Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

10 maja 2016

Dzieci jednego dnia

13

Im bardziej niespełnione jest nasze życie, tym większy lęk przed śmiercią. Pięknie jest w pełni wykorzystać dany nam czas i zostawić po sobie tylko spalone ruiny...- mówi prof. Irvin D. Yalom.

Paulina Pająk: – Za Nietzschem przyjął Pan postawę amor fati – zgody na ludzki los czy wręcz umiłowanie go. Czym z tej perspektywy jest spełnione życie?
Irvin D. Yalom: – To życie, w którym człowiek w pełni urzeczywistni swój potencjał i jest dumny z osiągnięć. To dbałość o to, by nikogo nie krzywdzić, i chęć wspierania innych ludzi – również w ich dążeniu do życia zgodnego ze sobą. Każde spełnione życie sprawia, że świat jest lepszym miejscem dla wszystkich ludzi.

Czy ma Pan poczucie takiego właśnie życia?
– Ogromne! Miałem tak wiele, wiele szczęścia... Jestem przekonany, że zrobiłem to, co było w mojej mocy, a nawet więcej. Cieszy mnie moje życie, małżeństwo i dzieci...
Kiedy patrzę wstecz, wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi się osiągnąć to wszystko. Pochodzę z ubogiej emigranckiej rodziny, rodzice przyjechali do Stanów tuż po wielkiej wojnie. Moje dzieciństwo przypadło na lata segregacji rasowej – mieszkaliśmy w biednej, czarnej dzielnicy Waszyngtonu. Uratowały mnie książki z miejscowej biblioteki, pochłaniałem jedną za drugą. Poszedłem na medycynę, bo wszyscy wokół uważali, że zawód lekarza pozwala uciec z getta. Nigdy bym nie uwierzył, że będę terapeutą i pisarzem...
Jestem przekonany, że im bardziej niespełnione jest nasze życie, tym większy lęk przed śmiercią. Jeden z moich ukochanych autorów egzystencjalnych – Nikos Kazantzakis, który powołał na świat postać Greka Zorby, napisał niegdyś: „Nie zostawiaj nic dla śmierci – tylko doszczętnie spalony zamek”. Pięknie jest w pełni wykorzystać dany nam czas i zostawić po sobie tylko spalone ruiny...

Jest Pan twórcą terapii egzystencjalnej, która czerpie zarówno z psychologii, jak i z filozofii. Na kartach Pana książek powracają i Arthur Schopenhauer, i Baruch Spinoza. Skąd te inspiracje filozoficzne?
– Mam w sobie dużą wrażliwość na kwestie egzystencjalne. W programie studiów medycznych nie ma niestety filozofii. Wybrałem psychiatrię, ale na początku miałem wątpliwości, czy dobrze postąpiłem... Do wyboru miałem tylko dwa rodzaje pracy terapeutycznej – podejście psychoanalityczne i model biomedyczny. Oba mnie uwierały – czułem, że w znikomym stopniu dotykają tego, co czyni nas ludźmi...
Ale na drugim roku specjalizacji przeczytałem znakomitą książkę Rollo Maya pt. Existence, dzięki której zacząłem inaczej patrzeć na smutek i lęk doświadczane przez pacjentów. Moja żona pracowała wtedy nad doktoratem o twórczości Franza Kafki i Alberta Camusa, co sprawiło, że zainteresowały mnie dzieła tych pisarzy. Zapisałem się na zajęcia z filozofii. Od tego czasu sam i w ramach zorganizowanych kursów pogłębiałem znajomość filozofii, a zwłaszcza koncepcji egzystencjalistów.

W jaki sposób podejmuje Pan kwestie egzystencjalne w terapii?
– Przede wszystkim nigdy nie narzucam ich pacjentom. Problemy egzystencjalne pojawiają się naturalnie w procesie terapeutycznym. Pacjenci znają moje książki, więc częściej przychodzą do mnie osoby, które zmagają się z lękiem przed śmiercią niż te walczące z nałogiem. W moim podejściu terapeutycznym koncentruję się na relacjach pacjentów z innymi ludźmi – również ze mną. W terapii mogę dostrzec, w jaki sposób nawiązują relacje i jakich problemów doświadczają w kontaktach z partnerem, dziećmi czy szefem. Terapia jest mikrokosmosem, w którym odbija się codzienne życie. Sięgam po różne metody i techniki, ponieważ jestem głęboko przekonany, że dla każdego pacjenta trzeba opracować niepowtarzalną wersję terapii.

Dlaczego?
– Spróbuję wyjaśnić to na przykładzie. Jakiś czas temu prowadziłem terapię kobiety, która zmagała się z depresją. Rozmawialiśmy przez Skype’a – mieszka w zupełnie innej części Stanów. Płakała na każdej sesji, była roztrzęsiona. Nie umiała określić, czemu odczuwa rozpacz. Przypuszczała tylko, że ma to coś wspólnego z piątymi urodzinami jej córki. W czasie terapii zaczęła lepiej poznawać siebie. Zrozumiała, że dzieciństwo córki mija szybko, a to budzi w niej jako matce lęk i świadomość, że jej dziecko jest śmiertelne i pewnego dnia umrze. Niektórych terapeutów takie lęki mogą zdziwić, natomiast dla mnie to wyraz problemów egzystencjalnych, których wszyscy doświadczamy.
W przypadku tej kobiety źródłem trudności okazała się relacja z mężem. Męczyła ją niedojrzałość partnera, czuła, że nie może na nim polegać. Coraz częściej miała wrażenie, że ma nie jedno dziecko, ale dwoje – córkę i męża. Jej partner od dłuższego czasu nie mógł znaleźć pracy i to na niej spoczywała troska o byt rodziny. Zaczęła zastanawiać się nad rozwodem. I wtedy pomyślała, że jeśli jej córka umrze, to ona zostanie całkiem sama na świecie. Była bowiem przekonana, że w tak trudnej, granicznej sytuacji zdecyduje się na rozstanie z mężem. A zatem w procesie terapeutycznym przeszliśmy razem od lęków egzystencjalnych dotyczących śmierci i przemijania do problemów w relacjach. Jako terapeuta muszę być otwarty zarówno na kwestie egzystencjalne, jak i relacyjn...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy