Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

10 maja 2016

Dzieci jednego dnia

0 485

Im bardziej niespełnione jest nasze życie, tym większy lęk przed śmiercią. Pięknie jest w pełni wykorzystać dany nam czas i zostawić po sobie tylko spalone ruiny...- mówi prof. Irvin D. Yalom.

Paulina Pająk: – Za Nietzschem przyjął Pan postawę amor fati – zgody na ludzki los czy wręcz umiłowanie go. Czym z tej perspektywy jest spełnione życie?
Irvin D. Yalom: – To życie, w którym człowiek w pełni urzeczywistni swój potencjał i jest dumny z osiągnięć. To dbałość o to, by nikogo nie krzywdzić, i chęć wspierania innych ludzi – również w ich dążeniu do życia zgodnego ze sobą. Każde spełnione życie sprawia, że świat jest lepszym miejscem dla wszystkich ludzi.

Czy ma Pan poczucie takiego właśnie życia?
– Ogromne! Miałem tak wiele, wiele szczęścia... Jestem przekonany, że zrobiłem to, co było w mojej mocy, a nawet więcej. Cieszy mnie moje życie, małżeństwo i dzieci...
Kiedy patrzę wstecz, wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi się osiągnąć to wszystko. Pochodzę z ubogiej emigranckiej rodziny, rodzice przyjechali do Stanów tuż po wielkiej wojnie. Moje dzieciństwo przypadło na lata segregacji rasowej – mieszkaliśmy w biednej, czarnej dzielnicy Waszyngtonu. Uratowały mnie książki z miejscowej biblioteki, pochłaniałem jedną za drugą. Poszedłem na medycynę, bo wszyscy wokół uważali, że zawód lekarza pozwala uciec z getta. Nigdy bym nie uwierzył, że będę terapeutą i pisarzem...
Jestem przekonany, że im bardziej niespełnione jest nasze życie, tym większy lęk przed śmiercią. Jeden z moich ukochanych autorów egzystencjalnych – Nikos Kazantzakis, który powołał na świat postać Greka Zorby, napisał niegdyś: „Nie zostawiaj nic dla śmierci – tylko doszczętnie spalony zamek”. Pięknie jest w pełni wykorzystać dany nam czas i zostawić po sobie tylko spalone ruiny...

Jest Pan twórcą terapii egzystencjalnej, która czerpie zarówno z psychologii, jak i z filozofii. Na kartach Pana książek powracają i Arthur Schopenhauer, i Baruch Spinoza. Skąd te inspiracje filozoficzne?
– Mam w sobie dużą wrażliwość na kwestie egzystencjalne. W programie studiów medycznych nie ma niestety filozofii. Wybrałem psychiatrię, ale na początku miałem wątpliwości, czy dobrze postąpiłem... Do wyboru miałem tylko dwa rodzaje pracy terapeutycznej – podejście psychoanalityczne i model biomedyczny. Oba mnie uwierały – czułem, że w znikomym stopniu dotykają tego, co czyni nas ludźmi...
Ale na drugim roku specjalizacji przeczytałem znakomitą książkę Rollo Maya pt. Existence, dzięki której zacząłem inaczej patrzeć na smutek i lęk doświadczane przez pacjentów. Moja żona pracowała wtedy nad doktoratem o twórczości Franza Kafki i Alberta Camusa, co sprawiło, że zainteresowały mnie dzieła tych pisarzy. Zapisałem się na zajęcia z filozofii. Od tego czasu sam i w ramach zorganizowanych kursów pogłębiałem znajomość filozofii, a zwłaszcza koncepcji egzystencjalistów.

W jaki sposób podejmuje Pan kwestie egzystencjalne w terapii?
– Przede wszystkim nigdy nie narzucam ich pacjentom. Problemy egzystencjalne pojawiają się naturalnie w procesie terapeutycznym. Pacjenci znają moje książki, więc częściej przychodzą do mnie osoby, które zmagają się z lękiem przed śmiercią niż te walczące z nałogiem. W moim podejściu terapeutycznym koncentruję się na relacjach pacjentów z innymi ludźmi – również ze mną. W terapii mogę dostrzec, w jaki sposób nawiązują relacje i jakich problemów doświadczają w kontaktach z partnerem, dziećmi czy szefem. Terapia jest mikrokosmosem, w którym odbija się codzienne życie. Sięgam po różne metody i techniki, ponieważ jestem głęboko przekonany, że dla każdego pacjenta trzeba opracować niepowtarzalną wersję terapii.

Dlaczego?
– Spróbuję wyjaśnić to na przykładzie. Jakiś czas temu prowadziłem terapię kobiety, która zmagała się z depresją. Rozmawialiśmy przez Skype’a – mieszka w zupełnie innej części Stanów. Płakała na każdej sesji, była roztrzęsiona. Nie umiała określić, czemu odczuwa rozpacz. Przypuszczała tylko, że ma to coś wspólnego z piątymi urodzinami jej córki. W czasie terapii zaczęła lepiej poznawać siebie. Zrozumiała, że dzieciństwo córki mija szybko, a to budzi w niej jako matce lęk i świadomość, że jej dziecko jest śmiertelne i pewnego dnia umrze. Niektórych terapeutów takie lęki mogą zdziwić, natomiast dla mnie to wyraz problemów egzystencjalnych, których wszyscy doświadczamy.
W przypadku tej kobiety źródłem trudności okazała się relacja z mężem. Męczyła ją niedojrzałość partnera, czuła, że nie może na nim polegać. Coraz częściej miała wrażenie, że ma nie jedno dziecko, ale dwoje – córkę i męża. Jej partner od dłuższego czasu nie mógł znaleźć pracy i to na niej spoczywała troska o byt rodziny. Zaczęła zastanawiać się nad rozwodem. I wtedy pomyślała, że jeśli jej córka umrze, to ona zostanie całkiem sama na świecie. Była bowiem przekonana, że w tak trudnej, granicznej sytuacji zdecyduje się na rozstanie z mężem. A zatem w procesie terapeutycznym przeszliśmy razem od lęków egzystencjalnych dotyczących śmierci i przemijania do problemów w relacjach. Jako terapeuta muszę być otwarty zarówno na kwestie egzystencjalne, jak i relacyjne, podążać za moimi pacjentami.

Zakłada Pan, że konflikty wewnętrzne wynikają z konfrontacji z kluczowymi problemami egzystencji.
– Każdy z nas na pewnym etapie życia musi zmierzyć się z kwestiami wolności, izolacji, sensu i śmierci. Pytamy sami siebie, jaki jest sens naszego życia i jakie znaczenie chcemy mu nadać. Viktor Frankl oparł na tym dylemacie całe podejście terapeutyczne, które nazwał logoterapią. Rodzimy się i umieramy samotni, wiążemy się w pary w nadziei, że zmniejszy to nasze poczucie izolacji. Niezwykle ważna jest dla nas wolność kreowania samych siebie i wyboru drogi życiowej. Dzięki niej każdy z nas buduje swój niepowtarzalny świat, złożony z marzeń, wspomnień i doświadczeń. Ale ten świat ginie wraz z naszą śmiercią – wszystko przemija, przemija...

A Pan zachęca, by konfrontować się z własną śmiertelnością i – jak w tytule Pana książki – spojrzeć prosto w słońce.
– Wszyscy musimy się zmierzyć ze śmiercią, choć jest to równie trudne, jak patrzenie prosto w słońce. To kluczowy temat egzystencji – podejmowali go filozofowie, jest obecny we wszystkich religiach. Wydaje mi się, że religie powstały po to, by ludzie mogli poradzić sobie z lękiem przed śmiercią. I buddyści, i katolicy, i muzułmanie wierzą w życie pozagrobowe, choć wyobrażają je sobie nieco inaczej... Nadzieja pozwala im oddalić od siebie lęk przed śmiercią.

Jak...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy