeczy?
– Tak właśnie jest. Ja sobie zawsze jakoś ozdabiam życie. Gdy przez ponad dziesięć lat prowadziłam Fundację Mama – co w dużej mierze polega na tym, że spędzasz dnie z nudnymi segregatorami, skoroszytami i koszulkami – to wszystkie dokumenty starałam się ozdabiać na wiele sposobów. Sam fakt, że podpisuję dokumenty turkusowym czy fioletowym atramentem, jest trochę działaniem w stylu „fuck the system”. 

– Brzmi bardzo inspirująco.
– Gdy szłam do banku po kredyt, to nosiłam te wszystkie nudne papiery w różowej teczce oklejonej naklejkami od koleżanek. Widzisz więc, zawsze próbuję uładnić, zrobić po swojemu na tyle, na ile okrutne przepisy pozwalają. Pisała zresztą o tym Olga Drenda w książce Wyroby, która jest opowieścią o uładnionych produktach ludzkiej wyobraźni – jest więc też trochę o mnie. Jeśli jest brama do działki – nudna i szara, to owija się ją w serduszka, a kiedy dostajesz oponę, to raczej do pomalowania na biało i zrobienia z niej łabędzia. 

– Ciekawi mnie ta postawa. 
– Nazwałabym ją małymi strategiami oporu. Jasne, wiem: fioletowy atrament nie dokona rewolucji. Ale dla mnie oznacza to dodanie elementu ludzkiego w potwornej biurokratycznej machinie. To strategia przerabiania rzeczywistości na coś lepszego. Opisywali ją badacze i kulturoznawcy, a my znamy to z doświadczenia. Gdy – na przykład – droga na przystanek jest źle zaprojektowana, można mieć wtedy pewność, że ludzie wydreptają swoją ścieżkę. Dla mnie taką ścieżką jest uładnianie.

– A aktywizm? To też uładnianie rzeczywistości? Według mnie aktywizm łączy się z wielkimi namiętnościami. 
– Coś w tym jest. Aktywizm jest i romantyczny, i zgubny. Dzięki psychofizycznym zrywom dzieją się zmiany, dokonuje emancypacja. Profesor Maria Janion pięknie o tym pisała, zwracając uwagę na to, jak wolność „niesie lud na barykady”. Robi to niemal w stanie manii. To może być zgubne w tym sensie, że aktywizm wykańcza wiele osób. 

– Namiętności często spalają.
– Owszem. Dlatego poza światem zawsze trzeba myśleć o sobie, bo bez tego nie zrobisz żadnej zmiany. Te problemy są mi zresztą znane, bo i ja w przeszłości starałam się złapać dziesięć srok za ogon. Byłam potem sfrustrowana, bo nie mogłam robić nic z tego, co wymyśliłam, ani twórczo, ani życiowo, ani aktywistycznie. A z drugiej strony ta namiętność i pytanie „Co mogę zrobić?” – zamiast siedzenia i psioczenia – sprawia, że są zmiany na świecie. 

– Ale aby pokochać innych, trzeba zadbać o siebie. Niby proste, a jednak nie każdy potrafi. 
– Owszem. Od tego są te wszystkie praktyki selfcare i mindfulness. Trochę się z tego śmieję, bo pewnie sama bym chciała to umieć, ale – n...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy