Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

11 lipca 2016

Dlaczego moje dziecko?

31

Agnieszka wzięła córeczkę po raz pierwszy na ręce, kiedy Martynka już nie żyła. Urodziła się w 27 tygodniu ciąży, po dziesięciu dniach, w niedzielny, zimowy wieczór, zmarła. Agnieszka myślała, że po dziewięciu latach da radę opowiedzieć o wszystkim bez łez...

Miała wtedy 25 lat. Był ciepły październikowy dzień. Jej ulubiona pogoda. Zaczął się czwarty miesiąc. Wybrała się do lasu na grzyby. Czuła, jak dojrzewa w niej nowe życie, była dumna, że spełniła się jako kobieta. Szła wolno leśną alejką w stonowanym jesiennym słońcu, słuchała przyjemnego szelestu złotych liści. „To jest właśnie szczęście”, pomyślała.

Od kilku miesięcy tak dobrze jej się układało. Koniec ambitnych, rozwijających studiów, kameralny ślub w romańskim kościółku i podróż poślubna na bajeczną grecką wyspę. Raz ze szczęścia rozpłakała się w ramionach męża. – Ludziom cały czas nie może układać się dobrze. Boję się, że wydarzy się coś strasznego – powiedziała. Na greckiej wyspie zaszła w ciążę. Od początku czuła, że będzie dziewczynka. – Tamta wyprawa do lasu w ciepły październikowy dzień to była ostatnia beztroska chwila – mówi Agnieszka.

Mama
Na drugi dzień rozbolał ją brzuch, miała silne skurcze. Ponad dwa miesiące leżała w szpitalu. W 27 tygodniu ciąży zaczęła rodzić. Przez pięć dni leżała bez ruchu z pośladkami uniesionymi wyżej niż głowa, żeby powstrzymać poród. W szpitalu mówili, że pobiła rekord. Piątego dnia zrobili cesarskie cięcie. Na sali lekarze i piętnastu gapiących się studentów. Nie pozwolono wejść mężowi. W najbardziej granicznym momencie życia była wśród obcych ludzi. Czuła się jak krowa w rzeźni. – Ma pani córkę – zawołał lekarz, gdy było po wszystkim. Nie wiedziała, czy żywą. Martynkę zabrali do inkubatora, a ją położyli w sali, gdzie cztery inne mamy karmiły swoje dzieci. Jedna miała bliźnięta.

Zobaczyła córeczkę na drugi dzień po urodzeniu. Wcześniej nie pozwolono jej. Do dziś ma żal, że tak późno. Przecież Martynka żyła tylko dziesięć dni, więc liczyła się każda chwila, którą mogła z nią spędzić. Agnieszka jeszcze nigdy nie widziała tak maleńkiego dziecka. Pamięta, że Martynka raz ścisnęła rączką jej wskazujący palec. Nie mogła jej wziąć na ręce. Każdy dotyk sprawiał małej ból. Jedno, co mogła zrobić, to być przy niej. Powtarzała na głos, że jest. Że ją kocha. Śpiewała jej piosenki. A w myślach obwiniała siebie, że jej ciało zawiodło: – Jako mama czułam się do niczego.

Odchodzenie
Zapalenie płuc, trzy wylewy, zamartwica jelit. Z każdym dniem było tylko gorzej. Lekarze bali się operować. Z przerażeniem patrzyła, jak każdego dnia ubywa nowoczesnej aparatury przy inkubatorze Martynki. Zrozumiała, że nie ma już ratunku.

Te dni, które spędziła przy córce, są dla niej bezcenne. – Mogłam się oswoić z odchodzeniem Martynki – mówi. W tamtą niedzielę Martynka była już w śpiączce. Tętno, które miało wcześniej średnio 144 uderzenia na minutę, spadło do 120. Potem znów zaczęło rosnąć. Agnieszka była potwornie zmęczona, gorączkowała, bo rana po cesarce nie chciała się goić. Pogodziła się ze wszystkim. Powiedziała do Martynki, że może odejść, że ona da sobie radę. Do dziś uważa, że to był z jej strony akt największej miłości. – Nie chciałam, żeby dłużej cierpiała – mówi.

Gdy tętno Martynki zatrzymało się na 143 uderzeniach, powiedziała jeszcze, że zaczeka, aż będzie 144 i wtedy sobie pójdzie. Postała jeszcze chwilę i zrobiło się 144. I ani odrobinkę więcej. – Bardzo trudno było mi odejść, ale tak się umówiłyśmy.

Dwie godziny później Martynka umarła. Agnieszka chce wierzyć, że jej córeczka żyła tak długo, aż ona pogodziła się z jej śmiercią. Gdy przyjechała do szpitala, wzięła martwe ciałko na ręce. Po raz pierwszy trzymała swoje dziecko. Ale to nie była Martynka. – Jakbym trzymała skorupkę. Czułam, że moja córka jest gdzie indziej – mówi. Przypomniała sobie, że podobnie kończy się Mały Książę.

Żałoba
Pamięta, że na drugi dzień po śmierci córki – był 21 stycznia, jej imieniny – stała z mężem na rynku swojego miasta. Mąż przytulił ją. Zobaczyła kątem oka jakąś banalną reklamę z napisem: „Kocham ciebie z daleka”. Pomyślała, że to znak od Martynki. Zrobiło jej się lżej.

Bała się pogrzebu. Nie wie, jak by to przetrzymała, gdyby nie jej mocna wtedy wiara. Wierzyła, że Bóg płacze razem z nią. Zajęła się z mężem wszystkimi przygotowaniami. Nie chciała, żeby ktoś ją wyręczał: mama albo ciocia. Sama wybrała trumienkę. I zamówiła jasne róże ułożone w kształt małego serca. Chciała, żeby wszystko było jak najprostsze.

Wyrzuciła z szafy czarne rzeczy, chociaż w liceum i na studiach to był jej ulubiony kolor. W wieczór przed pogrzebem poszła z mężem do kina. Pamięta zgorszenie sąsiadów. Nie mogli się nadziwić, jak po śmierci dziecka można tak żyć, jakby się nic nie stało. – Nie pasowało im, że nie mam pociętych nadgarstków – mówi.
Miała żałobę w sercu. Wstawała i czuła się zmęczona. Na nic nie miała ochoty. – Napisz pracę magisterską, zrób prawo jazdy – namawiała ją rodzina, znajomi. Inni radzili, żeby wróciła do pracy (pod koniec studiów uczyła w liceum polskiego). Jak miała iść na lekcje i opowiadać o „Trenach”? Przecież by się poryczała.

Żeby nie siedzieć godzinami w domu, wychodziła na spacery. Wracała i rozsypywała się. Bo wszędzie widziała kobiety w ciąży albo z wózkami. Jej koleżanki też jakby się umówiły: jedna po drugiej rodziły dzieci. Wszystko przypominało jej Martynkę – nawet w sklepie pisk czytnika w kasie był jak dźwięk respiratora, do którego podłączona była córeczka.

Zazdrościła mężowi, że lepiej sobie radzi. Teraz był jakby obok. Zajął się pracą. Czasami tylko szedł do łazienki, puszczał wodę i płakał. Kiedy pytała o jego zaczerwienione oczy, mówił, że to alergia. Wie, że mówił tak nie ze wstydu. Mówił tak dla niej. Żeby ona mogła płakać.

Pocieszenie
– Jesteś młoda, będziesz miała drugie – powiedział jej po pogrzebie wuj. Chciał ją pocieszyć, a zadał jeszcze większy ból. Inni mówili, że to dobrze, że Martynka żyła tylko parę dni, bo nie zdążyli się przynajmniej do niej przyzwyczaić. Agnieszka: – Nie wiedzieli, że ranią mnie jeszcze bardziej. Tak jak księża, którzy powtarzali: „Pan Bóg was wybrał i dlatego tak was doświadczył. Macie teraz w niebie aniołka”.
Co jej po takim gadaniu? Chciała mieć dziecko z krwi i kości. Czuć jego zapach. Opiekować się nim, a nie myśleć, że jest w niebie.
– Wyje się do ciała, którego nie ma – mówi Agnieszka.

Żali się, że ludzie w najtrudniejszych sytuacjach mieli dla nich szablonowe słowa, puste pocieszenia, byle szczelnie zasypać nimi ranę. Tylko nikt nie pytał o Martynkę. A ona chciała opowiedzieć im o tym, że jej córeczka miała czarne włoski. Chciała, żeby ludzie wymawiali imię „Martynka”. – Dla mnie to balsam, gdy słyszę imię mojego dziecka.

Poszła do psychologa i rozczarowała się. Myślała, że to będzie głęboka rozmowa, a pani psycholog zadała jej kilka rutynowych pytań i wygłosiła parę banalnych zdań. Powiedziała jedną ważną rzecz: że żałoba nie jest chorobą, i że to normalny etap w życiu człowieka. – A ja oczekiwałam większej empatii...
Była ze swoim bólem sama. Jedna z przyjaciółek zadzwoniła zaraz po pogrzebie i powiedziała, że zawsze może na nią liczyć, ale więcej się nie odezwała. Nikt ze znajomych nie zaoferował, że zabierze ją do kawiarni, na zakupy albo wpadnie i razem ugotują obiad. – Śmierć mojego dziecka ich przerosła – mówi dzisiaj Agnieszka.

Wszyscy jakby się poodsuwali, bo bali się ją urazić. Agnieszka doszła do wniosku, że zrozumieć może ją tylko ktoś, kto przeszedł przez to samo co ona. W Internecie znalazła mamę z Częstochowy, która straciła siedmiodniowe dziecko. Wsiadła w Poznaniu w pociąg i pojechała do niej. – Przepłakałyśmy całą noc – wspomina tamto spotkanie.

Na forum poznała inne osierocone mamy. Ciągle ich przybywało. Dowiedziała się, że w Polsce co roku 40 tysięcy kobiet doznaje poronienia. A kilkanaście tysięcy dzieci umiera w wyniku chorób i nieszczęśliwych wypadków. – Jakby co roku przybywało duże miasto rodziców po stracie – mówi Agnieszka.

By pomóc sobie i innym, skrzyknęła się z kilkoma osieroconymi matkami i razem założyły organizację i portal internetowy: www.dlaczego.org.pl. To miejsce spotkań dla rodziców po stracie. Niektórzy zamieszczają tam zdjęcia swoich zmarłych dzieci i ich historie. Portal ma też pomóc załatwić formalności po śmierci dziecka, zorganizować pogrzeb, informuje, jakie rodzice mają prawa. Były różne pomysły, jak nazwać ten portal. Wybrały tę nazwę, bo ludzie w takich sytuacjach najczęściej zadają sobie pytania: Dlaczego ja? Dlaczego moje dziecko nie żyje? Dlaczego nas to spotkało?

Agnieszka mówi, że żałoba kończy się wtedy, gdy człowiek zaczyna rozumieć, że nie ma odpowiedzi na te pytania. – I że nie jest najważniejsze, żeby znaleźć odpowiedź.

Bartek
Minęło piętnaście miesięcy, kiedy zaszła drugi raz w ciążę. Wcześniej chciała być tylko mamą Martynki. Wie, że po stracie dziecka myśli się zaraz o drugim. Ale to egoistyczne myślenie – żeby zapełnić pustkę. I złudne. Bo pustki zapełnić się nie da. – Trzeba sobie dać czas na łzy, na chodzenie na cmentarz, na ból po tamtej stracie, na macierzyństwo na odległość, na bezradność... – mówi. Mamy, które straciły dziecko i chcą mieć zaraz drugie, pyta teraz: – Czy gdyby twoje pierwsze dziecko żyło, chciałabyś tak od razu?

Bartek też był wcześniakiem. Ważył 1300 gramów. Myślała, że skoro Pan Bóg już raz ją doświadczył, to teraz wszystko będzie dobrze. Nie było dobrze. Zaczęła wątpić w swoją wiarę. Zrozumiała, jak kruche i niepewne jest życie. Gdy syn cudem przeżył i...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy