Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

2 grudnia 2019

NR 12 (Grudzień 2019)

Dobromyślność nas ocali

46

Jesteśmy tu po to, aby się o siebie wzajemnie troszczyć – o rodziców, o dzieci, o obcych, którzy nie mogą sobie poradzić. Tylko tak ocalimy nadzieję – myśląc dla kogoś, a nie tylko o sobie.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Panie Profesorze, gra Pan jeszcze w zielone, pisze Pan dyktando u nadziei, jak w songu Wojciecha Młynarskiego?

TADEUSZ GADACZ: Coraz trudniej grać w zielone, coraz trudniej mieć nadzieję. 

Mam wrażenie, że nie tylko w Polsce, w Europie, ale generalnie w całym świecie nawraca neoromantyzm. Oświecenie ceniło rozum, rozwój, postęp, globalizację, mówiło o równości, wolności, braterstwie, o idei obywatela, o oddzieleniu państwa od Kościoła, natomiast romantyzm odkrył zupełnie inną perspektywę ludzkiego życia – uczucia, głębię doświadczeń życiowych, a jednocześnie uruchomił nieprawdopodobne siły destrukcyjne, które w człowieku tkwią. Widać to wyraźnie na przykładzie Martina Heideggera, którego myślą teraz się zajmuję – próbuję napisać książkę o dobromyślności, bo w niej jest jakaś nadzieja. Heidegger we wczesnym okresie wpisywał się w egzystencjalizm, mówił, że człowiek powinien żyć autentycznie, być sobą… Ale ten sam Heidegger, kiedy stał się rektorem nazistowskiego uniwersytetu, zaczął głosić, że „bycie jest wolą mocy”, jest siłą, a Niemcy są narodem metafizycznym. I to jest absolutnie pokłosie neoromantyzmu. Kiedy nagle perspektywa globalizacji zmieniła się w perspektywę walki nacjonalistycznej, Fichte napisał w Mowach do narodu niemieckiego, że tylko naród niemiecki jest w stanie ocalić jedność kultury Europy. Myślenie o przyszłości zmieniło się w grzebanie w historii, intelekt został zastąpiony emocjami. 

Popatrzmy na to, co dziś się dzieje. Budowaliśmy Unię Europejską, a teraz nagle słyszymy: „America first!”, „Italia first!”, „Polska wstaje z kolan”, pojawiają się idee mesjanistyczne, narodowe.

Mam się obawiać powtórki dramatów historii? 

Nie wiem, być może to jest okres przejściowy i krótki. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia nie tylko z kryzysem demokracji, ale przede wszystkim z kryzysem gospodarki kapitalistycznej. Thomas Piketty w Kapitale w XXI wieku pokazuje, jak wskutek braku konkurencji i likwidacji pewnych przepisów prawa następuje radykalna unifikacja niektórych podmiotów rynkowych. To tak zwane „jednorożce” – wielkie korporacje światowe, niewyobrażalnie bogate. Dziś właściwie to nie rząd francuski rządzi we Francji, polski w Polsce, niemiecki w Niemczech, tylko Google, Amazon. A po drugiej stronie mamy prekariat – coraz bardziej ubożejący proletariat. Znika klasa średnia, przestajemy panować nad procesami produkcji, które doprowadziły do katastrofy klimatycznej, mamy ogromne rozwarstwienie ekonomiczne przy błyskawicznym rozwoju nowych narzędzi technologicznych. Dziś telefon z dostępem do Internetu mają mieszkańcy nawet najbiedniejszych i najodleglejszych od Europy rejonów świata i dzięki temu widzą, że w Europie żyje się lepiej, więc nie chcą być marginalizowani. I to nie jest tylko ciśnienie konsumpcyjne, ale domaganie się sprawiedliwości społecznej i pewnego minimum, jeśli chodzi o warunki życia. Z drugiej strony w tym do niedawna lepszym zachodnim świecie sytuacja też się zmieniła – Francuzom czy Amerykanom nie żyje się dziś tak dobrze jak kilka dekad temu. Znaleźliśmy się w zupełnie nowej rzeczywistości. 80 lat temu hiszpański filozof José Ortega y Gasset napisał rozprawę Bunt mas, w której pokazał, jak przyspieszenie technologiczne na przełomie XIX i XX wieku, rodzący się kapitalizm, ośrodki wielkomiejskie doprowadziły do zjawisk społecznych, które on nazwał buntem mas. Uważam, że dziś mamy nowy bunt mas, które zaczynają narzucać swoje przekonania na forach internetowych, portalach społecznościowych, które korzystają, słusznie zresztą, ze swoich praw wyborczych, ale jednocześnie te masy nie mają świadomości, jak są manipulowane, mikrotargetowane, podporządkowywane. I kto by pomyślał, że tak się to skończy… Dwieście lat wcześniej Kant miał nadzieję na przyszłość wolnych i demokratycznych społeczeństw obywatelskich, na to, że znikną granice, świat się rozbroi. A tymczasem okazuje się, że za pomocą narzędzi technologicznych można budować społeczeństwo na wzór dantejskich kręgów piekielnych.

Jednym z tych kręgów w dantejskim piekle współczesności jest obojętność na nadciągającą katastrofę klimatyczną. Wielu młodych nie liczy już na to, że dożyją starości, że będą mieć czym oddychać, że będą mieć wodę, prąd. Pytają, jak 16-letnia Greta Thunberg pytała na szczycie klimatycznym ONZ: 

„Jak śmiecie szukać w nas, młodych, nadziei?”.

Jednak widzę jakąś nadzieję na opamiętanie, bo przecież historia ludzkości pokazuje, że przechodziliśmy przez największe nawet zakręty, trudne momenty. Od końca XVIII wieku mieliśmy do czynienia z ogromną dynamiką egoizmu – w gruncie rzeczy kapitalizm bez konkurencji byłby niemożliwy, a podstawą konkurencji jest egoizm, pragnienie posiadania i zawłaszczania. Dziś Holendrzy, Szwedzi rezygnują z lotów samolotami, przesiadają się z samochodów na rowery, bo myślą już nie o swojej wygodzie, ale o losie naszej planety, o ratunku dla klimatu. A my myślimy, że skoro byliśmy w komunizmie, to teraz musimy sobie trochę pohulać tymi samolotami, dieslami. Innym było dobrze, to dlaczego nam ma nie być dobrze. W moim przekonaniu jeśli ma być dla nas jakaś nadzieja, to musimy powrócić do starego słowa: asceza. 

Asceza jako pewna forma samoograniczenia się człowieka? Zrobienia miejsca dla innych, dbania o lepszy klimat dla przyszłych pokoleń?

Tak. Musimy powrócić do myśli Arystotelesa, do idei rozsądku, który każe nam rozważać racje i wybierać zawsze złoty środek. To było fundamentalne odkrycie greckiej kultury, o którym Europa zapomniała, rozwijając się w ciągłych wahnięciach między myśleniem oświeceniowym a romantycznym. A przecież człowiek ma i rozum, i uczucia, trzeba szukać równowagi. 

Dzięki rozumowi możemy mądrze korzystać z różnych narzędzi i technologii – wykorzystywać Internet do nauki komunikacji, budowania wspólnoty, a nie do hejtu i oszustw bankowych. Rozum może nas uchronić przed egoistycznym rozpasaniem. Po co kupować nowy typ pralki, jeśli ta, którą mamy, sprawnie pierze? Po co nam nowy model telefonu, jeśli i tak nie wykorzystamy w stu procentach jego oprogramowania? Po co tyle produkować? Na szczęście dzisiaj ekonomia pomału zwraca się w kierunku wartości. Wyznacznikiem ekonomii nie powinna być produktywność, bo produktywność opiera się tylko na PKB, które na przykład rośnie, kiedy ludzie inwestują w służbę zdrowia, a inwestują wtedy, kiedy chorują. PKB nie jest wyznacznikiem szczęścia. Trzeba się rozwijać, ale w inną stronę niż do tej pory – nie w zaspakajaniu naszych chorych, egoistycznych pragnień, kupując dziesiąty samochód, kolejną pralkę, komputer, następne zagraniczne wakacje.

Sami musimy uratować nasz świat, a nie żyć nadzieją, że jakoś to będzie.

 

Może zamiast PKB kryterium rozwoju powinno być to, czy naszym dzieciom chce się żyć? Polska jest drugim krajem w Europie, po Niemczech, o największej liczbie samobójstw dzieci i młodzieży.

To kolejny paradoks: mamy dużo możliwości, ale coraz mniej sensu. Mamy rozwinięte narzędzia technologiczne, które dają nam wolność, ale jednocześnie są narzędziami totalnej opresji, służą do budowania utopii.

Myślę, że wiele środowisk społecznych, ekonomicznych, niestety nie politycznych, już to dostrzega. Być może zmiana na lepsze przyjdzie ze strony samorządowców czy ruchów miejskich, bo ci ludzie myślą całkiem innymi kategoriami. A przecież musimy myśleć o problemach, k...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy