Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

5 lipca 2018

Jak pędzić w tempie slow?

40

Jedni mówią: żyj na sto procent, rozwijaj się, nie trać ani chwili. Inni radzą, by zwolnić, wylogować się z codziennego pędu. Jak wybrać najlepszą dla siebie drogę, by nie przegapić tego, co najważniejsze?

MAGDA BRZEZIŃSKA: „Ludzie po prostu rzucają się na wszystko w zasięgu ręki: komunizm, zdrową żywność, zen, surfing, balet, hipnozę, terapię grupową, orgie, rowery, zioła, katolicyzm, podnoszenie ciężarów, podróże, ucieczkę od rzeczywistości, wegetarianizm, Indie, malarstwo, rzeźbę, pisanie, komponowanie, dyrygenturę, wyprawy z plecakiem, jogę, kopulację, hazard, alkoholizm, wędrówki bez celu, mrożony jogurt, Beethovena, Bacha, Buddę, Chrystusa, samobójstwo, szyte na miarę garnitury, podróże odrzutowcem do Nowego Jorku, dokądkolwiek...”. Zgadza się Pani z tym opisem?
ANNA SREBRNA: Brzmi interesująco... To z jakiegoś felietonu czy współczesnej prozy?

Tak pisał Charles Bukowski czterdzieści lat temu o poczuciu, że żyjemy w chaosie i coraz trudniej wybrać, odnaleźć własną drogę. Jedni mówią: zmieniaj, tylko zmiana, ruch zapewniają rozwój. Inni mówią: zwolnij, nie pędź, żyj slow. I co robić? Pędzić w tempie slow?
Rzeczywiście, wydaje się, że słowa Bukowskiego są dzisiaj jeszcze bardziej aktualne niż czterdzieści lat temu. Nie dość, że wachlarz możliwości jest ogromny, to jeszcze – via media społecznościowe, Internet – cały czas dowiadujemy się o tym, że pojawia się coś nowego: mody i metody, szkolenia, książki, kursy rozwojowe. Poza tym dowiadujemy się, że inni coś robią, uczą się, certyfikują i siłą rzeczy to uruchamia w nas pytanie: a co ze mną? A czy ja nadążam, czy mi jakiś pociąg nie odjeżdża? Czy ja nie tracę mojego życia? Co zrobić z tym ogromnym wachlarzem możliwości? Gdzie ja jestem w tym wszystkim? Czy może wypadłem z toru? Ale też – po czym poznać, co jest dla mnie, co mi służy? I wreszcie – co by było, gdyby? Czy lepiej by było, gdybym wybrała ścieżkę A zamiast ścieżki B? Z tym pytaniem musimy pozostać, musimy skonfrontować się z myślą, że iluś rzeczy w życiu nie spróbujemy. I uczyć się akceptacji tego stanu.

Amerykański psycholog Kenneth J. Gergen, autor koncepcji „nasyconego Ja”, pisał, że towarzyszy nam ból wynikający z tego, że jest tak dużo bodźców, ofert, możliwości, którymi chcemy się nasycić. Pani mówi, żeby pogodzić się z tym, że pewnych dróg nie wybierzemy, jak w znanym wierszu Frosta „Droga nie wybrana”. A to też boli.
Lubię ten wiersz Roberta Frosta, bo pokazuje coś bardzo prawdziwego i obecnego w życiu każdego z nas: „nie da się jechać dwiema naraz [drogami] i być jednym podróżnym”. Stajemy na rozdrożu i widzimy, że równie dobrze możemy skręcić w lewo, jak w prawo, tu i tam podobne są koleiny. Ale w końcu wybieramy którąś z dróg, czasami tylko dlatego, że „mniej uczęszczana”, i nasze kolejne życiowe wybory są konsekwencją tego wyboru. I tego, że odrzuciliśmy inne drogi. Tak, to może nie brzmieć hurraoptymistycznie, ale z drugiej strony jest w tym coś realistycznego i uspokajającego. Świadomość, że nie wszystkiego w życiu możemy spróbować, nie wszystko możemy wybrać, skosztować, nie we wszystko się zaangażować – może nieść pewną ulgę. Życie jest sztuką dokonywania wyborów i godzenia się z ich konsekwencjami. Z tym, że każde „tak” niesie ze sobą jakieś „nie”.

Tyle że gdy zaglądam na Facebook, to nie widzę postów „nie wybrałem tego, nie zrobiłem tego, zrezygnowałem z tamtego...”, tylko wpisy o tym, co wybrali, zrobili, na jak wiele kursów się zapisali i jak wiele ogarniają.
Tu ważne jest, co lektura tych postów uruchamia w nas samych. Czy zaczynamy się od razu zastanawiać „a może ja też powinienem?”, czy może pojawia się w nas taka refleksja „OK, Iksiński wybrał to, a ja nie, ja wybrałem coś innego”. Rzeczywiście na Facebooku raczej nikt nie pisze o tym, czego nie wybrał. I w związku z tym też o tym, co stracił. Albo zyskał. Bo można na to spojrzeć z tej strony: tracę to, czego nie wybrałem, ale zyskuję na przykład wolny czas w weekendy albo więcej wolności w innych wyborach życiowych. Każdy wybór czymś nas karmi, a czegoś pozbawia. Nie jest łatwo zaakceptować taki stan nie-omnipotencji i fakt, że jesteśmy ograniczeni różnymi zmiennymi, ale bez tej umiejętności trudno jest żyć. Bo wtedy cały czas tkwimy w poczuciu, że coś straciliśmy, że jeszcze coś trzeba zrobić, czegoś spróbować, gdzieś się zapisać. I w zasadzie mamy do czynienia nie tyle z nienasyceniem, co z kręceniem się w kółko – robię wiele rzeczy po to, by móc robić kolejne rzeczy, i kolejne..., a nie mam kiedy na nie popatrzeć, ucieszyć się nimi, nasycić.

W Internecie można przeczytać taką „złotą myśl”: „Jak się nie rozwijasz, to się zwijasz”. Jak sobie poradzić z dyktaturą rozwoju? A może nie mam ochoty i czasu na kolejne kursy, bo mam rodzinę. Albo nie mam pieniędzy na te wcale nie tanie kursy. I też nie do końca wiem, po co mi one.
Tu wkraczamy w obszar świadomości i wartości. Aby nasze wybory nie były takim osuwaniem się w nic, ale świadomą selekcją tego, co jest dla nas w danym momencie ważne, czemu chcemy dedykować czas, pieniądze, wysiłek – to trzeba najpierw rozróżnić, co jest rozwijaniem, a co zwijaniem się. O zwijaniu możemy mówić w takiej sytuacji, gdy ktoś już przestaje zadawać sobie ważne pytania. Wegetuje, przyjmuje wszystko biernie i bez uważności, życie przez niego „przelatuje”. Natomiast to, że podejmujemy niewiele dodatkowych aktywności, kursów, wcale nie musi oznaczać, że się zwijamy, bo można robić mniej rzeczy, ale uważniej, w autorski sposób. Albo te momenty nicnierobienia można uczynić też ważnymi. Na treningach mindfulness ludzie siedzą i nic nie robią, na przykład przez godzinę patrzą na rodzynkę i koncentrują się na oddechu. Czy oni się zwijają? Pewnie z perspektywy niektórych osób – tak, bo zamiast siedzieć i patrzeć w rodzynkę, można by w tym czasie zarobić tysiąc złotych. Ale może dla tych, którzy siadają i koncentrują się na oddechu, takie nicnierobienie jest wartościowym, bardzo ważnym działaniem, które nadaje ich życiu sens.

O ile patrzą w tę rodzynkę po to, żeby odnaleźć sens, są w tym treningu uważności obecni...
A nie po to, by dopisać sobie do CV kolejny kurs albo dlatego, że już wszyscy znajomi byli na takim treningu. Jeżeli to jest bezrefleksyjne, automatyczne, jeśli nie ma w tym osobistego zaangażowania, to jest zwijaniem się. Nie służy wcale rozwojowi.

Bo można być zabieganym po nic i nic nie robić po coś?
No właśnie! Jeśli nie przyjrzymy się naszym własnym wartościom, temu, co jest dla nas najistotniejsze, to cała ta krzątanina, zabieganie niewiele przyniosą. Będziemy się zwijać w tych licznych aktywnościach. A może lepiej zrobić jedną rzecz, ale ze świadomością i przekonaniem, że to jest moje, niż pięć rzeczy, które są cudze, pożyczone, modne, nawiną się, albo są zagłuszaniem pewnej pustki? Robimy coś tylko po to, żeby robić, trochę jak ten biegnący w kołowrotku chomik. Zapisujemy się na kolejne kursy, żeby nie czuć pewnych trudnych uczuć. Te nowe aktywności mają nam nakręcać poczucie, że nie jest pusto.

Co stoi za tą zagłuszaną pustką?
Myślę, że można na to spojrzeć z perspektywy indywidualnej – jaka jest historia życia danej osoby, co się wydarzyło takiego, co sprawia, że towarzyszy jej poczucie pustki. Można też spojrzeć na to z perspektywy społecznej: żyjemy w świecie pełnym mnogości, wyborów, a także kryzysów wynikających z tego, że to, co miało sens wczoraj, dzisiaj już sensu nie ma – to może przerażać i dezorientować, potęgować wewnętrzne zagubienie. Jeśli nie mamy w sobie samym oparcia, to w tym nadmiarze i chaosie czujemy się, jak dzieci we mgle. I wtedy każdy punkt odniesienia, na przykład nadmierne gonienie za sukcesem, może dawać pozorne poczucie, że złapaliśmy jakiś kierunek. Ale nadal błądzimy. Gdybyśmy spojrzeli z metapoziomu, to tak naprawdę nie wiemy, po co ta mała kulka w kosmosie jest nami zaludniona. Każdy szuka sensu istnienia indywidualnie, po swojemu odpowiada sobie na pytanie „po co żyję?”. Większość odpowiedzi, które prowadzą ku życiu i takiemu mądremu wypełnianiu go, można by zamknąć w takim zdaniu: skoro dane nam jest spędzić na tej planecie te X lat, to spędźmy je jak najbardziej wartościowo. Zróbmy coś dobrego dla innych, dla świata, zostawmy coś dobrego po sobie, cieszmy się czasem, który jest nam dany. Właśnie czytam Wielką księgę radości Dalajlamy i Desmonda Tutu – i myślę, że takim papierkiem lakmusowym, czy zmierzamy dobrą drogą, jest mądrze i głęboko przeżywana radość. Dobra, mądra radość nie może zakładać czyjejś krzywdy albo wykorzystania. Taka radość sprawia, że doświadczamy esencji, sensu istnienia. I może pomóc nam odnaleźć drogę, która jest najbardziej spójna z tym, w co wierzymy.

Bohater filmu „Choć goni nas czas” opowiada przyjacielowi równie choremu jak on piękną anegdotę: Gdy po śmierci staniemy u wrót raju, święty Piotr zada nam tylko dwa pytania. I w zależności od tego, co odpowiemy, wpuści nas do
środka lub odprawi z kwitkiem. Te pytania brzmią „Czy odnalazłeś radość w życiu?” i „Czy dałeś ją innym?”.
Dla mnie trop radości jest ważny. Myślę, że radość jest jak latarnia morska oświetlająca nam drogę w ciemności i w gąszczu życiowych raf, wyborów. Zatem perspektywa z tej filmowej anegdoty bardzo mi odpowiada: szukanie radości dla siebie i dawanie jej innym, wnoszenie jej do świata. Oczywiście do tej radości można dojść na wiele sposobów i czasem łatwo się zgubić.

Zakładając, że im więcej pieniędzy zarobię, tym będę szczęśliwszy?
Na przykład. I to się kończy zawałem serca albo rozpadem małżeństwa. Albo zdziwieniem: „ale ja przecież całe życie harowałem, żeby dać wam szczęście”. Tylko gdzie radość z tego? Tracimy więzi, nie ma już po co być ze sobą razem.

Jak zatem znaleźć w tym gąszczu możliwości nitki, ścieżki, które są dla mnie dobre? Czym się kierować?
Tu istotna jest samoświadomość. Im więcej o sobie wiemy, im lepiej siebie znamy, tym większe prawdopodobieństwo, że rozpoznamy, która nitka jest nasza, a która nas zwiedzie, ograbi z czegoś ważnego. Im więcej ważnych pytań sobie zadajemy i w wielu sytuacjach siebie samych poznajemy, tym większa szansa, że utkamy nasze życie z tych naszych nitek, po swojemu. Różnimy się temperamentem, potrzebami, więc jedni więcej swoich nitek odnajdą w ruchu slow, inni zaś bardziej potrzebują czegoś, co doda ich życiu dynamizmu. Warto jednak pamiętać o zasadzie złotego środka, harmonizowania różnych rzeczy, bo każde przegięcie w jakąś stronę może być zgubne – zarówno gdy robimy za mało rzeczy dla siebie, jak i gdy robimy czegoś za dużo.
Nie ma lepszego sposobu na poszerzanie samoświadomości, jak bycie ze sobą w kontakcie, rozpoznawanie swoich uczuć, zadawanie sobie pytań, dawanie innym osobom zgody na zadawanie nam pytań. Jak już mówimy o tym relacyjnym aspekcie, to istnieje tu pewna pułapka – czasem poprzez nadmierną empatię czy niezauważanie siebie możemy wchodzić w czyjeś życie i żyć nitkami innych ludzi. Na przykład tych, których kochamy. Albo wydaje nam się, że realizujemy swój scenariusz życia, a tak naprawdę ulegliśmy jakiejś manipulacji czy marketingowi i żyjemy życiem według scenariusza, który ktoś nam wcisnął. Albo ktoś w dobrej wierze mówi nam, co mamy robić, ale tak naprawdę to nie jest nasze. Relacje mogą być inspirujące i twórcze w szukaniu siebie, ale też mogą być pułapką, zaciemniać nam własne potrzeby, więc warto mieć wątpliwości i ciągle zadawać sobie pytania, szukając własnej drogi. Z czasem odpowiedzi zaczną się pojawiać same, coraz łatwiej tak „w brzuchu” czujemy, że coś jest nasze i już. Właśnie po radości można to rozpoznać. Radość czuje się „w brzuchu”. Wiemy wtedy, że dokonaliśmy wystarczająco dobrego wyboru.

To chyba nie uda się bez umiejętności powiedzenia „nie” – również pewnym modom, trendom?
No właśnie... Wszyscy jeżdżą na narty zimą, więc i ja jeżdżę, ale wcale nie mam...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy