Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

26 kwietnia 2018

Efekt weekendu. Odzyskaj swój wolny czas, a zobaczysz, jak zmieni się twoje życie - Katrin Onstad

52

To jest książka o tym, jak zdobyliśmy prawo do weekendu i jak go z własnej woli utraciliśmy. A przede wszystkim jest to książka o tym, jak go odzyskać.

ZAMÓW KSIĄŻKĘ W NASZYM E-SKLEPIE

Czy pamiętacie, kiedy ostatnio mieliście udany weekend? Bez pospiesznego zrywania się rano, bez obowiązków, bez korespondencji mailowej z pracy, bez dnia spędzonego w galerii, bez nadrabiania zaległości z tygodnia, bez godzin spędzonych w dyskusjach na Facebooku czy przed telewizorem? Weekend dla siebie i dla rodziny, niespieszny, nienerwowy, służący tylko wam i waszej rodzinie? Weekend, po którym w niedzielny wieczór czujecie się odprężeni i zadowoleni z czasu poświęconego sobie i najbliższym?

Ta książka mówi o tym, jak uzyskaliśmy prawo do wolnego weekendu i jak go na własne życzenie utraciliśmy. A przede wszystkim o tym, dlaczego warto go dla siebie odzyskać i jak tego dokonać. Dobrze spędzony weekend jest nie tylko czasem odpoczynku – jest tworzeniem sensu. Czasem spędzonym z bliskimi, otwartym na kontakt z naturą, z twórczością i pięknem – z tym, co dla nas najważniejsze. Jest cząstką tygodnia ustanowioną po to, abyśmy zwolnili i smakowali życie. Wtedy tworzymy przestrzeń dla doświadczeń, które nie służą pracy zawodowej, sukcesowi i pogoni za dobrami, ale naszemu człowieczeństwu. Dobrze przeżyty weekend staje się furtką do dobrze przeżytego życia.

Wstęp:

Rozczarowanie niedzielnego wieczoru

Niedzielny wieczór. Przy nocnej lampce i z kołdrą naciągniętą pod brodę, mój syn pyta: „I to był weekend?”. „Tak”, odpowiadam. „Ale nie czuło się, że to był weekend”, mówi rozżalonym głosem, którym zazwyczaj komentuje nieudane transfery w baseballu i odkrycie pustych pudełek po płatkach zbożowych.

Ma dwanaście lat. To pytanie, które zadaje w każdą niedzielę, staje się w pewnym momencie koszmarną rodzinną tradycją, prowokując mnie do przyjrzenia się własnemu weekendowi. I nagle zdaję sobie sprawę, że wygląda on na ogół tak: jazda na trening hokeja, pisanie maili, zakupy, odpowiadanie na atak maili w reakcji na poranną wiadomość, pomoc przy odrabianiu lekcji, znowu hokej, spacer z psem, wspólna kolacja. Potem sprzątanie, pranie, lektura związana z pracą. Aby odróżnić niedzielę od soboty, na koniec tygodnia mogę jeszcze zrobić małe sprzątanie toalety. Owszem, latem coś się zmienia: zamiast w hokeja, dzieci grają w piłkę nożną.

Dzisiaj dla wielu zatrudnionych (i zadowolonych z tego powodu) osób tydzień pracy nie ma wyraźnego początku ani końca. Dopadła nas przewidywana w twórczości science fiction era cyfrowa, ale nie mamy ani lokajów, ani trzydniowego tygodnia pracy, prognozowanego przez ekonomistę Johna Maynarda Keynesa w 1928 roku. Normą dla zatrudnionych jest większa niż dekadę temu ilość pracy, a urządzenia, które miały przysporzyć nam wolnego czasu, zazwyczaj nam go odbierają. Weekend stał się przedłużeniem oficjalnego tygodnia pracy, co z definicji oznacza, że przestał być weekendem. Wielu Amerykanów pracuje obecnie dłużej niż ich poprzednie pokolenie, a większość haruje setki godzin rocznie więcej na ten sam status, co ich odpowiednicy w krajach Unii Europejskiej. Publikacja amerykańskiego National Bureau of Economic Research (Krajowy Urząd ds. Badań Ekonomicznych) z 2014 roku1 podaje, że w czasie weekendu całymi godzinami pracuje 29 procent Amerykanów – w porównaniu z mniej niż 10 procentami pracowników hiszpańskich. Jeśli Hiszpanie zbyt kochają życie, by zrobiło to na nas wrażenie, oto inna statystyka: nawet pilni Niemcy pracują w weekend mniej niż Amerykanie – jest ich 22 procent. Pracownicy Zjednoczonego Królestwa są wyjątkiem wśród Europejczyków, „osiągając” w weekendy prawie tyle samo godzin co Amerykanie. Zwykli zresztą nazywać to zjawisko, niezbyt pochlebnie, „amerykańską chorobą”.

Rozpoznaję tę chorobę i ja. Wiele lat temu, przez krótki i niezbyt fajny czas, pracowałam jako au pair. Kilka lat po ukończeniu college’u snułam się tu i tam i przez kilka miesięcy moją przystanią stała się mała wioska na wietrznym wybrzeżu północnej Francji. W każdą niedzielę, jeśli mogę to tak ująć, Francja się zamykała. Nie było pracy. I nie było zakupów, co szokowało moje północnoamerykańskie Ja „szczura” zakupowego. Zamiast tego były WIZYTA i AKTYWNOŚĆ. Ciągnąc ze sobą troje dzieci, moja szefowa – samotna matka – i ja odwiedzałyśmy dziadków albo zanosiłyśmy kwiaty mieszkającej w domu opieki przyjaciółce rodziny. W niektóre weekendy bez zapowiedzi wpadali do domu sąsiedzi – posiłek i rozmowy przeciągały się wtedy do późna w nocy. Zawsze było jakieś wychodne: spacer wzdłuż plaży, wycieczka rowerowa, przechadzka po uliczkach pobliskiej wioski, oglądanie wystaw zamkniętych sklepów. Mogliśmy patrzeć – ale nie kupować. Te weekendowe dni dawały poczucie rytuału wtopionego w kulturę, czegoś uświęconego. Czas wydawał się zwalniać. To były weekendy z wyobraźnią, bogate w doświadczenia, wyraźne o...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy