Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

19 sierpnia 2016

Ludzie mylą miłość

197

Miłość jest rozświetlaniem własnej duszy i przyczynianiem się do rozświetlania duszy drugiego człowieka. Potrzeba do tego pracy i odwagi. Nawet jeśli proces ten niesie z sobą cierpienie, nigdy nie jest ono celem. Nigdy też nie ma go więcej niż światła.

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE 4/1997

POLECAMY

Pisanie o miłości, która jest wieczna jak trawa, może być dziełem życia lub czymś, co zajmuje jeden wieczór. Dane mi jest to drugie. Dziesięć lat temu napisałam książkę dla młodzieży. Opisywałam w niej i analizowałam miłość jako uczucie. Dzisiaj, po odchowaniu dzieci, pozostawieniu za sobą wielu perturbacji małżeńskich i rodzinnych, jest mi o wiele bliższe stanowisko Scotty Pecka, który w „Bezlitosnej łasce” mówi, że miłość nie jest uczuciem, lecz decyzją.

Gdyby bowiem traktować miłość jako uczucie, to pijak w barze rozczulający się przy kieliszku nad swoją ukochaną żoną i dziećmi w chwili, gdy oni go naprawdę potrzebują, jest człowiekiem pełnym miłości. Z roku na rok obserwuję interesującą zmianę. Coraz więcej matek mówi swoim małym dzieciom, że parzące się wiosną psy właśnie się kochają.

Bez pożądania i namiętności zginąłby prawdopodobnie ludzki ród, ponieważ zapłodnienie bez erekcji mogłoby się okazać zbyt pracochłonnym i nużącym zajęciem, wymagającym do tego określonej wiedzy fizjologicznej. Nie tylko jednak z tego powodu. Pożądanie i namiętność potrzebne są do poruszenia energii w ludziach, którzy mają się połączyć emocjonalnie, podobnie jak ogień musi najpierw wystrzelić gorącym płomieniem, by dawać potem miłe, przystępne i przyjazne ciepło. Gdyby nie stan pożądania i namiętności, nikt odpowiedzialny i w pełni władz umysłowych nie zdecydowałby się na wieloletni związek z osobą, którą słabo zna, o której nie wie, kim będzie w przyszłości i kim będzie on sam oraz z wieloma niewiadomymi co do zewnętrznych okoliczności i zdarzeń przyszłych.

Czasem, nie bez racji, zakochanie porównuje się do choroby psychicznej lub ogłupienia. Obsesyjne myśli, życzeniowe postrzeganie świata, podniecenie, z gorączką włącznie, bezsenność, brak łaknienia, zawężona percepcja zmysłowa – to wszystko przypomina stan maniakalny lub depresyjny. Z drugiej strony, właśnie to, co się dzieje, intensywnie wiąże z obiektem zakochania, w czym przejawia się korzystne działanie siły życia. Wszyscy, którzy przeżyli namiętność i pożądanie w pierwszej fazie swego związku wiedzą, że trwają one chwilę w porównaniu z perspektywą całego życia. Przed tym właśnie rodzice usiłują ostrzec swoje zakochane i roznamiętnione dzieci, co z góry skazane jest na niepowodzenie. Coś w człowieku i przyrodzie wie, że trzeba ten zew uszanować.

Poeta nazywa namiętność żaglami duszy. Do trwania w miłości, czyli w tym, co następuje potem, niezbędny jest także ster. Można rzec, że łódź musi złapać wiatr w żagle, by ruszyć, jednak bez steru skazana jest na katastrofę lub miotanie w różnych kierunkach.

Niektórzy z nas nie potrafią żyć bez wiecznie buzującego ognia ze strzelającym w górę snopem iskier, nawet wtedy, gdy doznali oparzeń. Wielu z nas nie wie, jak podtrzymuje się ogień, by dawał ciepło i strawę.

Ludzie mylą miłość do człowieka z miłością do przeżywania miłości

Nasze czasy, to czasy afirmacji uczuć. Po epoce represjonowania, przyszedł czas ich wywyższenia. Emocje – mówimy – są głównymi regulatorami naszych relacji ze światem. Dzięki nim dowiadujemy się, co nas przyciąga, a co odpycha. One nas ostrzegają przed niebezpieczeństwem. Z powodu uczuć wiemy, co dla nas dobre. I tak dalej. W wielu kręgach „przeżywać” jest doświadczeniem wielokroć bardziej wartościowym, niż na przykład „myśleć”. Jak we wszystkim, tak i w tej sprawie można przesadzić.

Są ludzie tak rozsmakowani w przeżywaniu uczuć, że aż się od nich uzależniają. Muszą ciągle być szczęśliwi, na „haju”, w świetnym nastroju. Smutek leczą pigułką. Są tacy, dla których uczucia są jedyną busolą życiową.

Kierowanie się wyłącznie uczuciem wiąże się zwykle z bezmyślnością lub chorobą odpowiedzialności. Małżeństwa się rozchodzą, ponieważ ludzie przestali się kochać. Zachowali, owszem, przyjaźń, szacunek, nie było wyraźnych powodów do rozstania, ale przecież trzeba mieć uczuciowe powody, by być razem. Było zbyt szaro, skończyła się miłość. Tak, ich dzieci to rozumieją. Wiedzą, że w życiu liczy się przede wszystkim miłość. Najpierw ona pokochała kogo innego (chociaż jej mąż był i jest nadal naprawdę świetnym facetem), potem on znalazł drugą miłość swego życia. Mają prawo do szczęścia. Życie jest tyle warte, ile w nim miłości. Cztery wdowy na pogrzebie (mężczyźni żyją krócej), to może być niezły wskaźnik.

W przywiązaniu do miłości przegrywa człowiek, broniąc paradoksalnie i rozpaczliwie ideologii, która go niszczy.W obronie przed bólem porzucenia, w lęku przed naruszeniem poczucia wartości, w niechęci przed konfrontacją z głębszą odpowiedzialnością. Różnie. Jedno jest pewne: tam, gdzie kocha się miłość, człowiek jest drugorzędnym statystą w sztuce z gwiazdorskim występem, a niektórzy z nas, owładnięci pasją miłości, rozgrywają tę sztukę przez całe życie. Bywa, że po trupach uczuć innych ludzi.

Mężczyźni mylą miłość z lękiem o potencję

W skarbnicy wiedzy potocznej o mężczyznach znajduje się wiedza o męskim klimakterium, czyli wariowaniu w okolicach pięćdziesiątki na punkcie młodych kobiet. Tu zdarzają się największe fascynacje i miłości życia, dramatyczne rozwody i próby (udane lub – częściej – mniej udane) urządzania na nowo życia. Zdarza się, że nowa żona jest młodsza od córki, a najnowszy syn młodszy od wnuka. Wiele młodych, mylących miłość z poczuciem bezpieczeństwa lub zwyczajnie sprytnych kobiet umie dobrze tę wiedzę wykorzystać. Ze skarbnicy wiedzy potocznej o małżeństwie wiadomo, że mądra (stara) żona powinna ten okres spokojnie przeczekać, do czego zresztą trzeba mieć żelazne nerwy. Ta taktyka nie zawsze, oczywiście, daje pożądany skutek.

Podobnie jak mężczyźni, wiele kobiet w początku klimakterium doświadcza wzmożonego popędu seksualnego – tak, jakby siły rozrodcze chciały dokonać ostatniego rzutu na taśmę. Złośliwie nazywa się tę fazę „ryczącą czterdziestką”. Odkąd jednak rodzenie kolejnych dzieci nie jest powodem do chwały kobiecej, rzecz ta nie ma tak wielkiego dla nich znaczenia, jak dla mężczyzn, dla których utrata potencji jest wyraźnym przejściem w strefę jałową. Męska tożsamość jest, jak wiadomo, zbudowana o wiele wyraziściej wokół sprawności seksualnej niż u kobiety. Kobiecie, by czuła się wartościową w swej roli, wystarczą dzieci. Kim jest 50-letni mężczyzna bez potencji seksualnej? Starym dziadem.

Starzenie się nie jest specjalnością naszych czasów. Starych ludzi nie ceni się ani nie słucha. Starzejący się ludzie zapomnieli, jak wyraża się zgodę na starość i na śmierć, zaś niektórzy z nas panicznie boją się obu tych nieuchronnych sytuacji.

W utrzymaniu włosów na głowie, zębów w dziąsłach, napiętej skóry i szczupłej sylwetki wydaje się pomagać ocieranie się o młodość. Bojąc się nawet dotknąć lęku przed starością, niektórzy z nas przywołują fantom miłości.

Ludzie mylą miłość z cierpieniem

Wielu z nas było boleśnie karconych – z miłości. Dowiadywaliśmy się, że powodowany miłością i troską rodzic musi po prostu sprawić nam lanie. W mojej rodzinie niebezpiecznie było przyznawać się do skaleczeń i stłuczeń, a nawet do bolącego ucha. Można było profilaktycznie oberwać – w takim mianowicie celu, „by na przyszłość bardziej na siebie uważać”. Stąd ból i cierpienie mogły zyskać tak zażyłe sąsiedztwo z kształtującą się wewnętrzną definicją miłości. Trudność naszych rodziców z tym, co nazywamy zdolnością do towarzyszenia w cierpieniu, może być jednym ze źródeł zamieszania wokół miłości i cierpienia.

Drugim źródłem tego zamieszania bywa w naszej kulturze odczyt...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy