Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

1 grudnia 2015

Kaganiec „muszę”

39

Stawiamy masę obwarowań co do tego, jaki ma być świat, co powinni ludzie, a co my musimy. Ten, który patrzy, jak rośnie trawa, ma szansę odczuć mniej frustracji wynikających ze zobowiązań, jakie nakłada na trawę - mówi Agnieszka Popiel.

Dr n. med. Agnieszka Popiel jest psychiatrą i psychoterapeutką. Pracuje w SWPS, gdzie kieruje Szkołą Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.
W ramach współpracy z Centrum Genetyki Zachowania UW kieruje programem „Trakt” – zajmującym się terapią PTSD. Jest współautorką Psychoterapii poznawczo-behawioralnej oraz współredaktorką Superwizji w psychoterapii poznawczo-behawioralnej.

Dorota Krzemionka: – Wiele osób szuka przepisu na szczęście. Albert Einstein sformułował żartobliwy wzór: szczęście to suma x + y + z, gdzie x to praca, y to rozrywki, a z – umiejętność trzymania języka za zębami. Czy Pani ma jakiś swój przepis?
Agnieszka Popiel: – Nie szukam go. Myślę, że to jest pierwszy krok ku zgubie. Stawianie warunków, na jakich mogę czuć szczęście, skutecznie go pozbawia. Szczęście jest zdolnością cieszenia się chwilą, jaka jest, i może pojawiać się w całkiem niesprzyjających okolicznościach.

Nawet wtedy, gdy praca jeszcze nieobroniona, mieszkanie niewyremontowane, córka nie ułożyła sobie życia i bliskiej osoby nam brak. Wydaje nam się, że bez tego szczęścia nie zaznamy. Natomiast gdybym obroniła pracę, gdybym miała kogoś...
– Gdyby moja rodzina mnie rozumiała, gdybym coś osiągnęła... Nakładamy całą masę takich kagańców sobie i ludziom wokół. Zakładamy, że świat powinien jakiś być, że my coś musimy... Albert Ellis, psychoterapeuta poznawczy, przeklinał różne „muszenia”, w które się wikłamy, byśmy mogli poczuć się dobrze. Niektórzy z nas, by mieć udane życie, już na wstępie stawiają warunki: muszę mieć gromadkę udanych dzieci, kochającego męża, muszę dbać, by nigdy nie doświadczył stresu, powinnam być zawsze uśmiechnięta, a zarazem równie aktywna zawodowo jak koleżanki. Kłopot w tym, że te warunki często są niemożliwe do spełnienia, a przynajmniej nie wszystkie naraz. A jeśli nawet się spełnią, to potrafimy zminimalizować ich wartość.

Wprawdzie obroniłam pracę, ale tylko na cztery. Jestem aktywna zawodowo, ale koleżanki osiągnęły więcej. Wprawdzie córka wyszła za mąż...
– Ale nie jest to mój wymarzony zięć. Mówimy: „No tak, ale...” – „No tak, skończyłam studia, ale gdybym wybrała inny kierunek, to ho, ho, gdzie ja bym dziś była!” albo „Gdyby moim mężem był ktoś inny, to życie mogłoby się potoczyć inaczej”. Fundujemy sobie całą masę takich uwikłań.

Wszystko można sobie w ten sposób popsuć. Po co więc stawiamy warunki?
– Też się nad tym zastanawiam. Niektórzy mówią, że te oczekiwania są busolą motywacyjną, kierują nas w ważne strony. Problem tkwi w tym, że przesadzamy, mamy tych oczekiwań za dużo, zbyt wygórowane, i formułujemy je bezkompromisowo. Nie byłoby problemu, gdybyśmy pomyśleli: „naprawdę byłoby dobrze, gdyby...”. Ale „muszę” oznacza coś innego...

Stawia nas pod ścianą...
– I jednocześnie bardzo zawęża świat, bo nie daje szans, byśmy dopuścili kilka wariantów, jakieś stany pośrednie. Z góry wiem, co mam osiągnąć: muszę być najlepsza, nigdy nie mogę odczuwać lęku, zawsze muszę być sprawna, poradzić sobie ze wszystkim.

A jeśli z czymś sobie nie radzę, to jestem beznadziejna, nic nie potrafię.
– Mamy tu do czynienia z nadmiernym uogólnianiem. Myślimy: „to wszystko nie ma sensu, nic mi się nie udaje”. Do tego dochodzi myślenie dychotomiczne, czyli wszystko albo nic: „Albo mnie kocha, albo nie”, nie ma nic pośredniego. „Albo to będzie dobry związek, albo żaden”. Jedna drobna pomyłka oznacza totalną przegraną. „Jeżeli ktoś skrytykuje to, co robię, to znaczy, że jestem do niczego”. „Albo się nadaję, albo nie”. Te wszystkie zasadzki myślenia pchają nas w ślepy zaułek i skutecznie uniemożliwiają dostrzeżenie różnych odcieni szarości, nacieszenie się
nimi.

Jak się nimi cieszyć, gdy ciągle tyle muszę? Wpadam w pułapkę, którą sama na siebie zastawiam.
– „Muszę” pozbawia nas w gruncie rzeczy ważnej cechy ludzkiej, jaką jest możność wyboru. Wikła nas i sprawia, że poczucie kontroli odpływa w kosmos, bo jeżeli musimy, to nasz wybór jest naprawdę ograniczony. Warto zastanowić się, ile z tych „muszę” to rzeczywiście są muszenia, a ile z nich jest tak naprawdę naszym wyborem.

Wiele osób się oburzy: no przecież naprawdę muszę rano wstać, skończyć studia, pójść do pracy...
– Można podyskutować. Pytanie, co by było, gdybym od jutra zdecydowała, że nie będę pracować? Jakie będą tego konsekwencje i kiedy czuję się lepiej: czy wtedy, gdy czuję się pyłkiem miotanym na wietrze i nic nie mogę, bo muszę, czy też wtedy, gdy decyduję się na przykład na pracę w tym miejscu, ponieważ dzięki niej osiągam inne rzeczy, które stanowią dla mnie wartość. W terapii zaangażowania i akceptacji podkreśla się, że w każdej sytuacji mamy wybór. To my decydujemy, czy idziemy rano do pracy albo czy powiemy szefowi, co myślimy o jego decyzji. Ten wybór nie bierze się znikąd, prawdopodobnie odnosi się do jakiejś ważnej dla nas wartości – na przykład prawdomówności albo niezależności. Zarazem każdy z naszych wyborów niesie konsekwencje. Wybierając zachowanie i związaną z nim wartość, akceptujemy również konsekwencje swych wyborów. Jeśli decyduję się powiedzieć komuś coś dla niego nieprzyjemnego, to akceptuję jednocześnie, że jemu będzie trochę przykro, a ja będę mieć trochę poczucia winy.

Aby uniknąć tych konsekwencji, uciekamy w „muszę”?
– Wydaje się nam, że w ten sposób unikniemy przykrości, która jest konsekwencją wcześniejszego wyboru. Łatwiej jest powiedzieć, że musieliśmy, że to kontekst sprawił... Ale przecież to my jakoś się zachowaliśmy w tym kontekście. Mogliśmy postąpić inaczej, ale spośród iluś rozwiązań wybraliśmy to właśnie. I choć chwilowo bywamy niezadowoleni z jego konsekwencji, może nawet przeklinamy swój wybór, to warto dostrzec, że wynikał on z naszych wartości. A jeśli konsekwencje bolą, to refleksja nad nimi może być początkiem nowych wyborów. Czasem trudno nam zaakceptować wolność. Rezygnujemy z niej, stawiając kolejne warunki. Myślimy: „no dobrze, wybieram to, ale chciałabym wiedzieć, jak to się dalej potoczy...”.

I mieć pewność, że dobrze wybieram.
– Myślę sobie: „Panie Boże, gdybyś mi powiedział, że zdam ten egzamin, czy ja bym się wtedy bała? Przecież jestem rozsądnym człowiekiem”. „A gdybym wiedziała, że to jest mężczyzna mojego życia, czy przeżywałabym niepokój przed ślubem?”. Kto mi da gwarancję, że rzeczy będą działy się po mojej myśli? To kolejne piętro warunków, kolejne muszenie, a ich tropienie nie ma końca. Pytanie: ile niepewności jesteśmy w stanie znieść? Co przychodzi nam z buntu wobec niepewności życiowej, której się nigdy nie pozbędziemy? Czy jesteśmy w stanie wybrać, mimo tej niepewności, czy też jest ona źródłem nieustającej niemożności zaakceptowania tego, co właśnie jest, i cieszenia się chwilą...

Bo jedynie ona jest pewna. Pamiętam opowieść o tym, jak profesor Tullio Scrimali, nauczyciel terapii poznawczej, spytał uczestników szkolenia, czy byliby szczęśliwi, gdyby mieli pewność, że będą żyli do 2250 roku? Okazało się, że dla niewielu osób była to dobra wiadomość.
– Większość stwierdziła: „Zaraz, zaraz, ale czy w zdrowiu? Z tym partnerem czy z innym?”. Tęsknimy, by mieć pewność, a gdy ją nawet zyskujemy, dodajemy kolejne warunki. Przypomnijmy sobie, czy kiedy spotkaliśmy miłość naszego życia, mieliśmy pewność, że to właśnie ona? Większość uzna, że to był szczęśliwy zbieg okoliczności. Skoro akceptujemy przypadek jako coś, co przynieść może szczęście, to dlaczego jesteśmy
tak wybiórczy?

Mówimy, że szczęścia nam brak, a zarazem przegapiamy wiele takich szczęśliwych przypadków, tracimy kolejne okazje w życiu. Dlaczego?
– Unikanie, omijanie różnych sytuacji życiowych jest wspólnym mianownikiem życiowych strat. Nie wysyłamy na czas podania o pracę, odkładamy to, aż jest za późno. Nie idziemy na spotkanie z kimś, bo z góry wiemy, co powie i co o nas pomyśli.

Na pewno uzna mnie za osobę nudną albo głupią...
– Właśnie. Potknę się, nie będę czegoś wiedzieć, zaczerwienię się i rozmówca pomyśli o mnie źle – to po co w ogóle zaczynać rozmowę? Powodem takich zachowań jest myślenie, które je poprzedza – terapeuci poznawczy nazywają to czytaniem w myślach. Z góry wiemy, co inni o nas sądzą, co do nas czują. Spytałam kiedyś pacjentkę, która narzekała na swo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy