Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

10 lipca 2018

Lepiej mniej

48

Czasami życie przytłacza nas nadmiarem zajęć, zobowiązań, celów. Pełni napięcia, obaw o to, co przed nami i żalu po tym, co minęło, marzymy, by wreszcie było nam lżej, prościej... - rozmowa z terapeutką Anną Srebrną.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Czy zna Pani dowcip o dwóch kobietach w autobusie wracających do domu po ciężkim dniu w pracy?
ANNA SREBRNA: Chyba nie... Proszę opowiedzieć.

Wracają zmordowane. Jedna mówi: „Wiesz, kochana, mnie to już tak dobija, tak męczy, wiesz, te tysiące myśli codziennie, głowa mnie już od tego boli...”. Na to druga kobieta, potakując ze zrozumieniem: „Bo ty sobie to życie niepotrzebnie komplikujesz. Ja to po prostu robię mielone na cały tydzień i niech sobie sami odgrzewają!”. Świetnie by było znaleźć sposób na te tysiące myśli, od których codziennie głowa boli. Przestać komplikować sobie życie, poczuć moc prostoty...

Tylko jak to zrobić?
Obie kobiety w tym dowcipie tkwią w pewnej pułapce. Każda z nich coś zyskuje, a coś traci w związku z tym, jaki styl funkcjonowania przyjęła. Te kotlety to oczywiście metafora – u jednych prostota wyraża się w taki, u drugich w inny sposób, w czymś innym. Myślę, że prostota w dobrym sensie tego słowa mieści się gdzieś pośrodku, jest stanem optymalnym – takim, który nie zapędza nas w pułapkę nadmierności i bałaganienia życia różnymi zbędnymi bytami, myślami, przedmiotami, celami, działaniami, wrażeniami...

Ale rzecz chyba nie w takim upraszczaniu, które polega na robieniu tych przysłowiowych mielonych na cały tydzień?
Oczywiście, bo tak rozumiana prostota może być pułapką w stronę jakiejś wynaturzonej ascezy, niekorzystania z życia w takim wymiarze, w jakim można by skorzystać, odcinania się od ciekawości spróbowania czegoś innego, nowego, nieznanego. Ja szukałabym drogi do prostoty jednak gdzieś pomiędzy postawami kobiet z dowcipu. Myślę, że najcelniejszym drogowskazem ku prostocie może być wywodzący się od brytyjskiego psychoanalityka Donalda Winnicotta postulat bycia wystarczająco dobrym. On co prawda pisał o dobrej matce – czyli wcale nie idealnej, lecz właśnie wystarczająco dobrej – ale myślę, że na co dzień też możemy wykorzystywać ten paradygmat i zadawać sobie pytanie, czy czegoś nie mam już po prostu „wystarczająco”. Czy poświęciłam tyle myśli jakiemuś tematowi, że mogę uznać, iż to wystarczy. Czy mam tyle przedmiotów, ile mi potrzeba, albo te rzeczy, które mam, są wystarczająco dobre, jeszcze posłużą mi, więc może nie muszę kupować tego ósmego, szesnastego gadżetu, przedmiotu. Może nie muszę podejmować kolejnego działania, bo to, co robię, jest wystarczająco dobre.

No dobrze... Rozejrzałam się, przyłożyłam paradygmat Winnicotta i doszłam do wniosku, że wystarczy mi to, co mam, i wystarczy, że moje życie jest właśnie takie, jakie jest. Ale spojrzałam na profile znajomych na Facebooku i widzę, że oni mają w życiu więcej, pełniej, lepiej niż ja. I już mi nie wystarcza to, co mam.
Tu kluczową kwestią jest to, czy mam dobry kontakt z samą sobą, czy dokonałam takiego rozeznania w sobie – co jest dla mnie ważne, co jest moją
wartością. Czy moją wartością jest raczej wygoda, prostota, sentyment do czegoś, czy może moją wartością jest inspiracja, poszukiwanie nowości, kreowanie. Jeśli to wiem, to żaden komunikat od innych ludzi, żadne ocenne komentarze czy porównania nie zburzą we mnie poczucia, że to, co mam, to, jakie życie wiodę, jest dla mnie wystarczające. Lubię swoje cztery ściany, cieszy mnie moje życie. Choć czasem może być i tak, że konfrontacja z innymi uzmysławia nam istnienie jakiegoś naszego jeszcze nieodkrytego ważnego pragnienia czy potrzeby. I wtedy staje się dla nas inspiracją, która wcale nie zakłóca naszej harmonii.

Harmonia to znak rozpoznawczy prostoty życia?
Prostota kojarzy mi się ze spokojem i harmonią. Harmonia to pewien balans – niczego nie jest za mało ani za dużo, wszystkiego jest dokładnie tyle, ile trzeba. Prostota kojarzy mi się również z docenianiem rzeczywistości. Cieszeniem się czymś drobnym, co w pędzie życia łatwo jest pominąć, nie zauważyć – biel brzozowej kory, dotyk mchu, łyk dobrej herbaty. W takich chwilach okazuje się, że nie trzeba czegoś kosztownego, skomplikowanego czy zwielokrotnionego, żeby doświadczać harmonii, spokoju, samoakceptacji. I jeszcze klarowność, przejrzystość – to kolejny budulec prostoty. Im klarowniej, tym lepiej, tym więcej prawdy czy głębi możemy przeżyć, dotknąć. Trudno to poczuć w bałaganie rzeczy, spraw, emocji.

Á propos bałaganienia, czyli tego nagromadzenia, zagracania – modny jest ostatnio decluttering, czyli z angielskiego odgruzowywanie, odgracanie przestrzeni, w której mieszkamy. Po to, by uprościć również to, co w naszym wnętrzu.
Co mamy wewnątrz, przejawia się również w tym, jak żyjemy, czym się otaczamy. Dominique Loreau – znana francuska felietonistka, która od wielu lat mieszka w Japonii i przyjęła tamtejszy styl życia, oparty na zasadzie „mniej znaczy więcej” – w swojej Sztuce prostoty proponuje takie ćwiczenie-zabawę: zrób listę wszystkich rzeczy, które masz – niemożliwe, że jest ich aż tyle? Albo inne ćwiczenie: zadaj sobie pytanie, dlaczego przechowujesz daną rzecz.

No właśnie, dlaczego tak zagracamy, tyle ładujemy w przestrzeń naszego życia – tę dosłowną i tę wewnętrzną? Jaka potrzeba za tym stoi?
To może mieć różne podłoża. Po pierwsze, zazdrość: on ma, to ja też muszę mieć – co oczywiście koreluje z brakiem poczucia własnej wartości. Niektórzy mają je bez względu na swój status materialny czy społeczny. Ale inni wierzą, że im więcej zgromadzą, im więcej będą posiadać zewnętrznych przejawów potencji, dobrego funkcjonowania i różnych dowodów na to, że są warci uwagi, szacunku, docenienia, tym to ich poczucie własnej wartości wzrośnie. Takie przekonanie często jest pułapką i przejawia się w gonieniu za kolejnymi rzeczami, które bałaganią nasze wnętrze i to, co na zewnątrz. Drugim podłożem jest zachłanność. Wydaje nam się, że jak czegoś nie nagromadzimy już, teraz, to potem dla nas zabraknie. Stoi za tym lęk, że nie będziemy mieli na tę przysłowiową czarną godzinę, z jakąś naszą potrzebą będziemy sfrustrowani, więc tak na wszelki wypadek gromadzimy różne rzeczy, konstruujemy myśli, kolekcjonujemy wrażenia.

A może radzimy sobie w ten sposób z lękiem przed śmiercią, przemijaniem?
Tak. Świadomość, że coś możemy zdobyć, skonstruować, kupić, zgromadzić… często daje nam złudzenie kontroli, mocy, wpływu, a więc rzeczywiście może osłabić nieco ten lęk przed przemijaniem. Nie chciałabym jednak pozostawić takiego obrazu, że gromadzenie jest wyłącznie złe. Czasami jest też potrzebne i dobre, wszak gromadzimy też ważne rzeczy. Kluczowe jest to, czy to, co gromadzimy, jest faktycznie odpowiedzią na nasze wartości. Czy koreluje z tym, co jest dla nas naprawdę ważne, czy też ulegamy owczemu pędowi za tym, co modne, co mają inni, co wydaje nam się, że będzie nam potrzebne, co jest z lęku, co jest gromadzone na wszelki wypadek…

Zatem, chcąc nieco odgruzować swoje życie, po pierwsze powinnam sobie zadać pytanie: co jest dla mnie ważne?, co jest mi potrzebne? O co jeszcze powinnam sama siebie zapytać?
Dominique Loreau w Sztuce prostoty podpowiada takie ćwiczenie: wyobraź sobie, że twój dom się spalił i odbudowujesz go. Które ze spalonych w nim rzeczy chciałbyś kupić ponownie, mieć również w nowym domu? A czego na pewno nie kupisz? To jest ekstremalny przykład, ale wcale nie musi dojść do takiego drastycznego zdarzenia, byśmy mogli sobie przeprowadzić takie umysłowe ćwiczenie i poszukać odpowiedzi. I nie ogranicza się to tylko do rzeczy materialnych, ale i do relacji czy działań, w które inwestujemy energię.

Niektórzy zachłannie rzucają się na wszystkie możliwe kursy rozwojowe. Ciągle się doszkalają i gromadzą dyplomy ukończonych warsztatów…
Może być w tym lęk, ale też nadzieja na lepsze jutro – wykupię ten szesnasty, siedemnasty kurs i wreszcie dowiem się, jak żyć. I tak się biega z kursu na kurs, a życie płynie gdzieś obok, jeśli nie zatrzymujemy się nad tym, co jest dla nas ważne, w co chcemy inwestować energię, czemu ma ona służyć, jakie uczucia z tego wynikają.
Bo w tej prostocie, upraszczaniu chodzi również o umiejętność zatrzymania się – i mam na myśli nie tylko stopowanie tego materialnego gromadzenia, ale też zatrzymanie się, by przyjrzeć się rzeczywistości, jaką mamy, i sprawdzić, czy ona jest dla nas wystarczająco dobra, czy jeszcze jakaś ważna potrzeba domaga się naszego czasu, energii, pieniędzy, relacji z kimś. Bo z jednej strony pułapką jest nadmierność, zagracanie, a z drugiej – taka masochistyczna asceza czy zupełne abnegactwo, rezygnacja. To też nie jest prostota, tylko takie osunięcie się w życiową bierność właśnie, w te mielone codziennie. Postawa przyjmująca, że już nic nie jest ważne, że już nie warto się wysilać...

Wtedy to jest zaprzeczenie prostoty, bo jak pisał ksiądz Józef Tischner, człowiek żyjący w prosty, pokorny sposób, „nie wynosi się ponad siebie, ale również nie garbi się, nie udaje nędzniejszego niż jest”.
Tak, staje się wręcz fałszywą prostotą. Można się w tych zabiegach okołoprostotowych zagalopować i zabałaganić swoje życie właśnie qua...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy