Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

7 września 2016

Głodni niusów

0 453

Chcemy wiedzieć, kto z kim, kiedy i dlaczego... Codziennie przeglądamy serwisy informacyjne, a na portalach społecznościowych wymieniamy się wieściami o znajomych. Czemu chłoniemy wszelkie informacje - nie tylko ważne dla naszego portfela, ale i głupie ploteczki? Dlaczego od początków ludzkości lepiej być dobrze poinformowanym?

Codziennie przetwarzamy tysiące informacji, nie wyobrażamy sobie życia bez dostępu do komputera i internetowych wyszukiwarek. Co się wydarzyło o świcie w Indiach? Gdzie najtaniej można kupić lodówkę? Co powiedział na kongresie prezes partii? Gdzie dziś pracuje kolega z podstawówki? Czy nasz dentysta cieszy się dobrą opinią u pacjentów? Odpowiedzi na setki pytań szybko i sprawnie znajdzie dla nas internetowa wyszukiwarka. My sami również jesteśmy wynikiem wyszukiwania, pakietem danych pojawiającym się w odpowiedzi na pytanie zadawane wyszukiwarce. Każdy może dotrzeć do informacji o nas. Nasze życie nie jest już opowieścią, którą za czterdzieści lat będziemy sączyć wnukom do ucha, lecz ciągiem informacji zamieszczanych codziennie na osobistej stronie portalu społecznościowego. Ile z nich jest już nieaktualnych, ile pamiętają nasi przyjaciele, ile jeszcze zamieścimy do końca dnia? Świat kręci się dziś wokół informacji, a my uwielbiamy tę karuzelę...

Koklusz księżniczki
To ważne, by tryby tego mechanizmu działały sprawnie – przekonaliśmy się o tym 14 maja 2009 roku, kiedy Stany Zjednoczone w wyniku awarii azjatyckich serwerów zostały niespodziewanie odcięte od Google’a na... dwie godziny. Zaledwie 14 proc. światowej populacji odczuło brak dostępu do wyszukiwarki w sposób zauważalny, wystarczyło to jednak, by nazajutrz o tej krótkiej awarii rozpisywały się ważniejsze tytuły prasowe na całym globie. Chwilowa niedyspozycja doprowadziła do gigantycznych korków w światowej infostradzie.

POLECAMY

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w wieku XVIII myślenie o tym, co jest informacją istotną, było zgoła odmienne, bowiem życie większości ludzi mieściło się z powodzeniem w granicach ich wsi czy miasta. Mobilność społeczna była niewielka, podobnie jak ciekawość świata, która była luksusem elit. Za informacje istotne uważano głównie te, które ograniczały się do najbliższego otoczenia i miały wymierny wpływ na życie danej rodziny, wioski, miasta. Oczywiście nie oznacza to wcale, że nasi przodkowie rozmawiali wyłącznie na tematy kluczowe, oni także uwielbiali plotki i pogaduszki o niczym!

Robin Dunbar, wybitny psycholog ewolucyjny twierdzi, że jesteśmy urodzonymi plotkarzami i plotkowaliśmy już w erze kamienia łupanego. Z ewolucyjnego punktu widzenia plotkowanie o osobach z otoczenia i bycie dobrze poinformowanym opłacało się, bo przekładało się na pozycję w grupie i walkę o zasoby. Ale wraz z rozwojem technik masowego komunikowania, ta wrodzona potrzeba umysłu została podniesiona do n-tej potęgi. Wynalazkiem, który przedefiniował istotę informacji był telegraf. Miał jedynie zniwelować przeszkody wynikające z odległości, a stał się czystym komunikowaniem, w którym informacja była dobrem ogólnodostępnym i niebywale tanim – potrzebny był jedynie miedziany drut, po którym informacja miała przebiec z prędkością impulsu elektrycznego. Ile można było dowiedzieć się w jednej chwili...

No właśnie, ile? Dość sceptyczny był w tej sprawie amerykański pisarz i filozof Henry David Thoreau, pisząc: „bardzo nam spieszno skonstruować telegraf magnetyczny z Maine do Teksasu, mimo że Maine i Teksas nie mają sobie nic ważnego do przekazania. (...) Pragniemy przekopać tunel pod Atlantykiem i przybliżyć Stary Świat do Nowego o kilka tygodni podróży, niewykluczone jednak, że pierwsza wiadomość, która dotrze do wielkiego złaknionego nowin amerykańskiego ucha, będzie dotyczyła kokluszu księżniczki Adelajdy”. Ponura wizja Thoureau sprawdziła się. Jak wskazuje Neil Postman: gdy telegraf upowszechnił się, informacja coraz bardziej zaczęła odrywać się od swojego kontekstu. Ludzie polubili przekazywanie sobie wszelkich informacji, nawet jeśli nie miały dla każdego z nich większego znaczenia. Informacje mnożyły się, przenosząc się w eter, na ekrany telewizorów i monitory komputerów. Rolą informujących stało się natomiast – zgodnie z żelaznymi prawami rynku – zabawiać i zaciekawiać, niekoniecznie zaś rzetelnie powiadamiać. Współczesne media skręcają w obszary czysto rozrywkowe, tworząc coś, co współcześni medioznawcy nazwali infotainmentem, czyli inforozrywką.

Słownik

multitasking – wielozadaniowość, możliwość wykonywania wielu operacji jednocześnie (np. pisanie e-maila i równoczesne przeglądanie książki adresowej oraz kalendarza z planem na dany dzień). infotainment – forma przekazu informacji, w której celowo zaciera się granicę między informacją (z ang. information) a rozrywką (entertaintment); materiał, który ma bawić i informować. Tematy prezentowane w ten sposób często są spłycane, a problemy traktowane sensacyjnie i powierzchownie.

Na psychicznym radarze
O sukcesie i rozwoju danej branży nie przesądzają dziś już maszyny (bo dzięki automatyzacji jakość i szybkość produkcji jest coraz lepsza), ale coś zupełnie innego: informacja. To właśnie ona determinuje procesy ekonomiczne i społeczne: gdzie warto coś produkować, jak działa konkurencja, jak przygotować strategię, ile osób o niej się dowie, ile przekaże swoją opinię dalej itd. Informacje tworzą zatem środowisko, w którym zanurzeni są ludzie, grupy społeczne, a także gospodarka i przemysł. Taką sytuację przewidział wybitny psycholog społeczny David Riesman, który już w latach pięćdziesiątych XX wieku przewidział pojawienie się w przyszłości ludzi, którzy nie będą potrafili funkcjonować bez codziennej porcji informacji pochodzących z zewnątrz. Będą na bieżąco aktualizować swoje informacyjne bazy, z minuty na minutę modyfikując plan dnia tak, by był najbardziej efektywny. Kogo opisał Riesman? Dzisiejszych infoholików...

Riesman znalazł ciekawy związek między sposobem funkcjonowania w społecznym otoczeniu (a więc również sposobem gospodarowania informacjami) a stopniem rozwoju demograficznego społeczeństwa. W społeczeństwach będących jeszcze przed gwałtownym wzrostem demograficznym (np. plemiona zbieracko-łowieckie) obserwuje się bardzo mocne zakorzenienie w tradycji. Każda jednostka głęboko uwewnętrznia zespół dominujących norm i zasad, które przez całe życie wyznaczają, co jest właściwe, a co nie. W takich grupach ludzie mają podobne zdanie na wiele tematów i na ogół są jednomyślni w ocenie pewnych sytuacji. Społeczeństwa te charakteryzują się jednak znaczną stagnacją. Przeciwieństwem są społeczeństwa w fazie gwałtownego rozrostu ludności, kiedy to stopa narodzin znacznie przewyższa stopę zgonów. Riesman za przykład takiej grupy podaje społeczeństwa nowożytnej Europy, która od czasów renesansu przeżyła eksplozję demograficzną na niespotykaną wcześniej skalę. To wtedy nastąpiła znacząca zmiana w mentalności ludzi, którzy uświadomili sobie, że porządek życia, choć niezmienny od wieków, nie musi być taki zawsze. Chłop może wyruszyć do miasta, kupiec – założyć manufakturę, giermek – pójść do szkół, rycerz – wyruszyć w zamorskie wyprawy, kobieta – dochodzić swoich praw... Według Riesmana, ale i innych psychologów historycznych (np. Roya Baumeistera czy Igora Kona), tradycja ustąpiła miejsca wówczas charakterowi. Ludzie stali się jednostkami „wewnątrzsterownymi”: każdy wypracowywał osobisty system wartości, którego trzymał się przez całe życie. Oczywiście, mógł też słuchać podszeptów otocz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy