Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

6 listopada 2018

Jak wzmocnić pewność siebie

736

Ilu z nas może powiedzieć: „Znam siebie, lubię i cenię. Wiem, co potrafię, a czego nie. I żadne niepowodzenie ani czyjeś krzywe spojrzenie nie załamie mnie”. Jak zyskać taką pewność siebie?

Agnieszka Jucewicz: Często skupiamy się na swoich słabych stronach i nieprzyjemnych emocjach, takich jak lęk, poczucie winy czy krzywdy. Nie doceniamy mocnych stron, nie dostrzegamy przyjemnych stanów, jak radość czy zadowolenie z siebie. Dlaczego?
Agnieszka Iwaszkiewicz: Paradoksalnie o trudnych emocjach łatwiej się rozmawia. Po pierwsze dlatego, że są intensywnie przeżywane; po drugie – bo są związane z innymi ludźmi, dlatego silniej wybrzmiewają. Natomiast zadowolenie z siebie musimy przedyskutować sami ze sobą, rozpoznać je w sobie.

Przecież inni też mają na to wpływ?
Oczywiście. Ale jeśli chcemy wiedzieć, czy i na ile jesteśmy zadowoleni z siebie, musimy wrócić do siebie, nawet gdy jesteśmy w relacji. Oto coś się w niej wydarza. Sprawdzam, co mi to zrobiło. Jak się czuję? Czy zachowałam poczucie własnej wartości? Czy jestem w stanie sensownie zareagować na to, co się stało, czy też od razu wchodzę w konflikt albo czuję się skrzywdzona? To wymaga pobycia ze sobą, wewnętrznego dialogu…

„Najwspanialsza rzecz na świecie to wiedzieć, jak należeć do siebie” – pisał Monteskiusz. Poczucie zadowolenia z siebie wydaje się czymś subtelniejszym niż radość czy szczęście.
Powiedziałabym: stabilniejszym niż te krótkotrwałe uczucia, które pani wymieniła. W jakimś sensie chodzi o pewność siebie, ale nie taką, która kojarzy się z buńczucznością, skłonnością do ryzyka czy pychą, lecz polegającą na tym, że mam spójną – co nie znaczy niezmienialną – wiedzę na swój temat i mogę jej zaufać. Mam jasność, co lubię, a czego nie. Wiem, z jakimi ludźmi jest mi po drodze, z jakimi niekoniecznie. Z jakich stanów emocjonalnych wyjdę szybko, a jakie przycisną mnie do ziemi. Znam swoje potrzeby i rozumiem siebie.

I z tego płynie radość?
Raczej spokój. Oczywiście okazjonalnie możemy czuć radość, gdy coś nam się uda. Na przykład pracowaliśmy długo nad doktoratem, wiele razy się potykaliśmy, wreszcie obroniliśmy. Albo nasze dziecko się usamodzielniło. Pojawia się uczucie dumy albo satysfakcji, potem znika. Natomiast pewność siebie wynikająca z rozeznania w sobie trwa niezależnie od tego, co nam się przydarza. Oczywiście czasem nastrój nam chwilowo spada i samoocena też, bo coś źle zrobiliśmy, coś się nie udało. Zwykle jednak zadowolenie z siebie jest takim stabilizatorem, dzięki któremu możemy wrócić do równowagi.

Czasem tąpnięcia trwają dłużej. Coś nas przywali i już nie potrafimy dobrze o sobie myśleć.
Osoby, które mają ugruntowaną pewność siebie, sprawniej z takich „dołków” wychodzą. I nie naruszają ich one tak bardzo. Mają świadomość, że przeżywają coś trudnego, na przykład stratę, rozstanie albo chorobę – i dają sobie do tego prawo. Nie kwestionują: „Czy ja powinnam czuć w tej sytuacji smutek, bezradność, wściekłość, zazdrość? I jak długo?”, „Może jestem nadwrażliwa? Wszyscy się już uspokoili, a ja wciąż o tym myślę?”; „A może jestem nieczuła, skoro przeżywam to słabiej niż inni?”. Opierają się na dobrej znajomości siebie: „Już kiedyś przeżywałam taką sytuację. Wiem, jak wtedy reaguję, czego mi trzeba” albo: „Dzisiaj przeżywam to inaczej niż kiedyś, bo jestem już inną osobą, bardziej zrównoważoną, dojrzałą”. Nowa sytuacja staje się dla nich źródłem informacji, także o sobie.

Na ile zadowolenie z siebie wiąże się z wiekiem?
Myślę, że się wiąże, bo z wiekiem na ogół znamy siebie coraz lepiej. Z drugiej strony młodzi ludzie bywają bardziej zadowoleni z siebie w taki sensualny sposób, mniej świadomy; nie doświadczyli bowiem wielu sytuacji i nie mieli okazji się sprawdzić.

Ich zadowolenie z siebie jest raczej pozorne?
Ja bym go nie deprecjonowała. Ono po prostu wynika z innego doświadczenia. Wiek stawia przed nami wyzwania, a konfrontując się z nimi, negocjujemy, na ile jesteśmy z siebie zadowoleni.

Jak zadowolenie z siebie ma się do poczucia własnej wartości?
To drugi, obok pewności siebie, klucz do samozadowolenia. Problem w tym, że stał się trochę wytrychem, i często służy do otwierania niewłaściwych drzwi. Wszyscy odmieniają poczucie własnej wartości przez przypadki, ale nie bardzo wiadomo, czym ono tak naprawdę jest. Powiedzmy, że ktoś zwleka ze zrobieniem prawa jazdy. Wie, że go potrzebuje, partnerka „suszy” mu głowę, by je zrobił, a on wciąż to odkłada.

Pytanie, dlaczego?
Może nie ma ochoty, a może po prostu boi się, bo już kilka razy oblał egzamin. Obwinia się za to, czyni sobie wyrzuty, w końcu dochodzi do wniosku: „Jestem beznadziejny, nawet prawa jazdy nie mogę zrobić”.

Ale to niewiele ma wspólnego z niskim poczuciem własnej wartości...
Niewiele, może chodzić raczej o system egzaminacyjny i lęk przed kolejną porażką. Na pytanie, z czym zgłasza się na terapię, taki ktoś może odpowiedzieć: „Brakuje mi poczucia własnej wartości, nawet prawa jazdy nie potrafię zrobić”. A potem się okazuje, że nie w tym rzecz. Poczucie własnej wartości bowiem to pewność, co potrafię, czego nie, jakie mam zasoby i atuty, a zarazem zgoda na to, czego mi brak. A nasz pacjent zwykle potrafi to rozpoznać w sobie i nazwać. Natomiast myli poczucie niskiej wartości z wrażliwością na krytykę albo z silną autocenzurą. Czyli chodzi o siłę doświadczanych emocji. Na przykład mężczyzna jest spokojny o swoje życiowe umiejętności, ale ma wrażenie, że partnerka podważa jego poczucie męskości, kiedy to ona z pogardliwym uśmiechem siada za kierownicą, gdy razem jadą na wakacje. I on boleśnie to przeżywa. Niektórzy długo nie mogą uwolnić się od wstydu, przejmują się, że ważna osoba ich nie doceniła.

Nawet drobna krytyka bardzo ich boli…
Albo nie dają sobie prawa, by coś czuć; karzą się w myślach, że coś im się przytrafiło albo że źle wybrali. W takich sytuacjach podkreślam, że nie widzę w tym niskiego poczucia własnej wartości, lecz skłonność do przeżywania lęku, poczucia winy albo wstydu. Podatność na te uczucia wynika z pierwotnych doświadczeń, które są zrębem struktury osobowości. Poczucie własnej wartości zaś pojawia się później i jest częściowo wynikiem socjalizacji. Można mieć wysokie poczucie wartości i jednocześnie osobowościową skłonność do czucia się upokorzonym. Mam wrażenie, że pacjenci, gdy to słyszą, czują jakiś rodzaj ulgi.

Bo to zmienia ich optykę…
Zupełnie. Z kogoś, kto nie ma wpływu na własne życie, stają się kimś, kto może go mieć.

Wydaje się, że często blisko nam do zadowolenia z siebie, ale go sobie odmawiamy. Sami siebie sabotujemy. Dlaczego?
Z jednej strony wynika to z wychowania, z drugiej zaś – z kultury. W naszym kręgu kulturowym łatwiej jest narzekać, utyskiwać i wyliczać porażki, niż okazywać zadowolenie z siebie i swego życia. Budzimy wtedy podejrzenia. Co innego, gdy ktoś inny mówi: „Jesteś super! Zrobiłeś to! Jestem z ciebie dumny!”. Sobie nie dajemy prawa, by dobrze się ocenić. Od razu rodzą się wątpliwości: „Skąd to wiem? Może to nic trudnego? Ktoś inny by to zrobił lepiej, szybciej?”. Od dziecka jesteśmy uczeni, że to inni są od oceniania nas – naszych kompetencji, umiejętności i tego, ile jesteśmy warci. Cały system edukacyjny na tym się opiera. Niestety, model wychowania często też. Ilu rodziców buduje w dziecku zaufanie do samego siebie – do własnych przeżyć, potrzeb, ocen, decyzji? A przecież zaufanie do siebie to jeden z filarów pozytywnej samooceny.

Mówienie o sobie dobrze odbierane jest jak przechwałki…
A otoczenie stara się jak najszybciej je uciąć, by dziecku „w głowie się nie przewróciło”. Te wszystkie rodzicielskie komentarze: „Wygrałeś mecz, ale z matematyki jesteś słaby”, „Co tak przed lustrem wystajesz? Lepiej sprzątnij bałagan w pokoju!”, „Nie wychylaj się. Sami cię znajdą”.

Tak zwane motywujące zabiegi wychowawcze.
Tyle że one nie motywują, lecz podcinają skrzydła. A potem osoba z podciętym skrzydełkiem przenosi to na dorosłe relacje. Skoro nie może poczuć się zadowolona z siebie, nie może też uznać partnera, czemu daje wyraz na różne sposoby: „Udał ci się projekt w pracy, ale facet z ciebie żaden”.

Nie sądzi Pani, że zadowolenie z siebie częściej kastruje się u dziewczynek? Gdy ona powie, że jest najlepsza w klasie albo czuje się piękna, to według otoczenia ma fiu-bździu w głowie.
Rzeczywiście w wychowaniu dzieci jest przekaz, że dziewczynkom nie wypada się chwalić, mają być skromne. Ale w dorosłym życiu dziś to mężczyźni dostają po głowie – od partnerek, szefów albo ze strony kulturowego przekazu. Wszyscy im mówią, że za bardzo się chełpią, panoszą, uważają, że im się wszystko należy. A jeśli jakiś mężczyzna siebie lubi, to zyskuje etykietkę narcyza. W tym stwierdzeniu zawarta jest pewna pogarda.

Co jeszcze, poza takim „usadzaniem”, może naruszyć poczucie własnej wartości?
Odwrotny schemat, czyli chwalenie za wszystko, co robimy. Gdy dziecko jest małe, można się zachwycać każdą jego nową umiejętnością, każdym rysunkiem… Ale w pewnym momencie trzeba powiedzieć, że to, co narysowało, raczej nie przypomina konia ani człowieka. Bezrefleksyjnie chwaląc je za wszystko, tworzymy niebezpieczną iluzję.

Dlaczego niebezpieczną?
Bo łatwo nią zachwiać. Dziecko dorasta i idzie w świat przekonane, że wszystko robi wspaniale. Ale nie sprawdza, nie testuje rzeczywistości. Jego uczucie zadowolenia z siebie jest więc krótkotrwałe, chwiejne i uzależnione jest od tego, co mówią o nim inni. A inni nie zawsze reagują tak entuzjastycznie, jak kiedyś rodzice. Taki ktoś staje się nadwrażliwy, nie może zaznać spokoju. Najdrobniejszy przejaw czyjejkolwiek krytyki go druzgoce i wpędza we wściekłość. Już sam brak zachwytu ze strony innych rodzi w nim poczucie skrzywdzenia. Mamy tu opis narcystycznych doznań, tak charakterystycznych dla naszych czasów. Ale bywają osoby, które nasycone w dzieciństwie zachwytem rodziców, mają w sobie taki spokój wewnętrzny, że gotowe są do polemiki ze światem: „Aha, uważacie, że to gryzmoły. No dobrze, spróbuję inaczej”. Próbują i w efekcie się rozwijają. Tę umiejętność warto wzmacniać u dzieci.

Czyli częste chwalenie dziecka nie musi być szkodliwe?
Nie musi, jeśli chwalimy dzieci spontanicznie, z radością, z zachwytem w oczach. Można też chwalić z namysłem, by je wzmocnić. Ale warto pamiętać, by pochwała była dostosowana do sytuacji. Nie powinna być na wyrost, powiedziana po to, by nie skrzywdzić kogoś lub sobie zapewnić dobre samopoczucie.

Jak wzmacniać w dziecku poczucie własnej wartości?
Przede wszystkim poprzez budowanie w nim uf[-]ności do siebie i swych uczuć, czyli okazanie mu: masz prawo czuć to, co czujesz. Rodzice są pierwszymi cenzorami, oceniają nasze zachowania i dzieła. Ale ufność do siebie tworzy się też na bazie innych doświadczeń, praktycznie przez całe życie – począwszy od przedszkola, przez pierwsze przyjaźnie, konflikty z kolegami, aż po poważne związki. Dzieci od małego widzą, że jak zachowają się tak, to inne dzieci zbliżają się, a jak inaczej, to się oddalają. Uczą się, wyciągają wnioski i poznają siebie. Warto pozwolić im doświadczać tego jak najczęściej. A potem pomagać im te doświadczenia opisać, zwłaszcza te trudne...

Pozwólmy im się wypłakać…
Ale też „wycieszyć”, gdy coś im się uda! I pamiętajmy, że nie tylko my jesteśmy autorami przeżyć naszego dziecka. Czasem powinniśmy być jak grec[-]ki chór, który opowiada, ale nie tworzy zdarzeń.
Koleżanka opowiadała mi, że z zachwytem przygląda się 11-letniej córce, która stoi przed lustrem i mówi, że się sobie podoba. „Bardzo się cieszę, że tak ma, ale nie mam pojęcia skąd? To nie jest moje. Ja się nigdy sobie nie podobałam.”
Skądś jednak to się wzięło. Pewnie trochę to też jej zasługa. Być może mając świadomość, z czym się sama borykała, pilnowała, by córkę wzmacniać w jej samoocenie. Ale na stosunek córki do siebie składają się też zapewne inne dobre doświadczenia – kontakty z koleżankami, innymi kobietami. Syn znajomej, już dorosły, powiedział jej niedawno, że największy wpływ na niego miał trener w szkole podstawowej. Znajoma próbowała odwieść syna od sportu, uważała, że powinien skupić się raczej na wysiłku intelektualnym. Tymczasem okazało się, że wszystko, z czego dziś jest najbardziej dumna: że syn jest pewny siebie, nie załamuje się i wie, że wysiłek się opłaca, dała mu siatkówka i wymagający trener, który czasem rzucił coś nieparlamentarnego, niekiedy upokorzył, pobudzał rywalizację – co było zaprzeczeniem wartości, w których syn się wychował.

Być może, gdyby w domu był „zimny chów”, metody trenera by go osłabiły.
Możliwe, że uspójniłyby niskie poczucie wartości. Dom nie zawsze jest bazą poczucia bezpieczeństwa. Wtedy nie ma się od czego odbić.

A jeśli zdarzą się porażki? Jak przeżywają je osoby pewne siebie?
Jak incydenty. Zdarzenia, z których mogą się czegoś nauczyć. A nie jak totalne podważenie ich wartości. Ktoś pewny siebie analizuje, jak doszło do porażki, jaki miał w tym udział i co może zrobić, by jej uniknąć w przyszłości. Zamiast: „Jestem do bani”, myśli: „Przetrwam to”. Powiedzmy, że zwolnili mnie z pracy. Nie spodziewałam się tego – tracę poczucie bezpieczeństwa, na chwilę spada mi samoocena. Ale jeśli jestem pewna siebie, to po jakimś czasie wraca mi wiara, że się wydźwignę, bo porażka narusza tylko część mnie. Wiem, że w innych sferach nadal dobrze funkcjonuję i dzięki temu mogę odtworzyć ten fragment ego, który został naruszony.

Któregoś dnia – po trudnym okresie – wstałam, i choć nic wokół się nie zmieniło, poczułam się dobrze. Wcześniej przez kilka dni próbowałam się skupić na tym, co mam, zamiast na tym, czego mi brakuje. Wydaje się, że to zadziałało.
Zawsze można znaleźć w sobie braki i mankamenty, choćby niewielkie. Ale ciężko się żyje komuś, kto cały czas skupia się tylko na tym, czego nie ma i nie daje sobie szansy, by zobaczyć w sobie dobre cechy. A na pewno je posiada. Mamy większy wpływ na to, jak się czujemy, niż nam się wydaje. Możemy poprawić sobie samopoczucie, niekoniecznie afirmując się przed lustrem albo przyklejając w różnych miejscach karteczki z hasłem: „Jestem wspaniała i o tym wiem”. Tego bym nie polecała.

Dlaczego nie?
Bo to jest rozwią...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy