Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

17 listopada 2015

Jak się zbliżyć do najbliższych

37

Rozmawiamy, nic nie mówiąc. Słyszymy, nie słuchając. Unikamy kontaktu ze sobą. A potem czujemy się samotni nawet z najbliższą osobą. Tak być nie musi.

Czego potrzeba, by naprawdę spotkały się dwie osoby? Martin Buber, austriacki filozof i współtwórca filozofii dialogu, uważał, że jest to możliwe tylko w dialogowej relacji JA – TY. Tak się dzieje, gdy oboje jesteśmy autentyczni, świadomi swoich uczuć, myśli i zachowań, a jednocześnie ciekawi drugiej osoby.

Pozory dialogu
Większość naszych kontaktów na co dzień zachodzi w relacji JA – TO, gdy traktujemy drugą osobę przedmiotowo, poprzez pełnione role, a kontakt, siłą rzeczy, jest powierzchowny. Żyjemy szybko, codziennie mijamy wiele osób na swej drodze,
nie sposób BYĆ z każdym i wszędzie. Kupując bilet w kiosku, nie jesteśmy empatyczni wobec sprzedawczyni, nie patrzymy jej w oczy, nie interesuje nas, jak się w tej chwili czuje. Chcemy zdążyć na autobus i nie spóźnić się do pracy. Co by było, gdybyśmy wdali się z nią w egzystencjalny dialog? Słuchali jej uważnie, żywo zainteresowani jej potrzebami, dzielili się z nią spostrzeżeniami. Piękne spotkanie! Tyle tylko, że za nami ustawiłaby się kolejka zirytowanych klientów!
Nie ma nic złego w spotkaniach JA – TO; bez zatrzymania, empatii, świadomości siebie i drugiego człowieka. Kłopot jednak, gdy ten styl przenosimy do związku z najbliższą osobą. Traktujemy ją instrumentalnie, bojąc się odsłonić – monologujemy albo stwarzamy pozory dialogu.
Oto ona wraca z pracy. Chce się podzielić jakąś ważną dla siebie sprawą, on siedzi przed komputerem i czyta wiadomości sportowe. Pozornie jej słucha, potakuje, nawet coś odpowiada… Tak naprawdę nie słyszy jej, nie czuje, że to dla niej ważne. Taki powtarzający się brak kontaktu oddala ich od siebie.

Pani Podejrzliwa, czyli o projekcji
Na różne sposoby unikamy kontaktu ze sobą i ze światem. Zaczęliśmy kiedyś, jeszcze w dzieciństwie, w odpowiedzi na jakieś trudne dla nas zdarzenia. Trudne, bo miały miejsce zbyt wcześnie i nie byliśmy na nie gotowi, a może było ich zbyt dużo, pojawiały się zbyt często. Musieliśmy jakoś poradzić sobie, nie potrafiliśmy wtedy inaczej. Ale formy unikania kontaktu utrwaliły się i teraz przynoszą nam więcej złego niż dobrego. Pora to zmienić, nauczyć się innego sposobu kontaktu. Aby tak się stało, trzeba zdemaskować, jak bronimy się przed kontaktem.
Pierwszą i częstą obroną jest projekcja (z łac. wyrzucać przed siebie). Kiedy trudno nam zaakceptować swoje cechy, zamiast w sobie – dostrzegamy je w innych. Jakieś uczucia, pragnienia, potrzeby i oceny są częścią nas, ale nie jesteśmy ich świadomi, nie przyznajemy się do nich przed samym sobą, więc rzutujemy je na partnera. To jemu przypisujemy np. zawiść czy złość, której sami doświadczamy. Projekcja oddala nas od siebie, w efekcie nie jesteśmy świadomi swoich uczuć, myśli i zachowań. Przeszkadza w porozumiewaniu, stając się źródłem wielu konfliktów. Posłuchajmy takiej rozmowy:
Ona: – Odkąd wróciliśmy z wakacji, widzę, że jesteś jakiś inny. Na pewno złościsz się na mnie o tę walizkę.
On: – Daj spokój, jestem zmęczony.
Ona (podniesionym tonem): – Oczywiście, mogę dać spokój, ale dopóki będziesz się złościł na mnie, nie uspokoję się.
On (nieco zirytowany): – Nie wiem, o co ci chodzi. Wszystko jest w porządku.
Ona (z krzykiem): – A widzisz, mówiłam, że jesteś na mnie zły.
I kłótnia gotowa. Projekcja może nas doprowadzić do samospełniającej się przepowiedni. Stajemy się nadmiernie podejrzliwi, obwiniamy partnera za własne nieakceptowane stany i nie widzimy, że w ten sposób prowokujemy go, by nam potwierdzał nasze obawy.
Pomińmy to, co ważne, czyli defleksja
Gdyby posłużyć się metaforą, można by powiedzieć, że w każdej sprawie jest sedno, czyli obraz, a wszystko inne jest jego ramą. Osoba defleksyjna pomija to, co ważne (obraz), ucieka od istoty „tu i teraz”, a zamiast tego snuje rozważania, wraca do wspomnień, planuje przyszłość (czyli zajmuje się ramą).
Defleksje możemy rozpoznać po stosowaniu trybu przypuszczającego „chciałbym, zrobiłbym, mógłbym…”, a także po naszym znudzeniu lub irytacji, pod którą kryje się pytanie „O co jej naprawdę chodzi?” lub ponaglenie „Do rzeczy, kochana!”. Chciałoby się powiedzieć za Szekspirem: „Słowa, słowa, słowa”.
Takie powierzchowne nawiązywanie kontaktu jest przyczyną wielu codziennych sprzeczek. Po raz kolejny kłócimy się o to samo i wciąż nie rozwiązujemy problemu. Klasycznym przykładem jest sprzątanie.
On: – W tym tygodniu była twoja kolej na sprzątanie pokoju i znowu tego nie zrobiłaś. Wolisz siedzieć w pracy lub przed telewizorem, zamiast dbać o nasze mieszkanie. Nie podoba mi się to.
Ona: – Jestem naprawdę zmęczona, potrzebuję odpoczynku. Ty i tak nie posprzątałeś łazienki, choć cię prosiłam. Poza tym dwa razy wyniosłam za ciebie śmieci!
On (z irytacją): – Mogę sam wytrzeć kurze, odkurzyć, zmyć podłogę. Jak zwykle dam sobie radę. A śmieci wyniosłaś, bo ja ciągle robię zakupy i gotuję… (terapeuta spytałby tu: Czego tak naprawdę potrzebujesz?).
Ona: – Mam dość twojego gderania. Wychodzę do koleżanki (trzaśnięcie drzwi).
O czym nie mówią sob...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy