Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

18 lipca 2019

Jak ulegać pokusom, by nie żałować

81

Żyjemy w czasach pokus, rozbudzonych apetytów – wabią nas oferty, reklamy, okazje, możliwości… Tyle nam wolno, ale czy można? Tyle można, ale czy wolno? Jak się upewnić, czy to, na co mamy chętkę, naprawdę będzie nam służyć?

Stanęłam przed pokusą. Patrzyła na mnie swoimi ogromnymi oczami. Potrzebowałam przegadać sprawę, więc zadzwoniłam do przyjaciela. „To proste!” – wykrzyknął. „Chcesz tego czy nie?” Oczywiście, że chciałam. Oczywiście, że nie chciałam. To nie było proste.

Uciekający budzik

„Mogę oprzeć się wszystkiemu z wyjątkiem pokusy” – przyznaje przekornie Lord Darlington w sztuce „Wachlarz Lady Windermere” Oscara Wilde’a. Kto w nas może się oprzeć wszystkiemu, gdy toczymy wewnętrzne boje, a kto kapituluje przed pokusą?

W pojęciu pokusa kryje się założenie, że jesteśmy istotami złożonymi z więcej niż jednego „ja”, albo inaczej ujmując – że mamy wiele motywów, czasami stojących ze sobą w sprzeczności. Jest w nas ten, który odczuwa pokusę, ale też ten, który chce się jej oprzeć. „Walczyłem z pokusą, ale nie chciałem wygrać” – śpiewa na swojej ostatniej płycie Leonard Cohen. Jest ten, który walczy, i ten, który chce przegrać. W książce Pstryk bracia Chip i Dan Heath, amerykańscy konsultanci i trenerzy, ilustrują to przykładem uciekającego budzika: wymyślił go ktoś, kto najwyraźniej rozumiał złożoność ludzkiej natury. Uciekający budzik nie tylko dzwoni, ale też oddala się od właściciela, by ten musiał się rzeczywiście dobudzić, aby go wyłączyć (niektórzy do perfekcji opanowali sztukę wyłączania budzika przez sen, ale tych, którzy umieliby przespać fakt, że wstali i przeszli kilka kroków, z pewnością jest o wiele mniej). Tak więc mamy w sobie kogoś, kto nastawia budzik wieczorem i wie, że słusznie i rozsądnie jest wstać o określonej porze, i kogoś o zgoła innej naturze – kto, pomijając powody, dla których budzik nastawił, jest gotów zlekceważyć obowiązki, by pospać dłużej.
Podobnie z pokusą – jest w nas ta część, która widzi kremówkę i decyduje, że nie chce jej jeść, i ta część, która sprawia, że nasza ręka wędruje po ciastko i pakuje je do ust – często łapczywie, tak szybko, by frakcja antykremówkowa nie zdążyła się połapać.
Czy rzeczywiście, jak twierdził Wilde, „jedyny sposób, by pozbyć się pokusy, to jej ulec”?

Trzy stany „ja”

Co możemy zrobić, by podejść do kwestii pokusy w sposób, który w ostatecznym rozrachunku będzie nam służyć? Kiedy zastanawiam się nad tym pytaniem, przychodzi mi na myśl model stworzony przez Erica Berne’a, zwany analizą transakcyjną. Mówi on, że mamy w sobie trzy podstawowe stany ego – można je też nazwać trzema różnymi strukturami czy rolami (por. aplikacja „Kto doszedł do głosu”, s. 24). Pierwsza z nich to rola rodzica. Rodzic to ten, który wie i rozstrzyga, a także roztacza opiekę nad dzieckiem, bo ono jeszcze nie potrafi zatroszczyć się o siebie samo. Ale też – w wersji nazwanej rodzicem krytycznym lub normatywnym – to ten, który zakazuje, krytykuje, poddaje surowej ocenie. Jeśli powiem do syna czy męża: „Kochany, znowu zapomniałeś szalika, wróć po niego, bo się zaziębisz!” – dopuszczam w sobie do głosu rodzica opiekuńczego. Jeśli zaś stwierdzę: „Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wychodził bez szalika z domu! Nawet tak prostej rzeczy nie jesteś w stanie zapamiętać!” – uruchamiam rodzica krytycznego. To właśnie ta rola będzie pożyteczna przy zrozumieniu, czym są pokusy.

Jeśli jest rodzic, musi też pojawić się – komplementarnie do niego – dziecko. Jak wiedzą wszyscy rodzice, a także postronni obserwatorzy, może być ono zbuntowane – być może mijaliście je w alejce supermarketu, gdy leży przysypane stosem paczek czipsów, które wcześniej zrzuciło z półki, zagłusza ogłoszenia o promocjach przeciągłym „Nieeeeeeee”, rytmicznie przy tym uderzając malutkimi rączkami i nóżkami o podłogę. Kiedy się (nieprędko) zmęczy, może przejść w inną rolę, chwilowo przynoszącą ulgę umęczonym rodzicom – rolę dziecka uległego. Ono powie: „Tak, mamusiu”, „Przepraszam cię, tatusiu”, zapłacze, pożałuje swego karygodnego zachowania, obieca poprawę. Obie te role nie opuszczają nas w dorosłości. Kiedy jęczymy do koleżanki w pracy: „O nie, oszaleję, znowu ten raport! Nie zrobię tego, to jest głupie” – przemawia przez nas dziec[-]ko zbuntowane. Kiedy zaś przepraszamy za coś, za co nie jesteśmy odpowiedzialni, gdy milczymy ze strachu przed konsekwencjami, chociaż chcielibyśmy coś powiedzieć, albo ulegamy presji, postępując wbrew swoim wartościom – wchodzimy w rolę dziecka uległego.

Dla zrozumienia istoty pokusy najciekawsze jest trzecie oblicze dziecka – dziecko wolne. Doświadcza ono zupełnie innych emocji niż złość dziecka zbuntowanego bądź lęk i bezradność dziecka uleg[-]łego. Dziecko wolne jest przede wszystkim szczęśliwe, radosne, nieskrępowane ograniczeniami; zachwyca się tym, co widzi i czuje. Kiedy czekając na przystanku tramwajowym, zadzierasz głowę i zagapiasz się na chmury, wąchasz kiść bzu albo wyciągasz koleżanki zza biurek, by pogadać z nimi, uruchamiasz w sobie dziecko wolne. Ono w tobie tańczy do rana, chociaż następnego ranka masz ważną prezentację, i woła radośnie: żyje się raz!, sięgając po szósty kawałek pizzy, ono włącza następny odcinek serialu, bo nie może się oderwać, chociaż skrzynka odbiorcza pęka od nieprzeczytanych e-maili.
Poza dzieckiem i rodzicem mamy też w sobie strukturę, którą Berne nazwał dorosłym. Kiedy pytam ludzi, z czym kojarzy im się dorosłość, wszyscy zgodnym chórem mówią o odpowiedzialności. Jest to jednak inna odpowiedzialność niż ta prezentowana przez rodzica. To odpowiedzialność za siebie, swoje działania i świadomość ich konsekwencji, świadomość własnych granic, szacunek dla innych i dla ich granic, świadomość różnych perspektyw, gotowość do wyrażania siebie, ale też do słuchania innych. Jednym słowem: dojrzałość.

Im ciaśniejszy gorsecik…

W modelu Berne’a kluczową, wręcz tytułową rolę odgrywają transakcje, czyli interakcje, w jakie wchodzimy z innymi ludźmi, oczekując określonego rezultatu. Bezradne dziecko (choćby i pięćdziesięcioletnie) ma nadzieję na opiekę rodzica, apodyktyczny rodzic krytyczny chce wywołać w drugiej stronie uległość, dorosły dąży do poznania faktów, rozwiązania problemu i tego samego oczekuje od swego rozmówcy. Podobne interakcje zachodzą w nas samych, zwłaszcza w obliczu tego, co umownie nazywamy pokusą. Kto w nas chce ulec pokusie? Kto nie chce? Kto stanowczo zabrania, a kto obchodzi zakaz? Kto – wracając do pieśni Cohena – walczy z pokusą, a kto nie chce wygrać? I jakie podejście do sprawy będzie dla nas korzystne?

Zacznę od tego, co w moim przekonaniu na pewno służyć nam nie będzie. Otóż, wydaje mi się, że gdyby naszym stosunkiem do pokusy rządził cały czas rodzic krytyczny, nie byłoby to dla nas dobre. Rodzic krytyczny, jak sama nazwa wskazuje, raczej osądza niż obserwuje. Jego żywiołem są zakazy i rygory. Wie dokładnie, gdzie powinien leżeć widelec, a gdzie nóż – i to nie tylko przy jego talerzu. Oczekuje, że świat będzie zgodny z jego własnymi normami, te normy uważa za obiektywne i uniwersalne. Szybko naciska na klakson. Przerywa komuś w środku zdania, by poprawić błąd gramatyczny. Spogląda spod gniewnych brwi na sąsiadkę, która w kapciach wyszła wyrzucić śmieci. Innym ludziom wydaje się srogi i apodyktyczny, czego nikt mu, z oczywistych powodów, nie powie w twarz. Często bywa też nie mniej surowy w stosunku do siebie. Gdyby spisać to, co sobie mówi, byłyby tam zdania w stylu: nie mazgaj się!, Boże, co za idiotka ze mnie, znowu nie wzięłam kluczyków!, przestań histeryzować!, w życiu trzeba być twardym! itd. Rodzic krytyczny goni nas do roboty, chociaż nie mamy już sił.

Skanuje to, co robimy, poszukując błędu, a gdy go znajdzie, triumfalnie nim wymachuje przed naszymi oczami, dodając z satysfakcją: jak zawsze, ty nigdy, po raz kolejny…

Rodzic krytyczny może uznać za pokusę wszystko, co nie przyczynia się do świadectwa z czerwonym paskiem; co odciąga nas od realizacji ciągle nowych, stawianych przez niego zadań. Nawet zwykły lunch może być przez niego zakwalifikowany jako pokusa. Albo, na przykład, postanowił, że przechodzi – od dzisiaj, nie od jutra, a już na pewno nie od poniedziałku – na dietę jarmużową, bo kto to widział, by BMI wynosiło 21 punktów, cóż z tego, że mieści się to w normie, to nie jest norma rodzica krytycznego, on nakazuje nam zejść do co najmniej 18 punktów – i to tylko dlatego, że ma dobry dzień! Żadna tam dieta 1000 kalorii: Nie w moim domu! – krzyczy – to jest dieta dla luzerów, i nakazuje dietę jarmużową, bo jarmuż jest wartościowym pożywieniem. To nam będzie musiało wystarczyć: sałatka z jarmużem i rzodkiewką na śniadanie, sałatka z jarmużem i ogórkiem na kolację, plaster z indyka i jarmuż na obiad. Na nic jęki, krzyki, trzeba było się nie objadać i nie dobijać do tych odrażających 21 punktów, tłuściochu.

Wiemy, co będzie dalej. Ukryta w lodówce kamera wkrótce zarejestruje drżącą dłoń, sięgającą pospiesznie po plasterek żółtego sera. To na początek. Po kilku minutach, kiedy ser nie pomógł, ręka zuchwale bierze kawałek kiełbasy i jeszcze trzy plasterki sera. Nie wolno ci! Nie pozwalam! – krzyczy rodzic, a jego głos, zagłuszany odgłosami żucia i mlaskania, przechodzi w wyższe rejestry, zbliżając się do pisku. Tymczasem dziecko – na zmianę zbuntowane i wolne – choć już syte, nie przerywa sobie, napawając się bezradnością rodzica.


Jeśli w związkach między ludźmi wejście w rolę rodzica zwiększa prawdopodobieństwo, że w drugiej osobie obudzi się dziecko, to podobny mechanizm może też działać wewnętrznie: im więcej surowości mamy dla samych siebie, im więcej tego, co uznajemy za pokusę, im ściślej pod szyją zapięta koszula, ciaśniejszy gorsecik, im ściślejszy przepis na to, co wolno, a czego nie – tym większa zachęta dla dziecka zbuntowanego i wolnego, by pokazało, co potrafi. Bo gdybyśmy byli tylko ulegli wobec presji, także własnej, nie byłoby problemu i moglibyśmy siebie samych batożyć do woli. Ale jednak – śmiem twierdzić, że na szczęście – dziecko uległe ma dwoje rodzeństwa.

W tym sensie można by się pokusić (nomen omen) o stwierdzenie, że im więcej jarmużu, tym więcej masła z cukrem – i ten efekt jojo nie dotyczy tylko diety. Resztę dośpiewajmy sobie sami. Czy nasze najbardziej niezrozumiałe dla nas samych ruchy, najbardziej szalone eskapady, najbardziej „irracjonalne”, czasem straceńcze akcje – przynajmniej część z nich – nie były poprzedzone hyperpseudoracjonalnością wewnętrznego rodzica krytycznego? Jeśli tak, to pozorny antagonizm pomiędzy rodzicem a dzieckiem staje się w gruncie rzeczy jakąś formą współpracy: jarmuż staje się naturalnym wstępem do frytek, superzasadniczość w życiu codziennym – wstępem do ognistego romansu (sama nie wiem, co we mnie wstąpiło!), praca ponad siły dla firmy, której nie lubimy – krokiem do wściekłego rzucenia papierami w środku imprezy opłatkowej. Im więcej prymuski, tym więcej buntu, który kumuluje się i wybucha w najmniej spodziewanym momencie.

Kto siedzi za kierownicą?

W tym sensie rodzic krytyczny, gdyby mu oddać pełną kontrolę i posadzić za kierownicą, wydaje się niebezpiecznym kierowcą. Oddanie mu pojazdu oznacza bowiem, że rośnie ryzyko, iż w pewnym momencie siedzące obok dziecko zbuntuje się na tyle, że będzie próbowało przejąć kierownicę, i to w trakcie jazdy. Co to oznacza w kontekście pokusy?
Dziecko zbuntowane nie chce po prostu doświadczać jakichś przyjemności. Chce przede wszystkim dołożyć rodzicowi; pokazać, jak daleko jest w stanie się posunąć w łamaniu „durnych” zasad. Cokolwiek sami sobie robimy, kierowani tym motywem, w dłuższej perspektywie nie wyjdzie nam to na dobre. Nie jest bowiem naszym wolnym wyborem, a raczej wyrazem złości na presję i agresję naszego wewnętrznego rodzica, zwłaszcza kiedy za pokusę uznał najdrobniejszą nawet przyjemność, którą chcieliśmy sobie zrobić.

Bo też pokusa wydaje się tak naprawdę słowem „rodzicielskim”, kaznodziejskim, które pochodzi ze świata nakazów i zakazów, bliskim kuzynem pojęcia grzech. Z jednej strony brzmi w nim surowość, a z drugiej strony, kiedy je wymawiamy, ujawnia się ta „dziecięca”, „zachciankowa” część nas – i od razu chcemy ulec pokusie, „przegrać” tę walk...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy