Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

22 lipca 2016

Kreacja na każdy dzień

120

Kurtyna w górę! Jakie dziś pokażemy oblicza: bestii, przyjaciela, wolnego ptaka, spryciarza, czujnej mimozy, samarytanina? W życiu, jak na deskach teatru, codziennie i na nowo tworzymy wariant siebie samego. Co odsłaniamy, a co skrywamy za maskami? Za co zbieramy gromkie brawa?

Wino należy długo i z namysłem obracać w kieliszku, powąchać je i posmakować. Zrobić krótką pauzę i powiedzieć: „dosyć dobrze rozwinięte, jak na młode wino” (gdy rocznik jest młody), „piękne, dobrze rozwinięte niuanse smakowe” (gdy wino jest w starej butelce), „ciekawy, taninowy profil” (czerwone wino), „dobra mineralność” (białe wino). Jeśli chcesz uchodzić za eksperta od wina, dobrze jest również użyć słów: „złożoność”, „równowaga”, „zakończenie”...
Rzucaj krótkie, ale wymowne spojrzenia – elegancki makijaż oczu i staranne wytuszowanie rzęs to podstawa. Uśmiechaj się tajemniczo i delikatnie – na mężczyzn to działa jak magnes. Niech twoja mimika będzie wyrazista – gdy twarz wyraża żywe emocje, stajesz się piękna. Pamiętaj, by nie mówić od razu wszystkiego na swój temat. Odkrywaj siebie przed nim stopniowo, zmuś go do zgadywania, szukania informacji o tobie…

Idąc na rozmowę o pracę wybierz klasyczny ubiór – tak noszą się godni zaufania profesjonaliści. Wejdź do gabinetu zdecydowanym krokiem, uściśnij mocno rękę (zasugerujesz, że można na tobie polegać), patrz w oczy, ręce trzymaj na wierzchu (a więc jesteś uczciwy, nie okradniesz firmy). Gdy nie znasz odpowiedzi na jakieś pytanie, powiedz: „nie wiem, ale znam sposób, jak się szybko dowiedzieć” i poszukaj odpowiedzi w smartfonie. Sprawisz wrażenie osoby bystrej i potrafiącej porażkę przekuć w sukces...

To garść zaleceń z popularnych poradników. Wytrawny enolog, czarująca i zniewalająca uwodzicielka, idealny pracownik – możesz nimi być, możesz uchodzić za tego, kim chcesz być w oczach innych. Możesz umiejętnie siebie zaprezentować, ulepić na nowo, dostosowując do wyzwań i potrzeb.
Przybywa speców od kreowania własnego wizerunku. Speców od tego, co każdy z nas bezwiednie robi na co dzień i w czym sam dla siebie jest specem. Jakie maski przywdziewamy, co dzięki nim osiągamy, a co za nimi skrywamy?

Ja z koralików

Wybitny aktor teatralny i filmowy Zbigniew Zapasiewicz w wywiadzie udzielonym „Charakterom” przyznał, że jedyną różnicą między kreacjami, których dokonujemy w codziennym życiu, a tymi, które dokonują się na scenie, jest obecność scenariusza w teatrze: „w teatrze mamy zastaną rzeczywistość, a w życiu rzeczywistość niespodziewaną”. Improwizując, inną twarz pokazujemy ekspedientce w piekarni, w której co rano kupujemy chrupiące bułeczki, inną przedstawicielowi sieci komórkowej, który nachalnie wciska nam ofertę, inną w pracy, a jeszcze inną mężowi/żonie po kilkunastu latach związku.

Jak pisał Erving Goffman, kontakt twarzą w twarz z drugą osobą to rodzaj przedstawienia teatralnego, podczas którego odgrywamy swoje partie, by wywrzeć zamierzone wrażenie, uzyskać aprobatę i szacunek. Dokonujemy autoprezentacji – wszyscy i nieustannie – decydując, jaką część siebie pokazać innym. Taki autowizerunek jest sumą wyznawanych przez nas wartości i wyobrażeń na temat oczekiwań audytorium i wartości, jakimi się ono kieruje – zauważają prof. Barry R. Schlenker i dr Beth A. Pontari w Ja i tożsamość. Perspektywa psychologiczna. Psychologowie określają go jako tożsamość pożądaną. Oznacza ona dążenie do zbudowania własnego wizerunku – korzystnego i zarazem wiarygodnego – który odzwierciedla to, kim możemy i powinniśmy być w danej sytuacji. Mary Pickford (czyli skrywająca się za tym pseudonimem scenicznym Gladys Marie Smith), wielka gwiazda kina niemego, uwielbiana przez widzów za styl aktorstwa i działalność charytatywną, chciała być odbierana jako skromna i niewinna, toteż jedyną biżuterią, jaką nosiła publicznie, był niewyszukany sznur pereł. Ale w domu, prywatnie, perły zmieniała na ogromne rubiny i szafiry gwiaździste...

Tak samo dopasowujemy do okoliczności nasze Ja. Jest ono masą plastyczną i dynamiczną. „Ja wydaje się raczej dynamiczną pulą myśli, uczuć, motywów, wspomnień” – uważa Hazel Rose Markus, prof. psychologii ze Stanford University. „W danym momencie wyciągamy z tej puli »próbkę«. I to, co wtedy otrzymujemy, jest naszym Ja roboczym. To ono reguluje nasze zachowanie w danym momencie i w danej sytuacji. Teraz rozumiemy, dlaczego Ja w dużym stopniu jest produktem oddziaływań środowiskowych, wytworem tych wszystkich środowisk, których jesteśmy częścią. Wraz ze zmianą środowiska zmienia się Ja i wcale nie oznacza to, że jesteśmy nieprawdziwi, nieautentyczni”.

Markus porównuje Ja do naszyjnika, którego pewne elementy są stałe – tworzona przez nas narracja, opowieść, nasza historia. Podtrzymują one, niczym rzemyk, koraliki, które nawlekamy w dowolnej kolejności, liczbie. Różne sytuacje wymagają różnych Ja.

Lepiej z gorszej strony

Nie zawsze prezentujemy siebie innym jako naszyjnik z najpiękniejszych koralików. Bywa że korzystniejsze, tj. przynoszące oczekiwane przez nas skutki, jest dla nas zaprezentowanie się z gorszej strony. „Byłem typem faceta, którego uwielbiali nienawidzić rodzice: Zamknijcie swoje córki! Schowajcie swoje psy! Ozzy Osbourne przyjeżdża do miasta” – opowiada w jednym z wywiadów kontrowersyjny brytyjski wokalista rockowy Ozzy Osbourne. Koraliki, z jakich Ozzy tworzy naszyjnik Ja prezentowanego publiczności, są ciemne, chropawe, odrzucające, jak przystało na scenicznego „Księcia ciemności”... My też często celowo robimy złe wrażenie. Cztery tego typu strategie autoprezentacji opisali psychologowie społeczni prof. Edward Jones i prof. Thane Pittman.

Pierwszą z nich stosuje intymidator, czyli zastraszacz – poprzez chłód w spojrzeniu i głosie, trzymanie dystansu w relacjach (bądź też skracanie dystansu protekcjonalnym zachowaniem), przypominanie o istnieniu pewnej hierarchii (w której jestem oczywiście na wyższej pozycji) chcę uzyskać uległość i posłuszeństwo otoczenia. Drugą strategią jest wzbudzanie strachu nie wprost, ale uciekając się do aluzji, że mogę więcej niż się wydaje odbiorcom, bo „mam świetne układy z Kimś Ważnym”. Kolejną strategią jest gra w „ofiarę”: jestem mały, słaby i bezbronny – zjedzą cię wyrzuty sumienia, jeśli mnie skrzywdzisz. Skuteczną strategią jest również prezentowanie siebie jako tzw. suplikatora, czyli partacza i fajtłapę – utwierdzam otoczenie w przekonaniu, że mam dwie lewe ręce, bo dzięki temu wymigam się od ciężkiej pracy i odpowiedzialności, a jeśli nawet nie uniknę pracy, to mogę liczyć na taryfę ulgową.

Prof. Bill Thornton, psycholog społeczny z University Southern Maine, wskazał jeszcze inną strategię, do której się uciekamy – tzw. playing dumb, prezentowanie siebie jako kogoś głupszego od partnera, szefa, rodzica, udawanie tła dla kogoś, od kogo jesteśmy zależni. Dowartościowując go, zjednujemy sobie jego sympatię i przychylność. Co ciekawe mężczyźni stosują tego typu technikę autoprezentacji równie często jak kobiety. Z tym, że panom służy ona do uśpienia czujności pozornie silniejszego i mądrzejszego przeciwnika, po to, by w najmniej oczekiwanym momencie zaskoczyć go autentyczną wiedzą i kompetencją.

Strategią autoprezentacji jest również samoutrudnianie, co szeroko opisał prof. Andrzej Szmajke, autor książek Autoprezentacja: maski – pozy – miny i Samoutrudnianie jako sposób autoprezentacji. Celowo rzucamy sobie kłody pod nogi i prowokujemy własne niepowodzenie: imprezujemy w przeddzień ważnego egzaminu, spóźniamy się z raportem, choć wiemy, że przełożony przywiązuje do niego dużą wagę. Jaki jest sens takich zachowań? Znajdziemy go w finale przedstawienia, które gramy. Zarówno pozytywny, jak i negatywny efekt chroni naszą samoocenę i usprawiedliwia nas przed innymi – oblałem egzamin, no ale kto by go zdał, gdyby był na takim kacu jak ja; skoro szef pochwalił mój projekt, choć dostarczyłam go grubo po terminie, to jednak jestem niezła.

Twarz na Fejsie

Charlotte, Lucy i Amy, trzy rezolutne Brytyjki, wzięły udział w dość ryzykownym eksperymencie. Zgodziły się udostępnić hasła do swoich profilów na Facebooku ważnym w ich życiu osobom, tak by mogły one przejrzeć ich korespondencję, wpisy, zdjęcia zamieszczane na portalu. Charlotte dała swoje hasło… szefowej, Lucy – partnerowi, a Amy – swojej mamie. Wszyscy oni byli zszokowani tym, co zobaczyli. „Postrzegałam ją jako spokojną, odrobinę nieśmiałą, bardzo profesjonalną dziewczynę. Teraz widzę, jak się myliłam. Ta dziewczyna to megaimprezowiczka” – stwierdziła szefowa Charlotte. Partner Lucy był zaskoczony nieskromnymi zdjęciami dziewczyny, a mama Amy ostrymi komentarzami i niezwykłą wylewnością córki, która jej zawsze wydawała się skryta. Eksperyment postawił przed nimi dylemat: co jest maską osób, które, jak im się wydawało, znali: czy ich zachowanie w „realu”, czy w wirtualnej przestrzeni?

Socjologowie, psychologowie i eksperci nowych technologii dochodzą do wniosku, że kreując siebie w cyfrowym świecie, stosujemy takie same strategie autoprezentacji jak w „realu”, a zatem i tutaj zakładamy maski. Wspominają o tym dr Dorian Wiszniewski i prof. Richard Coyne z University of Edinburgh, współautorzy książki Budując społeczności internetowe. Ich zdaniem maska pozwala nam czuć się nieco bezpieczniej w anonimowym świecie cyfrowym – niby dużo o sobie mówimy, pokazujemy zdjęcia, relacjonujemy sukcesy, ale... nie ujawniamy wszystkiego, do końca. Częściowo zakrywamy się kreowanym wizerunkiem, nawet jeśli wydaje się on ekshibicjonistyczny. Co zatem zyskujemy dzięki cyfrowym kreacjom?

Dr Amy Gonzales i prof. Jeffrey Hancock, psychologowie z Cornell University, sprawdzili, jak posiadanie konta na Facebooku wpływa na samoocenę. Czy obniża ją, ponieważ koncentracja na własnym wizerunku sprawia, że spostrzegamy rozbieżność między swoim Ja realnym i Ja idealnym (do takich wniosków doszli w latach 70., po słynnym eksperymencie z lustrem, Shelley Duval i Robert Wicklund), czy też podnosi, bo prezentacja wybranych informacji o sobie zbliża nas do Ja idealnego, do tego, jacy chcemy być (hipoteza prof. Josepha Walthera, psychologa z Michigan State University).

Gonzales i Hancock skonfrontowali te koncepcje w eksperymencie z udziałem 63 studentów, podzielonych na trzy grupy. Kontrolną, off-line – w której badani przyglądali się sobie w lustrze, oraz dwie grupy on-line korzystające z Facebooka – przy czym członkowie jednej z nich mogli tylko przeglądać swoje profile, a członkowie drugiej mogli również edytować je, dokonywać zmian. Okazało się, że u osób, które podczas eksperymentu dokonały jakiejś zmiany w swoim profilu na Face[-]booku, samoocena wzrastała.

Do swojego Ja idealnego próbują się przybliżyć miliardy użytkowników portali społecznościowych, uczestników forów, blogerów i vlogerów. Wykorzystują narzędzia, które oferuje internet i nowe technologie do opowiedzenia swojej historii (tzw. digital storytelling – cyfrowe opowiadanie) po to, by zbudować jak największe grono obserwatorów, zdobyć jak najwięcej „lajków”. W tym celu, jak piszą specjaliści od digital storytelling, powinniśmy przedstawiać osobistą perspektywę, dbać o to, by przekaz był emocjonalny i wiarygodny. By internauci odwiedzający nasz profil, blog, stronę nabrali przekonania, że pokazujemy prawdziwych siebie, a nie imitację…

Lęk w rękawiczkach

„W każdej imitacji jest odrobina prawdy” – z tym zdaniem w uszach pozostaje oszukany i ograbiony z unikatowej, bezcennej kolekcji obrazów Virgil Oldman, wybitny ekspert dzieł sztuki z filmu „Koneser” Giuseppe Tornatorego. Choć bezbłędnie odróżniał oryginał od nawet najlepszej podróbki, dał się podejść oszustce, która zagrała przed nim tego, kim... był on sam. Samotna, zlękniona, bojąca się wychodzić z własnego domu kobieta stała się wiarygodna i tak bliska jemu – ponadprzeciętnie inteligentnemu odludkowi. Twarz jak maska (co ciekawe, Geoffrey Rush, który po mistrzowsku wcielił się w tę postać, w młodości studiował w słynnej szkole mimów Jacques’a Lecoqa), siwizna wstydliwie pokrywana farbą, dłonie zawsze w cienkich skórzanych rękawiczkach, by nie poczuć ciepła cudzych dłoni. Pod maską zdystansowanego i chłodnego profesjonalisty ukrywa bezbrzeżną samotność i lęk przed bliskością.

Lęk przed kobietami. Przed tym, że mogą go oszukać. Woli kobiety idealne, uwiecznione na płótnach największych malarzy, pod pełną kontrolą, bo zamknięte w jego tajnym gabinecie. One nie mogły go wyśmiać i skrzywdzić…
O lęku skrywanym pod przybieranymi maskami pisze psychiatra, humanista i filozof Antoni Kępiński. Lęk ten pojawia się, gdy wchodzimy – niczym aktorzy na scenę – w przestrzeń ludzkiej wspólnoty, gdzie musimy wyrzec się swojej intymności i gdzie każdym gestem i słowem wystawiamy się pod ocenę. „Gdy liczymy na przychylną ocenę otoczenia, nasze zachowanie jest swobodniejsze. Gdy zaś liczymy się z surową oceną, hamujemy się, zachowanie nasze jest skrępowane, staramy się sobie
narzucić te struktury, które są na pewno w tej przestrzeni aprobowane”, pisze Kępiński w Lęku.

Lękając się potępienia spo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy