Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

7 kwietnia 2021

Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury – przeczytaj fragment książki!

0 248

Bestsellerowa książka uznanej brytyjskiej psycholożki i psychoterapeutki to fascynujące spojrzenie na wpływ przyrody na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Opierając się na licznych badaniach i własnych doświadczeniach, Sue Stuart-Smith w niezwykle przekonujący sposób dowodzi, że kontakt z przyrodą stanowi skuteczną terapię dla osób zmagających się z różnorakimi traumami oraz efektywnie wpływa na nasz codzienny dobrostan. Poniżej prezentujemy fragment książki.

Koncepcja, że możemy pielęgnować swoją duszę albo jaźń niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się ją we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Oczywiście oznacza to zastąpienie jednej metafory drugą, ale nie da się myśleć w niebanalny sposób bez używania analogii. Poza tym metafora ogrodu jest bardzo trafna. Komórki, które tworzą nasze sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, tworząc rozgałęziające się struktury przypominające drzewa. Dlatego zostały nazwane dendrytami: od łacińskiego słowa oznaczającego drzewo. Niedawno odkryto, że to podobieństwo odzwierciedla fakt, że te neuronalne pnącza rosną zgodnie z działaniem tych samych trzech praw matematycznych. Jeszcze głębsze podobieństwo można odnaleźć w aktywnych procesach przycinania i odchwaszczania, które utrzymują w zdrowiu nasze sieci połączeń neuronalnych i są wykonywane przez grupę komórek pełniących funkcję lokalnych ogrodników mózgu.
Na samym początku naszego życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad pięciuset miliardów neuronów.Aby osiągnął dojrzałość, osiemdziesiąt procent tych komórek musi zostać usuniętych, by zrobić przestrzeń dla pozostałych, które utworzą połączenia neuronalne rozbudowane w skomplikowane sieci. Ten proces daje początek niepowtarzalnej strukturze sieci neuronów, która czyni nas tym, kim jesteśmy. Mózg rozwija się we wczesnym okresie dzieciństwa w zależności od tego, jak jest odżywiany miłością, troskliwością i uwagą, którą poświęca się dziecku. Kiedy neurony w mózgu uruchamiają się w reakcji na doświadczenie, połączenia między nimi wzmacniają się albo słabną. W tych punktach połączeń zwanych synapsami znajduje się również niewielka luka, przez którą przedostają się związki chemiczne mózgu zwane neuroprzekaźnikami. Z czasem nieużywane synapsy są przycinane po to, by te, z których regularnie korzystamy, utrwaliły się i miały przestrzeń do wzrostu.
Sieci połączeń neuronalnych w naszych mózgach są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia. Ta zdolność neuronów do zmiany została nazwana plastycznością mózgu. Termin pochodzi od greckiego słowa plassein, które oznacza „ukształtować” albo „uformować”, ale obecnie bywa kojarzony z czymś sprzecznym z naturą. Kiedy w latach 50. XX wieku po raz pierwszy odkryto to zjawisko, nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób kształtują się sieci neuronów. Pozostało to tajemnicą, dopóki nie odkryto roli komórek mikrogleju. Stanowią one jedną dziesiątą komórek mózgu i są częścią układu odpornościowego. Kiedyś sądzono, że pozostają bierne, chyba że zostaną uruchomione przez infekcję albo uraz. Współcześnie już wiemy, że pojawiają się w embrionie zaledwie po kilku dniach od zapłodnienia i od samego początku biorą udział w procesie wzrostu i autoregeneracji mózgu.

Te wyspecjalizowane komórki mają dużą mobilność i kiedy przepływają wolno przez nasze sieci neuronowe, pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Większość tych procesów dzieje się podczas snu, kiedy mózg się kurczy i robi komórkom mikrogleju miejsce, by wykonywały swoją pracę: korzystając ze swoich palczastych wypustek, usuwają toksyny, zmniejszają stan zapalny i przycinają zbędne synapsy.
Najnowszy rozwój technik obrazowania umożliwił obserwowanie tych komórek w działaniu. Okazuje się, że każda z nich zajmuje się własnym neuronalnym terytorium. Niczym ogrodnicy z prawdziwego zdarzenia te komórki nie tylko odchwaszczają i sprzątają, ale również pomagają rozwijać się neuronom i synapsom w mózgu. Proces ten, zwany neurogenezą (dosłownie: narodzinami neuronów), uruchamia białko uwalniane przez komórki mikrogleju i BDNF, czyli neurotroficzny czynnik pochodzenia mózgowego. Efekt oddziaływania tych białek na komórki nerwowe przypomina działanie nawozu: nie na darmo mają reputację „cudownej odżywki”. Niski poziom BDNF prowadzi do zmniejszenia sieci neuronowych i coraz częściej uważa się, że może mieć związek z depresją. Można go zwiększyć różnymi formami stymulacji, w tym ćwiczeniami fizycznymi, zabawą i kontaktami społecznymi.
Nieustanne odchwaszczanie, przycinanie i nawożenie mózgu utrzymuje go w zdrowiu na poziomie komórkowym. Działanie komórek mikrogleju stanowi przykład jednego z podstawowych praw: życie nie jest biernym procesem. To, co się dzieje w mikroskali, musi również dziać się na większą skalę. Umysł trzeba uprawiać niczym ogród. Nasze życie emocjonalne jest skomplikowane i potrzebuje nieustannego doglądania i przeformułowywania. Dla każdego z nas ta forma będzie inna, ale zasadniczo, by przeciwdziałać negatywnym i autodestrukcyjnym siłom, musimy pielęgnować w sobie pełne troskliwości, twórcze podejście. Przede wszystkim zaś musimy wiedzieć, co nas karmi i co nam służy.

……..

Jesteśmy gatunkiem stepowym, który pojawił się na afrykańskich sawannach. W drodze ewolucji nasze układy nerwowy i odpornościowy zostały przygotowane tak, by jak najlepiej funkcjonować w reakcji na różne aspekty świata natury. Dotyczy to ilości światła słonecznego, które odbieramy; rodzaju mikrobów, na których działanie jesteśmy wystawieni; zielonej roślinności wokół nas i rodzaju wykonywanych przez nas ćwiczeń. Znaczenie tych czynników stanie się bardziej zrozumiałe w trakcie lektury tej książki, ale intuicyjna koncepcja Hildegardy podkreślająca związek między tym, jak rośliny rozkwitają w naturze, i rozkwitem człowieka okazuje się słuszna. Pracując z otaczającą nas naturą, pracujemy również z naszą wewnętrzną naturą. Właśnie dlatego ludzie czują większą siłę i energię życiową w świecie natury. Dlatego ogrodnicy często mówią, że odczuwają spokój. Dlatego spędzanie czasu na łonie natury budzi w nas tę część, która poszukuje więzi.
Kiedy prowadząc badania naukowe, zaczęłam odwiedzać terapeutyczne grupy ogrodnicze, miałam silne poczucie tych wszystkich korzyści. Podczas jednej z takich wizyt spotkałam Grace: kobieta miała lęki i od prawie roku brała udział w niewielkim projekcie terapii ogrodniczej (hortiterapii). Jakieś dziesięć lat wcześniej, kiedy miała dwadzieścia kilka lat, przeżyła niefortunną i smutną serię zdarzeń, którą zakończyła śmierć jej matki. W następstwie tych doświadczeń wpadła w depresję i zaczęła mieć napady lękowe. Chociaż leki, które jej przepisano, pomogły ustabilizować niektóre objawy, Grace coraz bardziej rezygnowała z życia. Lęk powstrzymywał ją przed samodzielnym wyjściem do najbliższego sklepu, większość czasu spędzała w domu, uwięziona w błędnym kole niskiego poczucia własnej wartości; była przekonana, że nic się już nie zmieni.
Grace nigdy przedtem nie zajmowała się ogrodnictwem i kiedy psychiatra zaproponował jej udział w tym projekcie, nie dowierzała, że taki rodzaj terapii mógłby jej pomóc. Początkowo niechętna, kiedy już podjęła decyzję, nagle doświadczyła emanującego z ogrodu spokoju. – Nie ma tutaj żadnego zgiełku i zamętu – powiedziała. – Ogród mnie uspokaja.
Spodobało jej się to, że nie musiała wykonywać wielu prac ogrodniczych. Mogła po prostu tam siedzieć i się odprężyć, jeśli właśnie akurat tego potrzebowała. Wkrótce jednak Grace tak się zaangażowała, że porwał ją impet grupy. Wspólne zadania pomagały tej terapeutycznej wspólnocie nawiązywać więzi. Naturalne otoczenie również odgrywało tutaj rolę, ponieważ ludzie łatwiej nawiązują relacje, kiedy przebywają razem na łonie natury. Oznacza to, że psychologiczne, społeczne i fizyczne korzyści ogrodnictwa idą ręka w rękę.

Poczucie, że inni członkowie grupy, którzy dłużej uczestniczyli w tym projekcie, okazywali jej serce, wiele dla niej znaczyło. Grace spodobało się również to, że hortiterapeuta zadbał o to, by pokazać jej dokładnie, co miała robić w ramach ogrodniczych obowiązków. Zyskała pewność siebie. Oczywiście kobieta zdobywała przede wszystkim umiejętności praktyczne, ale jednocześnie ktoś, kto tak jak ona utknął w swoim życiu, podświadomie odbiera przekaz, że może jednak dokonać zmiany, zacząć wszystko od nowa, potrafi sprawić, że coś się rozwija.
Kiedy rośliny zaczynają rosnąć, działa zasada „zobaczyć znaczy uwierzyć”. Przygotowywanie jedzenia również polega na tym, że trzeba uwierzyć. Kiedy gotujesz i dzielisz się potrawami, rzeczywiście czujesz ten smak i wiesz, naprawdę wiesz, że wydarzyło się coś dobrego. Jak stwierdziła Grace: „To bardzo duża różnica, kiedy widzimy, jak coś powstaje od początku do końca, i wiemy, że włożyliśmy wysiłek w to, by wyrosło”. Wspólne przygotowywanie i jedzenie posiłków było dla niej nowym doświadczeniem, podobnie jak smak samodzielnie wyhodowanych płodów rolnych. Kiedy po raz pierwszy skosztowała ugotowanej kukurydzy prosto z ogrodu, była do głębi poruszona jej soczystością i pełnią smaku. Przypomniała sobie, jak pewnego razu, kiedy sprzątali po wspólnym posiłku, cała grupa zaczęła śpiewać i tańczyć w spontanicznym wybuchu wielkiej radości.
Grace była zaskoczona tym, jak bardzo zaangażowała się w opiekę nad roślinami, a także tym, ile przyjemności i zadowolenia czerpała z przyglądania się, jak kwitły i owocowały. Perspektywa zajmowania się czymś poza nami może sprawiać wrażenie, że taka praca będzie wysysała z nas energię. Grace też miała takie obawy. Współczesny nacisk na samodoskonalenie i inwestowanie w siebie może sugerować wniosek, opieka nad czymś będzie wyczerpującym zajęciem, ponieważ wymaga włożenia wysiłku w coś, co leży poza nami. Oczywiście trudno się spierać z tym, że bardzo wymagające formy opieki mogą być męczące, jednak każda czynność związana z opieką wiąże się z ważnymi, neurochemicznymi nagrodami. Poczucie spokoju i zadowolenia, które towarzyszy pielęgnowaniu ogrodu, przynosi korzyści zarówno darczyńcy, jak i obdarowanemu. Istnieją oczywiste ewolucyjne powody, dla których właśnie tak powinno być. Efekty antystresowe i antydepresyjne tych przyjemnych emocji są rezultatem działania hormonu przywiązania, oksytocyny, i uwalniania w mózgu beta-endorfin, naturalnych opioidów.
– Bardzo mi to pomaga – powiedziała Grace. – To zupełnie nowe uczucie. Kiedy przebywam w ogrodzie, jestem w innym świecie.
Ten „inny świat” jest związany nie tylko z doświadczeniem troskliwości i opieki, ale również z kojącym działaniem zanurzenia się w naturze i stymulacją aktywności społecznych, takich jak wspólne sadzenie, zbiory czy spożywanie posiłków. Tego typu projekt do pewnego stopnia odzwierciedla proste życie wspólnoty, blisko ziemi, które było typowe dla naszego gatunku przez większą część naszej historii. Grace uczestniczy w projekcie hortiterapeutycznym raz w tygodniu, a dobre emocje, których tam doświadcza, utrzymują się jeszcze przez kilka kolejnych dni. Kiedy w domu zaczyna odczuwać lęk, powraca myślami do ogrodu; stara się myśleć tylko o tym, jak bardzo pomaga jej to „bezpieczne schronienie”. – Czuję się tak, jakby w moim umyśle była oaza spokoju – powiedziała. W rezultacie potrafi teraz samodzielnie pójść do pobliskiego sklepu, zaczęła wychodzić z domu i podejmować aktywności, na które wcześniej by się nie odważyła. Kiedy z nią rozmawiałam, właśnie zapisała się na drugi rok programu terapii ogrodniczej. Nie miała żadnych wątpliwości, że hortiterapia bardzo jej pomogła. – Jedenaście na dziesięć – odparła, kiedy poprosiłam, by oceniła projekt w punktach.

POLECAMY

………

Koncepcja pomocy w rozwoju i wychodzeniu z choroby psychicznej przez pracę w ogrodzie czy obcowanie z naturą pojawiła się w XVIII wieku. Tacy reformatorzy jak filantrop brytyjski William Tuke prowadzili kampanię przeciwko brutalnemu traktowaniu osób chorych psychicznie, a także okropnym warunkom, w jakich one przebywały. Tuke uważał, że samo środowisko może mieć działanie lecznicze, i w 1796 roku zbudował na wsi niedaleko Yorku dom dla przewlekle chorych psychicznie znany jako „Zacisze”. Nie nakładano tam ograniczeń, pacjentom wolno było swobodnie przechadzać się po całym ośrodku; mieli możliwość zajęcia się różnymi formami wartościowej pracy, w tym ogrodnictwem. Podejście do leczenia pacjentów pomyślane jako „schronienie, w którym poranieni mogą znaleźć sposoby, żeby się zregenerować albo zyskać poczucie bezpieczeństwa”, opierało się na życzliwości, poczuciu własnej godności i szacunku. Potem nadeszła epoka, w której domy dla psychicznie chorych budowano w otoczeniu parków z ogrodami i szklarniami, gdzie pacjenci mogli spędzać część dnia, sadząc kwiaty i warzywa.
W 1812 roku, po drugiej stronie Oceanu Spokojnego, Benjamin Rush, amerykański lekarz, który był jednym z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, wydał podręcznik na temat leczenia chorób psychicznych. Zawarł w nim swoje obserwacje pacjentów chorych psychicznie, którzy w zamian za opiekę pracowali w ogrodach szpitala: rąbiąc drewno, paląc ogniska i kopiąc ziemię. Często właśnie ci pacjenci byli tymi, którzy trwale powracali do zdrowia. W przeciwieństwie do pacjentów o wyższym statusie społecznym, którzy byli bardziej predestynowani do tego, by „przez całe życie gnić w murach szpitala”.
W pierwszej połowie XX wieku w wielu szpitalach wciąż zakładano ogromne, otoczone murem ogrody, w których pacjenci hodowali kwiaty, owoce i warzywa wykorzystywane potem w szpitalu. W latach 50. XX wieku leczenie chorób psychicznych diametralnie się zmieniło na skutek wprowadzenia nowych i silnych leków. W opiece nad pacjentami stawiano głównie na leki, a rola środowiska naturalnego straciła na znaczeniu, czego skutkiem było to, że w kolejnych nowo wybudowanych szpitalach nie przewidywano wystarczającej powierzchni terenów zielonych.
Zaczynamy wpadać w błędne koło. Poziom depresji i stanów lękowych wzrasta, a koszty leków idą w górę. W połączeniu z coraz większą liczbą dowodów naukowych potwierdzających zbawienne efekty działania natury ogrodnictwo oraz różne inne formy dbania o zieleń nabierają nowego impetu. Programy zalecające aktywność społeczną to najnowsza inicjatywa, dzięki której lekarze rodzinni mogą przepisywać kurs ogrodnictwa albo ćwiczenia na świeżym powietrzu zamiast leków albo równolegle z nimi. Obecna polityka w Anglii zmierza do tego, by inicjatywy oparte na aktywności społecznej stawały się coraz bardziej powszechne. William Bird, lekarz rodzinny, który był jednym z redaktorów niedawno wydanej publikacji „Oxford Textbook of Nature and Public Health”, jest gorącym zwolennikiem leczenia za pomocą natury. Opierając się na istniejących dowodach naukowych, Bird oszacował, że każdy funt, który brytyjski Narodowy Fundusz Zdrowia zainwestowałby w hortiterapię, dałby oszczędność kosztów leczenia rzędu pięciu funtów. Jak to ujął: „ludzie żyją w stanie oderwania od natury i od siebie nawzajem”.
W hortiterapii zazwyczaj sięga się po organiczną uprawę roślin. Zrównoważony rozwój środowiska naturalnego idzie w parze ze zrównoważonym rozwojem psychiki: chodzi o to, by zapewnić ludziom to, czego potrzebują do własnego rozwoju. Kiedy organizacja charytatywna Mind przeprowadziła zakrojone na szeroką skalę badanie ludzi, którzy brali udział w programach aktywności na świeżym powietrzu, na przykład ćwicząc albo uczestnicząc w hortiterapii, okazało się, że u 94 procent ankietowanych stan zdrowia psychicznego się poprawił.
Za jedno z najważniejszych odkryć naukowych, jakie pojawiły się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, uważam to, że uprawianie ogrodu poprawia nastrój i zwiększa poczucie własnej wartości oraz złagodzić depresję i stany lękowe. W tych badaniach brały udział osoby, które same wybrały ogrodnictwo, co oznacza, że nie zostały zachowane najwyższe standardy badań klinicznych, w których pacjentów przydziela się losowo do programu leczenia. Do podobnych wniosków doszli jednak duńscy badacze, którzy przeprowadzili badanie pacjentów ze zdiagnozowanym zespołem stresu pourazowego. Podzielono ich na dwie grupy. Jedną z nich poddano sprawdzonej psychoterapii poznawczo-behawioralnej (ang. cognitive-behavioral therapy – CBT), podczas gdy druga grupa wzięła udział w programie hortiterapii, który trwał tyle samo. Dziesięć tygodni uprawiania ogrodu przez kilka godzin tygodniowo to nie tak wiele, ale nawet przez ten krótki okres hortiterapia zapewniła podobny poziom korzystnych efektów jak oparty na dowodach naukowych program terapii poznawczo-behawioralnej. Badania, które zostały opublikowane w „British Journal of Psychiatry” w 2018 roku, były pierwszymi badaniami hortiterapeutycznymi, które pojawiły się na łamach tego czasopisma. Ich publikacja potwierdza, że terapia ogrodnicza zyskuje wiarygodność w głównym nurcie medycyny.
Jednak badania kliniczne, chociaż niewątpliwie ważne, nie pozwalają uchwycić pełnego spektrum korzyści płynących z hortiterapii. Ogrodnictwo jest niezwykłe, jeśli chodzi o zakres, w jakim wpływa na emocjonalne, społeczne, zawodowe i duchowe aspekty życia. Tę niewątpliwą zaletę uprawiania ogrodu trudno w pełni docenić w badaniach naukowych. W dodatku badania z konieczności trwają krótko, a wielu osobom, choćby takim jak Grace, potrzeba więcej czasu. Tak naprawdę, jeśli chcemy w pełni odczuć korzyści z przyglądania się temu, jak coś rośnie, musimy doświadczyć pełnego cyklu natury i przejść przez wszystkie pory roku.
Jednym z najdłużej działających i najskuteczniejszych projektów hortiterapeutycznych w Wielkiej Brytanii jest istniejący w hrabstwie Oxfordshire Bridewell Gardens. Ogrodnicy, którzy biorą udział w tym programie – nie używa się określenia „pacjent” – to ludzie, którzy zazwyczaj mają poważne problemy ze zdrowiem psychicznym, w wielu przypadkach długoletnie. Noszą piętno choroby i mają trudności w relacjach społecznych. Każdego roku zespół ośrodka pracuje z siedemdziesięcioma albo osiemdziesięcioma osobami, z których większość uczestniczy w zajęciach dwa razy w tygodniu.
Ogrodnictwo to zwykłe zajęcie, które nie bywa kojarzone ze szpitalami albo klinikami ani tym bardziej z byciem chorym, a już to ma charakter normalizujący. Pracując w ogrodzie, bazujemy na naturalnej sile wzrostu roślin. Inaczej ujmując: karmimy dobro. Rozwijając ten aspekt, ogrodnicy (pacjenci) Bridewell uświadamiają sobie, że potrafią zrobić to samo we własnym życiu: w dalszą drogę nie muszą zabierać wszystkich złych rzeczy, które im się przydarzyły. Dane dotyczące skuteczności programu wskazują na to, że po jego ukończeniu około 60 procent uczestników podejmuje jakąś formę pracy, płatnej albo wolontaryjnej. Inni zapisują się na kurs zawodowy. Kolejni zmieniają swoje życie na lepsze: zaczynają nową aktywność albo dołączają do jakiejś społeczności. Biorąc pod uwagę to, z jakiego punktu zaczynali, te zmiany są znaczące.
Bridewell jest położony w ogromnych, otoczonych murem ogrodach na wiejskich terenach dystryktu Cotswold. Podobnie jak ogrody klasztorne benedyktynów obejmuje wiele działek uprawnych, w tym winnicę oraz miejsca, które mają zapewniać spokój i odosobnienie. Znajduje się tam również warsztat stolarski. Jest też kuźnia, w której kilka lat temu wykonano niezwykłą bramę wjazdową z kutego żelaza. Zbudowana ze starych szpadli ogrodowych i widelców jest genialnym dziełem sztuki recyklingu.
Zespół zaobserwował, że sesje z kowalem mogą być szczególnie pomocne dla tych, którzy doświadczyli przemocy i nadużyć. Ten rodzaj katharsis obejmuje przepracowanie emocji i konfliktów, które nie tak łatwo da się wyrazić słowami. Jednym z najsilniejszych czynników warunkujących nasze zdrowie psychiczne jest to, jak radzimy sobie z negatywnymi emocjami i doświadczeniami. Ten efekt jest ważny pod względem terapeutycznym. Zygmunt Freud nazywał go sublimacją, którą można osiągnąć, wykonując każdy rodzaj transformującej i twórczej pracy. W chemii reakcja sublimacji obejmuje przejście ciała stałego w gazowe z pominięciem cieczy. Artyści, jak twierdził Freud, robią podobnie: przekształcają pierwotne instynkty i silne emocje w dzieła sztuki o wartości estetycznej.
Złość, żal i frustrację można sublimować albo twórczo ukierunkować na wiele sposobów, a ogrodnictwo jest jednym z nich. Kopanie ziemi, przycinanie roślin i wyrywanie chwastów to formy opieki, w których destrukcyjność może być wykorzystana w służbie rozwoju. W rozładowaniu agresji i odreagowaniu lęków pomaga uprawa ziemi, która przekształca nie tylko krajobraz fizyczny, ale też nasze wnętrze. Zasadniczo jest to działanie transformujące
.

…………

Tylko jeśli skonfrontujemy się ze smutkiem, który towarzyszy stracie, będziemy w stanie się z niego wydobyć. Jednak ból, jaki nam wtedy towarzyszy, sprawia, że czasami uciekamy, szukając innych rozwiązań. Panna Havisham, bohaterka „Wielkich nadziei” Karola Dickensa, odmawia przeżycia żałoby i pielęgnuje w sobie żal po stracie. Kiedy zostaje porzucona w dniu ślubu, zatrzymuje zegary, odcina się od światła dziennego i zamyka w domu. Satis House zamienia się w mauzoleum niespełnionych marzeń. Tort weselny pozostaje na stole niczym gnijący trup, z którego wyrasta ogromny, czarny grzyb zamieszkiwany przez pająki z nakrapianymi nogami.
Osobliwość ludzkiej natury polega na tym, że potrafimy zmienić coś dobrego w coś złego, a potem się tym delektować. Estella, młoda dziewczyna, którą wychowuje panna Havisham, nie została przez nią „wykarmiona dobrem”, tylko ukształtowana po to – jak odkrywa Pip – by mścić się na mężczyznach. Zamiast miłości i współczucia w łatwowiernym sercu Estelli zasiano pogardę i oziębłość.
Ogród wokół Satis House stał się „odludziem zarośniętym plątaniną chwastów”, ale – Dickens stawia sprawę jasno – nie jest to powrót do dzikiej przyrody. Kiedy Pip spaceruje po opuszczonym i zaniedbanym ogrodzie, natyka się na nędzne pozostałości po łodygach kabaczków, a potem na coś jeszcze bardziej groteskowego – szkielety melonów i ogórków, które „zdawały się w swoim upadku wydać spontaniczne owoce nieudolnych prób na kawałkach starych kapeluszy i butów, a tu i ówdzie wypuszczały zachwaszczone odnogi na podobieństwo rączki poobijanego rondla”. Naturalna siła wzrostu w ogrodzie, podobnie jak w umyśle jego właścicielki, została wypaczona. Następuje rozkład, ale za nim nie postępuje odnowa.
W trakcie swojej ostatniej wizyty w Satis House Pip uświadamia sobie, do jakiego stopnia długie lata samotnej traumy doprowadziły „wzgardzoną miłość i zranioną dumę” panny Havisham do „monstrualnej manii”. Do Pipa dociera również, że kobieta, „odcinając się od światła dziennego, odcięła się od nieskończenie większej ilości rzeczy, że w tej izolacji odcięła się od tysiąca innych naturalnych i uzdrawiających wpływów”. Gdyby tylko wyjęła sekator, cała ta zemsta mogłaby zostać zaangażowana w transformację ogrodu. Tymczasem zżera ją żal. Koniec końców kobieta staje w płomieniach i posiadłość Satis House zostaje doszczętnie spalona.
Zakończenie tej historii tchnie jednak nadzieją. Pip i Estella spotykają się przypadkiem w miejscu, w którym kiedyś stał Satis House. Pip zauważa, że wśród ruin „część starego bluszczu wypuściła nowe pędy i zieleni się na ścielącej się pod nogami, milczącej kupie gruzów”. Niepozorna oznaka odrodzenia natury pozwala podtrzymywać nadzieję, że bohaterowie – mimo ciężkich przeżyć – nie zrujnowali sobie życia.

Przypisy