Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

7 października 2019

Historia bywa wielką traumą. Wywiad z Danutą Chlupovą

0 284

„Staram się, żeby w moich książkach były nie tylko ból i mrok, ale też światło i nadzieja” - mówi Danuta Chlupová, laureatka nagrody Literacki Debiut Roku, której najnowsza powieść zatytułowana „Trzecia terapia” właśnie trafiła do księgarń.

Często wydaje się nam, że dziś, po tylu latach od zakończenia wojny, tamte tragiczne wydarzenia już nas bezpośrednio nie dotyczą, że nie mają wpływu na nasze życie. Tymczasem w pani powieściach – zarówno w debiutanckiej „Bliźnie”, jak i najnowszej, zatytułowanej „Trzecia terapia”, echa wielkiej historii wkradają się w codzienność zwykłych ludzi, determinując ich losy i odciskając na nich swoje piętno. To dla Pani ważny temat?

Ważny, chociaż muszę powiedzieć, że w przypadku „Blizny” do napisania książki skłoniły mnie inne pobudki niż w przypadku „Trzeciej terapii”. Tragedię wioski sąsiadującej z moją pamiętali wszyscy starsi ludzie w okolicy, bezpośrednio dotknęła mojej rodziny. „Trzecia terapia” jest natomiast próbą wczucia się w położenie potomków nazistowskich oprawców. Kiedy zaczynałam pisać „Trzecią terapię”, przeczytałam książkę Tatiany Freidensson pt. „Mój ojciec był nazistą”. Są to rozmowy z potomkami czołowych przywódców III Rzeszy. Wtedy zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak wielka, w porównaniu z winą Rudolfa Hӧssa czy K. H. Franka, jest wina szeregowych esesmanów czy innych funkcjonariuszy służb represyjnych Trzeciej Rzeszy, tych wszystkich ludzi, którzy zabili „tylko” kilku ludzi, a może nawet „zaledwie” jednego człowieka....

W „Trzeciej terapii” przedstawia pani historię Mathildy, Niemki, nad którą ciąży rodzinna klątwa – jej dziadek był esesmanem w obozie Auschwitz. Mathilda próbuje wyzwolić się od demonów przeszłości, które uparcie ją prześladują, ale nie radzi sobie z tym zadaniem zbyt dobrze... Proszę opowiedzieć, jak powstawała ta postać? Czy jest całkowicie fikcyjna?

Mathilda jest w całości fikcyjną postacią. Moja bohaterka o wiele silniej od wielu innych osób przeżywa winę swojego dziadka. Ma to źródło w jej dzieciństwie, w chorobie jej matki. Gdyby była osobą silniejszą psychicznie, bardziej pewną siebie, wtedy prawdopodobnie, tak jak jej koleżanki, nie interesowałaby się tym, co robili jej przodkowie podczas wojny, a w każdym razie wiedza ta nie miałaby na nią tak wielkiego wpływu.

Mathilda, pragnąc wyzwolić się od ciężaru, jakim jest wiedza o przeszłości jej dziadka, wpada w ręce Thomasa, podającego się za psychoterapeutę wyrachowanego oszusta, który wykorzystuje ją w każdy możliwy sposób. Opis tej patologicznej relacji z pewnością poruszy wszystkie kobiety, czytające „Trzecią terapię”. Tworząc ten wątek, chciała Pani przestrzec czytelniczki przed przemocą, zarówno psychiczną, jak i fizyczną, której mogą doświadczyć ze strony mężczyzn?

Raczej chciałam pokazać, jak osoba zagubiona, samotna, z niskim poczuciem własnej wartości, łatwo ulega różnym wpływom zewnętrznym i manipulacjom ze strony innych osób, które mogą mieć wobec niej złe zamiary. Na szczęście zarówno w mojej powieści, jak i w życiu, są ludzie źli i ludzie dobrzy i dzięki temu Mathilda nie jest w sytuacji bez wyjścia.

Jednym z głównych pytań, jakie nasuwają się po przeczytaniu „Trzeciej terapii”, jest: czy ponosimy winę za przeszłość naszych przodków? W pewnym momencie bohaterka Pani książki czyta powieść Niklasa Franka o ojcu, nazistowskim zbrodniarzu, którego przez całe życie nienawidził i robił wszystko, by się odciąć od widma nazistowskiej przeszłości swojej rodziny. Ale czy to w ogóle możliwe, by przeciąć raz na zawsze więzy rodzinne i wymazać haniebne czyny tych, którzy są naszymi przodkami?

Osobiście uważam, że nikt nie ponosi winy za czyny popełnione przez swoich przodków i nie wolno obarczać go odpowiedzialnością za nie. Z drugiej strony wydaje mi się, że bycie potomkiem kogoś, kto popełnił coś haniebnego, jest obciążeniem. Czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, nasze korzenie rzutują na to, kim jesteśmy, jak żyjemy, jakie jest nasze poczucie własnej wartości. Większość Polaków czy Czechów nie musi się wstydzić wojennej przeszłości swoich przodków, ponieważ prędzej byli oni ofiarami nazistowskich represji niż ich sprawcami. Moja babcia straciła narzeczonego – zastrzelili go Niemcy, dziadka wysłano na roboty przymusowe do Rzeszy, wujek babci – ksiądz – był więziony w obozie koncentracyjnym, gdzie przeprowadzano na nim pseudomedyczne eksperymenty. Znam sporo rodzin ze swojego otoczenia, których losy były o wiele bardziej tragiczne. My w większości nie musimy się wstydzić swoich przodków. Ale Niemcy? Rozmawiałam na ten temat z Jolantą Kosowską, polską pisarką i lekarką mieszkającą w Dreźnie, zasięgałam u niej rady, tworząc postać żyjącej w tym mieście Mathildy. Pani Jolanta przyznała, że dla Niemców wojenna przeszłość ich rodzin jest wielką traumą, nie chcą mówić o tym, że ktoś z przodków był na przykład esesmanem. I wcale im się nie dziwię, a nawet jest mi ich żal, bo nie ma co zazdrościć takiej rodzinnej „anamnezy”. Te właśnie odczucia i przemyślenia starałam się przelać do mojej powieści.

Tematy, które Pani porusza, są bardzo trudne, a jednak nigdy nie zostawia Pani czytelnika z poczuciem przytłoczenia, z nadmiarem negatywnych emocji. Powiedziałabym, że Pani książki są raczej czymś w rodzaju katharsis – przynoszą ból, ale i oczyszczenie. Czy tak postrzega Pani swoją rolę jako pisarki?

Ubrała to pani w wielkie słowa... Nie wiem, czy taka jest moja rola albo też misja, ale faktem jest, że staram się, żeby w moich książkach były nie tylko ból i mrok, zbrodnia i wyrzuty sumienia, ale też światło i nadzieja. Nie wyobrażam sobie, że miałabym pisać inaczej, skoro jestem osobą wierzącą i jestem przekonana, że na końcu tunelu zawsze w końcu pojawi się światło.

Porozmawiajmy jeszcze o pisaniu. Jest Pani Polką, ale od urodzenia mieszka w Czechach. Dlaczego zdecydowała się Pani na pisanie książek w języku polskim?

Już w tym pytaniu zawarta jest odpowiedź – jestem Polką i dlatego piszę po polsku. Pracuję zresztą jako dziennikarka w gazecie dla Polaków mieszkających w Czechach. Z drugiej strony pozostaje faktem, że żyję w czeskim środowisku i nie wykluczam (nigdy nie należy mówić „nigdy”), że kiedyś napiszę coś po czesku. Ale na razie nie mam takich planów.

Dwa lata temu, dzięki debiutanckiej „Bliźnie”, zdobyła Pani nagrodę Literacki Debiut Roku. Jak to wpłynęło na Pani stosunek do pisania? Dodało odwagi, zachęciło do dalszych literackich prób? Utwierdziło w przekonaniu, że warto pisać?

Na pewno. Zwycięstwo w konkursie wydawnictwa Novae Res było dla mnie ogromną motywacją i – jak Pani mówi – utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto pisać. Jako ciekawostkę dodam, że Literacki Debiut Roku nie był moją pierwszą nagrodą literacką w ogólnopolskim konkursie. Jako nastolatka zdobyłam nagrodę w konkursie literackim młodzieżowego czasopisma „Płomyk” – i proszę sobie wyobrazić, że to była nagroda za opowiadanie o wojennych losach mojego dziadka.

Jakie są zatem Pani plany literackie? Ma już Pani pomysł na kolejną, a może kolejne książki?

Jestem w trakcie pisania trzeciej powieści, tytuł roboczy brzmi „Spowiedź organisty”. Tym razem tłem historycznym będą lata 50. ub. wieku, akcja toczy się m.in. w więzieniu. Ale, jak już to w moich książkach bywa, bohaterowie nie są czarno-biali, nie są ani wielkimi zbrodniarzami, ani czystymi jak lilia ofiarami.

Przypisy