Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Laboratorium

17 listopada 2015

Dramat multikulti

0 537

Nie możemy zmusić ludzi, by byli otwarci, liberalni czy nawet tolerancyjni. Ale wszyscy rozumiemy uczciwą społeczną umowę, która zakłada, że mamy takie same prawa i obowiązki. To proste: ja szanuję ciebie, ty szanujesz mnie - mówi Paul Scheffer.

Paul Scheffer jest profesorem studiów europejskich na Uniwersytecie w Tilburgu. Był korespondentem prasowym w Warszawie i Paryżu, publikuje w znaczących europejskich pismach. W 2000 roku napisał esej „Dramat multikulturowy”, który odegrał znaczącą rolę w holenderskiej debacie nad migracją. W Polsce ukazała się jego książka Druga ojczyzna. Imigranci w społeczeństwie otwartym (Wydawnictwo Czarne, 2010).

Paulina Pająk: – „Żyjemy w czasach, gdy prawo bytu przyznaje się tylko postępowi (...). Z wielkim zapamiętaniem transformujemy rzeczywistość: pauperyzację nazywamy krótko i zwięźle wzbogaceniem, połowiczną znajomość języka uznajemy powszechnie za dwujęzyczność, a ciasnotę poglądów traktujemy wyrozumiale” – tak pisze Pan o współczesnej Europie migrantów. Dlaczego uważa Pan, że multikulturalizm zawiódł?
Paul Scheffer:
– Multikulturalizm jest zaprzeczeniem poczucia straty, która zawsze wpisuje się w doświadczenie migracji. Przybysze tęsknią za tym, co zostało za nimi, i próbują odtworzyć rodzinne tradycje w obcych krajach. Dlatego Farah Karimi, pochodząca z Iranu członkini holenderskiego parlamentu, przekonuje, że „dramat multikulturowy” rozgrywa się przede wszystkim w domach imigrantów.
W rozmowie z pewną marokańską kobietą usłyszałem przejmujące słowa: „Boję się, że tracę moje dzieci na rzecz waszego społeczeństwa”. Czuła się rozdarta... Chciała, żeby jej dzieci odniosły sukces, a zarazem obawiała się, że to jeszcze pogłębi przepaść między nimi. Powinniśmy z wielką uwagą słuchać takich zwierzeń, ponieważ pokazują, jak złożone emocje pojawiają się w rodzinach migrantów.
Ale poczucie straty towarzyszy nie tylko przyjezdnym – odczuwają je również rdzenni mieszkańcy. Kiedy patrzymy na miasta, takie jak Amsterdam, widzimy, że połowę populacji stanowią imigranci. Ludzie dostrzegają ogromne zmiany zachodzące w najbliższym otoczeniu i czują, że tracą dobrze znany im świat. Tymczasem multikulturalizm zamyka oczy na konflikty normatywne, obecne w każdym społeczeństwie migrantów.

Jak wyglądają takie konflikty?

– Proszę sobie wyobrazić, że jest Pani dyrektorką jednej z holenderskich szkół. 80 procent uczniów pochodzi z muzułmańskich rodzin. Nauczyciele skarżą się, że coraz trudniej jest im uczyć o Holocauście, bo ich uczniowie nie wierzą, że miał on miejsce. Na lekcjach biologii ryzykownie jest opowiadać o ewolucji, ponieważ większość klasy uważa, że ta teoria to kłamstwo. Nie sposób porozmawiać o twórczości Oscara Wilde’a, bo był gejem. Nawet nauka pływania wywołuje burzę – muzułmańscy rodzice za wysoce niewłaściwe uważają wysyłanie swoich córek na koedukacyjny basen.
Co w takim razie zrobić? Zwolennicy multikulturalizmu, wyznający zasadę „żyj i daj żyć innym”, okroją program. Tymczasem znacznie korzystniejsze jest nauczanie zgodne z tradycyjnym programem. Wtedy szkoła musi zapewnić dzieciom bezpieczne środowisko, w którym będą mogły dowiedzieć się tego, czego nie usłyszą w domu. Ucz­niowie uczą się więc o koszmarze Holocaustu i tajemnicach ewolucji. Odkrywają, że wśród osób, które odegrały znaczącą rolę w europejskiej kulturze, są również geje i lesbijki.
Jestem głęboko przekonany, że dla społeczeństw migrantów kluczowe znaczenie ma znalezienie wspólnych norm, których przestrzeganie pozwoli nam żyć razem przy wszystkich naszych różnicach. Dlatego kiedy muzułmanie zapraszają mnie do siebie, mówię: „Macie pełne prawo budować meczety w Holandii i praktykować religię. Ale tylko pod warunkiem, że szanujecie prawa wyznawców innych religii oraz osób bezwyznaniowych”.

Podkreśla Pan, że idea świeckiego państwa to ważne dziedzictwo europejskie.

– Tak, ale tylko jeśli jest to świeckie państwo z wolnością słowa i wyznania. Wiele razy słyszałem od rdzennych Francuzów czy Holendrów, że „społeczność muzułmańska nie może być częścią otwartego społeczeństwa”. A ja uparcie im powtarzam: „Absolutnie nic nie przemawia za tym, by nie otworzyć się na jeszcze jedną wspólnotę religijną”. A potem rozmawiam z muzułmanami i ostrzegam ich, że kraje europejskie zamkną się przed nimi, jeśli nie będą szanować otwartego społeczeństwa.
Proponuję migrantom i rdzennym mieszkańcom, by jako niezbędne minimum przyjęli pozbawioną sentymentów regułę wzajemności. Oczywiście wiem, że oznacza to „twarde warunki” dla obu stron umowy. Ale jeśli nie uda nam się znaleźć norm, zgodnie z którymi żyje większość osób, społeczeństwo otwarte zostanie zniszczone.
Coraz trudniej żyje się nam na co dzień, ponieważ w społeczeństwie otwartym jest przestrzeń dla rozmaitych fundamentalistów, którzy wierzą, że mają monopol na prawdę. Nie możemy zmusić ludzi, by byli otwarci, liberalni czy nawet tolerancyjni. Ale wszyscy rozumiemy uczciwą społeczną umowę, która zakłada, że mamy takie same prawa i obowiązki. To proste: ja szanuję ciebie, ty szanujesz mnie. Cała idea otwartego społeczeństwa opiera się na
regule wzajemności: moje prawa są twoimi prawami.

W podobnym duchu polityka multikulturalizmu zakłada poszanowanie różnych i odrębnych kultur istniejących obok siebie w społeczeństwie.
– Powiedziałbym, że multikulturalizm raczy nas sentymentalną opowieścią o kulturowym wzbogaceniu społeczeństw migrantów. I tak w Holandii słyszymy czasem, jakie to cudowne, że mamy tylu tureckich migrantów, bo przynieśli do naszego kraju turecką kulturę. Chwileczkę! Po pierwsze większość migrantów jest słabo wykształcona
– to nie elity kulturalne Turcji. Dlatego uważam, że traktowanie ich jako ambasadorów tureckiej kultury jest wprost żenujące. Wielu z nich nigdy nie przeczytało żadnej tureckiej powieści, nie zna ani muzyki, ani teatru swojego kraju pochodzenia. A ich dzieci? Jak wszystkie nastolatki słuchają hip-hopu i oglądają amerykańskie kino. Oczywiście także ci migranci przynoszą ze sobą język, zwyczaje czy kuchnię – ale nie kulturę wysoką. Poza tym multikulturalizm zakłada niezwykle konserwatywną wizję kultury. Mylnie przyjmuje, że społeczności migrantów są stabilne, pielęgnują swoje tradycje i przekazują je z pokolenia na pokolenie.

W książce Druga ojczyzna przywołuje Pan model trzech pokoleń migrantów.

– Pierwsze pokolenie imigrantów doświadcza alienacji – oni unikają miejscowych, miejscowi unikają ich. Ci migranci żyją często mitem powrotu, przesyłają rodzinom pieniądze i z nostalgią patrzą na kraj pochodzenia. Ich dzieci nie chcą być „obywatelami drugiej kategorii” – pojawiają się zatem konflikty z rdzennymi mieszkańcami. I w końcu mamy trzecie pokolenie, które ma szansę stać się integralną częścią społeczen?stwa.

Te przemiany pokoleń doskonale pokazuje Pana film „Ziemia obiecana”.
– Wie Pani, co mnie uderzyło, kiedy po raz pierwszy oglądałem ten obraz? Film rozpada się na dwie części. Pierwsza z nich ukazuje pierwsze pokolenia imigrantów na podstawie archiwalnych nagrań i zdjęć. Ci ludzie przemykają przez ekran milczący, zalęknieni, wyobcowani... A potem do głosu dochodzi drugie pokolenie, i naprawdę ma wiele do powiedzenia! Ta generacja ucieleśnia zarówno konflikt, jak i kres „mitu wspaniałego powrotu”. Bo to właśnie narodziny drugiego pokolenia konfrontują migrantów z faktem, że nie ma już powrotu – i tak pierwsze pokolenie staje się zakładnikiem własnych dzieci. Wraz z dziećmi migrantów rośnie także świadomość rdzennych mieszkańców, że ich kraj się zmienił: przybysze zostaną i nie da się już uniknąć wielu trudnych kwestii. Zmienia się więc i społeczność migrantów, i całe społeczeństwo.
A potem przychodzi czas trzeciego pokolenia migrantów – pełnoprawnych obywateli, którzy pokazują, że można żyć razem w harmonii, budując trwałe więzi społeczne.

Czy ten czas pojednania nadejdzie niebawem dla Holandii?

– Od piętnastu lat żyjemy w atmosferze konfliktu, który dla mnie jest oznaką i integracji, i procesów, dzięki którym będziemy mogli żyć w pokoju. Ale przez długi czas holenderskie społeczeństwo uważało się za tolerancyjne, gdy tymczasem żyło w kulturze zaprzeczenia i obojętności. Wierzę, że w kolejnych pokoleniach pochodzenie etniczne będzie miało w Holandii coraz mniejsze znaczenie. Tymczasem multikulturalizm nie dostrzega dynamiki społeczeństwa, które zmienia się na skutek migracji.

Dlatego zbiera Pan opowieści migrantów i rdzennych mieszkańców?

– Staram się patrzeć na proces migracji z obu tych perspektyw. To względnie nowe podejście, ponieważ najczęściej przyjmuje się perspektywę migrantów. A przecież niezbędne jest prześledzenie interakcji między przyjezdnymi i rdzennymi mieszkańcami.
Dlatego właśnie uważam, że tak ważne jest zanurzenie się w realnym świecie i wsłuchanie w głosy ludzi. Kiedy porzucamy wszystkie założenia, zyskujemy świeże spojrzenie na wiele kwestii. Usłyszymy wtedy nie historie „kulturowego wzbogacenia”, ale samotności i utraty...

Przywołuje Pan słowa Oscara Handlina, kronikarza dziejów imigracji w Stanach Zjednoczonych, który pisał: „Historia imigracji to historia wyalienowania oraz jego konsekwencji”. Jakie są twarze tej alienacji?

– Czasem wynika ona z jednoczesnej tranzycji ze wsi do miasta i z kraju pochodzenia do nowej ojczyzny. Wielu migrantów z Anatolii, rolniczego obszaru Turcji, przeżywa podwójny szok kulturowy, gdy przyjeżdża do Rotterdamu czy Monachium. Wyobcowaniu sprzyja połowiczna znajomość języka, która nie pozwala zrozumieć emocjonalnych subtelności, odniesień historycznych i kulturowych...
Poczucie obcości płynie również z innych wyobrażeń o życiu rodzinnym. Częsta jest alienacja rodzicielska – migranci wychowują przecież swoje dzieci w obcym społeczeństwie. W nowej ojczyźnie nie rozumieją stosunków społecznych: inne są tu relacje między kobietami i mężczyznami czy osobami religijnymi i bezwyznaniowymi. Cały ich system wartości zostaje wykorzeniony, a ich dzieci tego, jak mają żyć, dowiadują się nie tylko w domu rodzinnym, ale z mediów i ze szkoły.

Czy konflikt pokoleń nie jest jednak zjawiskiem uniwersalnym?

– Oczywiście, jednak w rodzinach migrantów przebiega on dużo gwałtowniej. Weźmy na przykład imigranckie rodziny w latach 20. ubiegłego wieku w Chicago. Niezwykle martwiono się wówczas zjawiskiem „demoralizacji ojców”. Mężczyźni, którzy w krajach pochodzenia mieli stabilną pozycję, jako migranci żyli na marginesie społeczeństwa i trudno było im zachować ojcowski autorytet. Przecież dokładnie to samo dzieje się dziś w rodzinach tureckich czy romskich!

Porównuje Pan współczesnych muzułmańskich migrantów do katolików, którzy w ubiegłym stuleciu przypłynęli do Stanów z Polski, Irlandii i Włoch.
– Tamte społeczności również musiały „wymyślić siebie” od nowa. Przybywały z krajów niemal wyłącznie katolickich i stawały się jedną z mniejszości religijnych. Zaś społeczeństwo amerykańskie musiało na nowo wyobrazić sobie Amerykę – już nie wyłącznie protestancką. Przeobrażeniom ulegało także „My”, które otwiera amerykańską konstytucję, rozszerzał się horyzont wspólnoty.
Kiedy badałem historie tych dawnych imigrantów, uderzyło mnie, jak wiele mają wspólnego ze współczesnymi przybyszami, którzy wyznają islam. Oni także przybywają z krajów, w których ich religia dominuje, i muszą na nowo zbudować swoją tożsamość – jako religijnej mniejszości w otwartym społeczeństwie. Zaś społeczeństwa Holandii, Francji i Niemiec muszą na nowo przemyśleć, co rozumieją pod słowem „My” w swych konstytucjach, i przyjąć, że francuski czy niemiecki muzułmanin to nie oksymoron. Niestety, trudno przewidzieć, jak na ten proces wpłyną międzynarodowe konflikty. Kluczowe pytanie brzmi: czy eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie sprawi, że w Europie rozgorzeje wojna domowa? Konflikt izraelsko-palestyński już wielokrotnie powodował reperkusje w Europie. Dwie przecznice od mojego mieszkania w Amsterdamie znajduje się synagoga, od dłuższego czasu stale pilnują jej policjanci. Społeczność żydowska obawia się przemocy inspirowanej intifadą i muzułmanów pragnących pomścić palestyńskie ofiary.

A zatem, jak pisał Pan w książce Druga ojczyzna...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy