Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

27 stycznia 2016

Czuję, więc jestem

0 621

Czy można obyć się bez ja? To ono pozwala nam zrozumieć siebie i świat, jest najistotniejszą siłą sprawczą, ono generuje osobiste cele i sposoby ich realizacji. Czy można więc nie mieć ja lub je stracić?

Człowiekiem, którego losy pomagają odpowiedzieć na te pytania, jest Phineas Gage. Żył w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie XIX wieku. Pracując przy budowie kolei, uległ wypadkowi: wskutek niekontrolowanego wybuchu stalowy pręt przebił na wylot jego głowę. Wypadek wyglądał strasznie, ale – ku zaskoczeniu wszystkich – wydawało się, że poza raną głowy i utratą lewego oka, przez które przeszedł pręt, Gage’owi nic się nie stało. Zaraz po wypadku rozmawiał z tymi, którzy go ratowali i poruszał się o własnych siłach.

Wkrótce jednak wyszły jednak na jaw głębokie zmiany w osobowości Gage’a, które zaważyły na całym jego życiu. Stał się on przykry dla otoczenia, niekonsekwentny w działaniu, samowolny i nieustępliwy. Reagował gwałtownie, był agresywny, wyrażał się ordynarnie, nie podporządkowywał się żadnym zasadom ani wymaganiom. Stracił poczucie przyzwoitości i przestał liczyć się z kimkolwiek. Sprawiał wrażenie człowieka skrajnie egocentrycznego i samolubnego, jednak zdarzenia z jego dalszego życia przeczyły temu, że naprawdę kierował się swoim własnym dobrem. Ponosił bowiem porażki we wszystkim, czego próbował dokonać, zarówno w sferze osobistej, jak i zawodowej. Podejmował bardzo różne zajęcia zarobkowe i nawiązywał liczne kontakty z ludźmi, ale nie był w stanie utrzymać żadnej pracy ani związać się z kimkolwiek.

POLECAMY

Po kilku latach usilnych, ale nieudanych starań, aby ułożyć sobie samodzielne życie, zamieszkał z matką i siostrą, żył na ich koszt i coraz bardziej pogrążał się w knajpianym awanturnictwie. Zmarł 13 lat po wypadku, w 38. roku życia.
Amerykański neurolog Antonio Damasio, który po latach przypomniał historię Phineasa Gage’a, twierdzi, że nie stał się on po wypadku egoistą dbającym wyłącznie o swoje sprawy. Wręcz przeciwnie – w wyniku uszkodzenia mózgu raczej stracił tę najistotniejszą część swojego ja, która skutecznie prowadzi nas przez życie, kierując naszymi wyborami i decyzjami w sposób zgodny z własnym dobrem. Damasio wiąże niekorzystną zmianę osobowości Gage’a z doznanym przez niego urazem, bowiem bardzo podobne zmiany osobowości i sposobu życia stwierdził u wielu swoich pacjentów, którzy mieli tak samo zlokalizowane uszkodzenia mózgu. Na tej podstawie postawił tezę, że zniszczenie obszarów nadoczodołowych w płatach przedczołowych kory mózgowej prowadzi do utraty czegoś bardzo ludzkiego, a mianowicie zdolności do planowania swojego życia w relacjach z ludźmi. Według Damasio, Gage oraz pacjenci o podobnych jak on uszkodzeniach mózgu pozbawieni są zdolności do odczuwania złożonych emocji, czyli takich, które rozwijają się pod wpływem życiowego doświadczenia na bazie wrodzonych emocji pierwotnych.

Przykładem emocji złożonych może być zażenowanie, czyli strach związany w dostrzeżeniem, że jest się obiektem uwagi i nieprzychylnej postawy jakiejś ważnej osoby. Inną taką emocją jest podziw, czyli ciekawość i przyjemność z obcowania z czymś, co postrzegane jest jako lepsze i potężniejsze niż to, co się znało dotąd i co samemu się posiada. Damasio twierdzi, że uczuciowa ocena sytuacji jest niezbędna do racjonalnego kierowania własnym życiem. Jak dowodzą historie niepowodzeń, na jakie napotykają ludzie z uszkodzeniami okolic mózgu odpowiedzialnych za uczucia, emocje pierwotne oraz kompetencje intelektualne nie mogą skutecznie zastąpić uczuć podczas dokonywania ważnych życiowych wyborów.

Porządek uczuć
Wyjątkowe znaczenie uczuć w kierowaniu własnym życiem polega na tym, że ucieleśniają one ja, to znaczy łączą w spójną całość fizjologiczne i behawioralne komponenty odpowiedzi na bodźce z naszą wiedzą o sobie i swoim otoczeniu. Przeżywając uczucia i działając pod ich wpływem, odbieramy własną reakcję jako uzasadnioną zdarzeniami, w których uczestniczymy, a jednocześnie jako osobistą – doznawaną, w sobie i zgodną z naszym życiowym doświadczeniem. Można więc powiedzieć, że uczucia nadają porządek i sens naszym reakcjom na zdarzenia. Dzięki emocjonalnym aspektom ja, które wiążą podstawowe, genetycznie uwarunkowane biologiczne mechanizmy oceny działających na nas bodźców z historią naszego życia, możliwe jest korzystanie z wiedzy o tym, co zdarzyło się kiedyś w połączeniu z tym, jak organizm ocenia to, co się dzieje aktualnie. Dlatego poczucie tożsamości, przyjmowanie odpowiedzialności za siebie oraz skuteczne troszczenie się o własne przetrwanie wymaga emocjonalnego ucieleśnienia ja.

Dobrodziejstwa uczuciowego zaangażowania
Badania, jakie od wielu lat prowadzę razem z moimi współpracownikami, potwierdzają, że doświadczanie złożonych emocji stanowi istotną część wizerunku własnej osoby. Okazało się, że lepsze intelektualne rozumienie, to znaczy nazywanie, przewidywanie i wyjaśnianie spraw dotyczących siebie, sprzyja wysokiej jakości życia, o ile towarzyszą mu wyraziste uczucia. Stwierdziliśmy to w kilku różnych badaniach, posługując się bardzo różnymi wskaźnikami jakości życia, takimi jak nasilenie lęku i innych objawów psychopatologicznych, poziom zadowolenia z różnych dziedzin życia czy też możliwość zachowania autonomii w związkach.

W jednym z badań eksperymentalnie sprawdziliśmy, jaki rodzaj współdziałania intelektualnych i uczuciowych aspektów ja jest najkorzystniejszy dla racjonalnego podejmowania decyzji. Badanych postawiono wobec wyzwania, czyli sytuacji potencjalnie korzystnej, ale wymagającej poradzenia sobie z pewnymi, możliwymi do pokonania przeszkodami. Mieli oto wyobrazić sobie, że otrzymali ofertę kilkumiesięcznego wyjazdu zagranicznego. Wzbudzono u nich przekonanie, że są zdolni sprostać temu wyzwaniu. Procedura była dwustopniowa i przebiegała różnie w poszczególnych grupach eksperymentalnych: w grupie pierwszej badani najpierw intelektualnie analizowali swoje atuty, a potem doświadczali uczuć związanych z własną mocą i skutecznością, w drugiej grupie dwukrotnie analizowali swoje atuty (za każdym razem inne), w trzeciej dwukrotnie doświadczali uczuć (za każdym razem innych), a w grupie czwartej najpierw doświadczali uczuć, a potem analizowali swoje atuty.

Następnie badani mieli zadecydować, czy podejmą wyzwanie, i opisać tę sytuację. Okazało się, że najbardziej ugruntowane decyzje podejmowali ci, którzy najpierw emocjonalnie doświadczali swojej mocy i skuteczności, a dopiero potem analizowali swoje atuty. Podali oni więcej argumentów przemawiających za dokonanym wyborem niż osoby z pozostałych grup, można więc sądzić, że przemyśleli go głębiej i wszechstronniej. Zarówno więc uczucia, jak i „chłodne” rozpatrywanie własnych możliwości są potrzebne do podejmowania decyzji, ale uczucia stanowią tu bardziej korzystny punkt wyjścia.
Inny eksperyment pokazał, że w sytuacjach niebezpiecznych rola emocjonalnych aspektów ja może być jeszcze większa. Badani wyobrażali sobie, że padli ofiarą przestępstwa.

Podobnie jak w poprzednim eksperymencie wzbudzaliśmy u nich intelektualny albo emocjonalny aspekt ja, a następnie prosiliśmy, by napisali, jak dalej potoczy się ta sytuacja. Wypowiedzi badanych ocenialiśmy pod względem różnych przejawów dzielnego radzenia sobie z niebezpieczeństwem. Analizowaliśmy: na ile zrozumieli problem, jak bardzo osobiście zaangażowali się w jego rozwiązanie, jak bardzo byli aktywni i na ile ich działania były adekwatne do sytuacji. Okazało się, że osoby doświadczające uczuciowo zagrożenia, w jakim się znalazły, wykazały więcej tych przejawów dzielności niż ci, którzy tylko analizowali zagrożenie.

W kolejnym eksperymencie szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, jakie korzyści daje uczuciowe zaangażowanie ja. Stworzone zostały trzy warunki. W pierwszej grupie badani mogli swobodnie doświadczać różnych emocji związanych z ja. W drugiej grupie ograniczali się tylko do jednego, wybranego przez siebie uczucia związanego z ja. W trzeciej grupie mieli możliwość swobodnego przeżywania różnych emocji, jednak bez powiązania ich z ja – byli proszeni o wskazanie, kto z ich znajomych miewa takie przeżycia. Następnie pytano wszystkich badanych, co zrobią w różnych kłopotliwych sytuacjach, jakie mogą zdarzyć się im w kontaktach z innymi osobami, na przykład kiedy kolega nie przyjdzie na umówione spotkanie albo kiedy ktoś nieznajomy uporczywie się w nas wpatruje.

W przypadku każdej takiej sytuacji badany mógł wybrać z podanej listy tyle zachowań, ile chciał. Mierzono też samopoczucie badanych. Okazało się, że osoby, które swobodnie doświadczają uczuć związanych z ja, mają więcej pomysłów na to, jak sobie poradzić w problematycznych kontaktach interpersonalnych niż osoby z ograniczoną możliwością doświadczania siebie, jak też ci, którzy doświadczali emocji niepowiązanych z ja. Osoby emocjonalnie doświadczające siebie (czy to swobodnie, czy w sposób ograniczony do jednej emocji) miały lepsze samopoczucie niż badani przeżywający emocje w oderwaniu od ja. Biorąc pod uwagę te różne dobroczynne skutki emocjonalnego zaangażowania ja, sprawdzaliśmy dalej, jakie będą następstwa zakłóceń w odczuwaniu uczuć. W kolejnym eksperymencie wzbudziliśmy na cztery sposoby przeżywanie emocji związanych z osobiście ważnymi wydarzeniami.

W pierwszej grupie badani przypominali sobie sytuację wywołującą bliżej nieokreślone psychiczne poruszenie, w drugiej sytuację wzbudzającą uczucie wewnętrznie niespójne, w trzeciej sytuację wywołującą uczucie nieodpowiednie do sytuacji, a dopiero w czwartej grupie badani przypominali sobie takie zdarzenie, które wzbudziło w nich jasną i wyrazistą emocję złożoną i dopasowaną do okoliczności. Okazało się, że badani z trzech pierwszych grup, którzy nie mogli przeżyć uczuć w sposób prawidłowy, opowiadali mniej rozwinięte historie o wywołującym je zdarzeniu, słabiej rozumieli swoją sytuację i mieli mniejszą chęć omówienia tego zdarzenia z kimś, kto mógł pomóc je wyjaśnić niż osoby z grupy czwartej, prawidłowo przeżywające emocje.

Przestać czuć
Wprawdzie drastyczne przypadki utraty uczuciowego ja w wyniku urazów czy chorób mózgu, jakie opisuje Damasio, są relatywnie rzadkie, to jednak i bez tego może się ono zagubić, na trzy przynajmniej sposoby. Najczęstszy to „dobrowolne” wystrzeganie się, a nawet wyrzekanie się odczuwania uczuć. Gdy narażają nas one na cierpienie, bywają tłumione, zniekształcane albo staramy się sterować własnym życiem tak, aby ich nie przeżywać. Przede wszystkim zdarza się nam unikać negatywnych emocji, takich jak różne obawy, wstyd, przygnębienie, niechęć czy zwątpienie. Zahamowaniu mogą też jednak ulegać emocje bez względu na znak, jeśli prowokują konflikty z otoczeniem. Dla zaskarbienia sobie sympatii, uznania czy choćby tylko dla zapewnienia sobie „świętego spokoju” powstrzymujemy się od uczuć, które są nieakceptowane przez innych lub spotykają się z nieprzyjaznymi reakcjami. Unikamy także uczuć, które wywołują konflikty wewnętrzne.

Tzw. dysonans emocjonalny pojawia się w kilku różnych sytuacjach. Zdarza się na przykład, kiedy ktoś przeżywa emocję niezgodną z przyjmowanymi przez siebie wartościami. Klasycznym przykładem jest Schade...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy