Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

15 kwietnia 2021

NR 5 (Maj 2021)

Czego uczy nas las?
O więzi z przyrodą i jej znaczeniu w naszym życiu z Urszulą Zajączkowską rozmawia Paulina Chołda

24

Las uczy nas, że jesteśmy prawdziwie piękni, bo pochodzimy z przyrody, z tych drzew, ze stepu sprzed tysięcy lat. Wszyscy należymy do siebie. Ja jestem tym, czym jesteście Wy – sosno i łodygo czeremchy o wielkim apetycie na życie. Bo jesteśmy całkowicie zanurzeni w przyrodzie. Gdy to sobie uzmysłowimy, przestaniemy siebie i nią niszczyć. 

Paulina Chołda: Czytając Pani książkę Patyki, badyle, krok po kroku zanurzałam się w metafizyczny wymiar przyrody – zyskiwałam uważność na nią i wdzięczność, że jest. Doświadczałam swoistego mysterium fascinosium natury. Czy Pani też tak to odczuwa?

Urszula Zajączkowska: Chyba tak, choć przecież rośliny są całkiem inne niż my. To inne istoty. Ciężka orka w pracy naukowej, wielkie zwątpienia w siebie i dziki kontakt z przyrodą, spotkania z tym jej niepoliczalnym duchem, tak niewinnym, nauczyły mnie elementarnego respektu dla tej jej odmienności i dla człowieka. Pisząc Patyki, badyle, chciałam dać wyraz temu, jak wspaniale jest po prostu być na tym świecie. Być żywym. W każdym ułamku naszego naskórka mieści się wiele atomów przodków, a tropiąc je, można dotrzeć wstecz aż do wybuchu gwiazd. My też jesteśmy tylko formą przejściową na szlaku stwarzania się niezwykłej planety, jaką jest Ziemia. Wystarczy spojrzeć w autentyczność naszego ciała, w brudną ziemię, na chwasty, które tak lubimy tępić.

Traktujemy je jak intruza na naszych wypielęgnowanych trawnikach…

POLECAMY

Przycinamy rzeczywistość do jakiegoś schematu, który sami wymyśliliśmy. W przypadku roślin i ogrodu to „monokultura trawy i tuje dookoła”, żeby nam, zmęczonym duszom, nie sprawiały kłopotu. Tymczasem to jest straszliwa pułapka, w którą dała się wpuścić masa ludzi. Bardzo im współczuję, kiedy z taką zawziętością kupują herbicydy, bo nie potrafią zachwycić się chociażby żyjącym w trawie mniszkiem – tym niebywałym, wytrwałym, leczniczym i jadalnym obywatelem naszych łąk. Tepimy go, bo wypełnia nasze smutne, schludne trawniki. Więc może przestańmy być dla wolnej i mądrej natury jej organizatorem i katem, gdy nie postępuje wedle naszych wizji? Zauważmy, jak się zmienia, jakie złożone procesy się w niej dokonują. Odpuśćmy, ludzie!

Nie jesteście tu sami.
 
Aby tak się stało, musielibyśmy zrezygnować z roli panów, którzy czynią sobie ziemię poddaną. A wciąż czujemy się panem stworzenia…

Stawiamy mury i kopiemy fosy na naszym „podwórku” – przemocą kształtujemy otoczenie, by wpasować je w wymyślony przez nas obraz. To samo zresztą robimy z własnym ciałem, twarzą – wtłaczamy je w narzucony przez kulturę kanon. Oczekujemy, że przyroda będzie wciąż nam dostarczać powodów do zachwytu. Tak jak nasze ciało. Dlaczego nie może być w lesie czy w ogrodzie po prostu nudno? Dlaczego nie może się tam nic nie dziać? Ciągle musi działać na nas intensywna opowieść rodem z popularnych książek o przyrodzie, operujących „ciekawostkami”. Ja jestem człowiekiem z dziczy, więc nie cierpię ich, ponieważ pokazują jedynie ekstrema natury, wręcz jej wynaturzenia. Potem ludzie wchodzą w burą zieleń lasu i czują się zawiedzeni. Taka postawa nie tyle krzywdzi przyrodę, ile nas samych – nie pozwalamy sobie na nudę, pobycie sobie w tym „niczym”. Tymczasem te listopady, stycznie, marce to czas dla nas przewspaniały. Bo w naturze jest nic. 

Natura może być dla nas nauczycielką... Pokazała Pani, jak fascynujące może być obserwowanie choćby mięty pieprzowej… „To nie rysunek dwulatka, a dwumiesięcznej łodygi mięty” – napisała Pani na Facebooku przy grafice obrazującej trajektorię jej ruchu…

Przez dziewiętnaście dni w naszym zespole obserwowaliśmy z góry wierzchołek mięty, znacząc drogę, po jakiej sunął, i szkicując niewidzialne linie w niewidzialnej przestrzeni. Raz były to kółka, to znów elipsy albo kanciaste bazgroły bez ładu. Okazało się, że mięty poruszają się wtedy, gdy Księżyc zbliża się do nich lub oddala, a gdy satelita Ziemi zmienia kierunek – tracą orientację, gubią się i poruszają chaotycznie niczym neurotyk. Jako pierwsi pokazaliśmy, że ruchy roślin zdradzają ich charakter czy nastrój, a mówiąc językiem naukowym, każda mięta ma własną dynamikę wzrostu.

Udowodniła też Pani, że włoski na ogonkach liściowych dyni funkcjonują jak wieże ciśnień, a geometria międzywęźli skrzypu jest optymalna, by roślina mogła drgać na wietrze. Obserwowanie, odkrywanie czegoś takiego wydaje się doświadczeniem niemal duchowym, czy tak? 

Nie zastanawiam się nad tym, bo jestem cała pochłonięta tym doświadczeniem, które jest głębokie i rzeczywiste. Choć zajmuję się naukami ścisłymi, fizyką roślin, nie przeszkadza mi to napotykać w kontakcie z przyrodą czegoś, co jest duchowe, nieopisywalne i nieoznaczalne. To w tej przestrzeni rodzą się moje pierwotne pytania, nie zaś w wyniku rozumowania czy refleksji przy czytaniu jakiegoś artykułu naukowego. Doświadczenie niepojętych procesów w przyrodzie „unosi” mnie ku myśleniu o nich, w efekcie szukam narzędzi w ramach nauki, by je zbadać w laboratorium i coś o nich powiedzieć. Przy czym nie zakopuję się w jakiejś nanoskali, skalą dla mnie jest raczej łąka, las, sad…

To podstawowe doświadczanie natury jest nam dostępne – na wyciągnięcie ręki – w kępce trawy, łodydze mięty…

Albo powietrze w płucach, a w nim tlen, który pochodzi… z liści. Nie ma innego tlenu niż taki, który nie powstałby w fotosyntezie. Wystarczy, że siedzę i doświadczam grawitacji, by poczuć wzruszenie. Czuję, jak Ziemia swoją gigantyczną masą przyciąga mnie do siebie. Nie potrzebuję puszczy, by doświadczać misterium natury – wystarczy mi skrawek światła, grawitacja, powietrze. Dlatego napisałam Patyki, badyle, by pokazać ludziom, jakie to wszystko jest niepojęte. Nawet nie wiem, jak to jest piękne. 

Spotkanie naukowca z nieoznaczonością świata natury musi być czasem dramatyczne?

Wiem, że nigdy jej całkiem nie poznam, jedynie jakieś zamglone szczegóły, które muszę sfinalizować w postaci naukowego artykułu. Nigdy nie odkryję niczego do końca, bo tu, na Ziemi, nic nie jest do końca. Dlatego to tak trudne dla kogoś, kto podobnie jak ja w naukę, w liczby, wkłada serce, swoją wrażliwość. Od naszego rektora usłyszałam: „ty jesteś samotnym wilkiem”. Miał rację – powoli, w samotności dłubię w laboratorium, często się przy tym gubiąc. Stworzyłam pierwszą w Europie pracownię do obrazowania ruchów roślin. Takie studio nagraniowe ich życia. Kocham to. A potem wychodzę z laboratorium i z tą samą wrażliwością patrzę na ludzi. I bywa wtedy trudniej niż z roślinami. 

Samotny wilk spotyka czasem innego samotnego wilka. Pracę na temat ruchu łodygi mięty, opublikowaną w Plant Biology, dedykowała Pani nieżyjącemu już prof. Peterowi Barlowowi. Poświęciła mu też Pani rozdział w swojej książce. Brakuje go Pani?

Bardzo. Brakuje mi tych, z którymi mogłabym rozmawiać na poziomie abstrakcji, jak to było z Barlowem – ludzi spontanicznych, skłonnych do żartów, a jednocześnie przepełnionych wielkim szacunkiem dla pracy, natury i człowieka. Osób, które z odwagą rzuciłyby się w nieznane nauki, by zadawać trudne pytania, i odczuwałyby przy tym autentyczny, obezwładniający zachwyt. Wciąż ich szukam w swojej niszy. I nie znajduję. Przykro mi to mówić, ale naprawdę mało osób ma serce do nauki. A bez serca, nie tylko w nauce, jest się trupem. Profesor Barlow współuczestniczył ze mną w przygodzie poznania natury, muzyki, poezji. Umarł niespodziewanie, wszystko się skończyło.

Wszystko?

Kiedy widzę Księżyc, ten człowiek ciągle wraca mi w pamięci. Wariat, wierzył w mikrozmiany grawitacyjne wynikające z pozycji satelity Ziemi. Miał rację. Badał rośliny i zwierzęta, mikroorganizmy, i za każdym razem to, co twierdził, okazywało si...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy