Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

8 lutego 2016

Co nas kręci, co podnieca

0 692

Jak sobie wyobrażasz idealną wersję siebie za rok? Co robisz? Jak chcesz, by wyglądało twoje życie? Zawsze wychodzimy od tego, czego chcemy, co nas kręci. A gdy postawimy sobie cel, podświadomie szukamy sposobów jego osiągnięcia.

Dr hab. Mirosława Huflejt-Łukasik pracuje w Katedrze Psychopatologii i Psychoterapii na Wydziale Psychologii UW, jest tu także kierownikiem studiów podyplomowych Coaching w organizacji. Interesuje się problematyką Ja i samoregulacji oraz różnicami w tym zakresie między osobami zdrowymi i tymi z zaburzeniami psychicznymi. Jest też trenerem i coachem. Napisała m.in. książkę Ja i procesy samoregulacji.

Dorota Krzemionka: – Rabin z opowieści Elie Wiesela mówi, że kiedy staniemy przed Stwórcą, ten nie zapyta, dlaczego nie zostaliśmy mesjaszem ani na czym polega tajemnica życia, tylko dlaczego nie staliśmy się tą osobą – prawdziwą i spełnioną – którą tylko my mogliśmy się stać. Dlaczego tak się dzieje? Jakie mogą być tego przyczyny?
Mirosława Huflejt-Łukasik:
– Terapeuta szukałby ich w dzieciństwie, czyli w tym, co dostajemy w relacji z rodzicami, co oni zbudują w naszym myśleniu o sobie i w naszych emocjach.


Zatem zdolność pójścia własną drogą rodzi się wcześnie, dużo wcześniej nim zaczynamy dokonywać wyborów. Co na nią wpływa?
– Byśmy mogli być w pełni sobą i dążyć do własnych celów, musimy być przekonani, że jesteśmy kompetentni, mamy coś ważnego do powiedzenia i w różnych sytuacjach poradzimy sobie. Czyli mówimy o pozytywnej samoocenie. Po części ma ona podłoże biologiczne, różna jest bowiem nasza zdolność do przeżywania pozytywnych emocji. Ale w dużym stopniu wynika z naszych relacji z bliskimi osobami. Jest wyższa, gdy mamy od innych potwierdzenie, że w czymś jesteśmy dobrzy, coś potrafimy, że jesteśmy wyjątkowi…

Wtedy czujemy się kimś ważnym, wartościowym. Co jeszcze wpływa na życie po swojemu?
– Ważne też, czy mamy ustalone granice między sobą a innymi osobami. Jeśli nie, przyjmujemy oczekiwania innych jako swoje. To również kształtuje się wcześnie, w relacjach z rodzicami, którzy prócz kontrolowania zachowań dziecka i wyjaśniania mu świata, powinni potwierdzać, jaką jest ono osobą.

A najpierw powinni dać mu przestrzeń, by to ujawniło. Czasem zaś rodzice z góry wiedzą, jakie dziecko ma być, czego powinno chcieć.
– Jak opowiada mój kolega Marek Jasiński, bywa że mama woła Jasia z podwórka, a Jaś pyta: „A co, mamo, głodny jestem, czy spać mi się chce?”. Ten dowcip pokazuje, że jeśli nasze potrzeby nie są zauważane, sami nie mamy w nich rozeznania. Pamiętam moją klientkę, której mama cierpiała na depresję, a ona myślała o sobie jako o kimś bez sensu. Tak siebie określała. Prawdopodobnie kiedy była mała, jej mama nie zauważała jej.

Nie potwierdziła córce, kim ona jest. A żeby żyć swoim życiem, tę pewność musimy mieć…
– Możemy wtedy śmiało wchodzić w relacje z innymi i czerpać z nich potwierdzenie własnej tożsamości i wartości. Kontakty z ludźmi są dla nas wartością, ale żeby z nich czerpać, sami musimy być wystarczająco ukształtowani, mieć ustalone granice. Nie pomylimy cudzych potrzeb z własnymi…

Nie zwiodą nas prezentacje i popisy na Facebooku…
– Nie, bo im bardziej jesteśmy pewni, kim jesteśmy, tym lepiej selekcjonujemy, co chcemy od innych wziąć.

Niektórzy rodzice traktują dziecko jak projekt. Z góry mają wyobrażenie, kim ono będzie, zapisują je na wybrane przez siebie zajęcia. Dobry pomysł?
– Kiepski. Sama chodziłam do szkoły muzycznej, choć nie ja to wymyśliłam. Starsza siostra nie mogła grać, więc ja zostałam wydelegowana. To niepokojące, gdy już na starcie rodzice mają pomysł na dziecko: na to, kim ono będzie, co będzie robić. W ten sposób przerzucają na nie własne marzenia. Ale jeśli przy tym dają mu miłość i wspierają w tym, jakie jest, to dużej krzywdy mu nie zrobią. Carl Rogers, psychoterapeuta i psycholog, mówił o znaczeniu bezwarunkowej akceptacji. Każdy z nas powinien być ceniony za to, że po prostu jest, a nie za to, co robi – na przykład za to, że dobrze się uczy albo postępuje, jak rodzic sobie życzy.

Przeciwieństwem projektowania dziecka jest zostawienie go samemu sobie, na przykład przed komputerem.
– Też kiepski pomysł. Jak wspomniałam, tym, co buduje naszą tożsamość, są relacje. Na początku głównie z rodzicami, a ci są zapracowani i nie rozmawiają z dziećmi.

A jeśli już, to głównie mówią dziecku, co powinno.
– Jeśli za dużo jest tego „powinieneś”, „powinnaś”, to taka osoba kroczy przez życie sterowana przez powinności, nie sprawdzając, co czuje i kim jest. Często stawia sobie cele, których nie jest w stanie osiągnąć, ponieważ by je osiągnąć, trzeba je najpierw doprecyzować. A trudno doprecyzować cel, który nie jest nasz. Naukowcy, opisując sytuacje, gdy ktoś próbuje coś realizować i nie ma świadomości, że to nie jest jego plan na życie, mówią o wygenerowanych intencjach albo fałszywej internalizacji.

Bo tej osobie cel pokazano w dzieciństwie, często bez słów. W rodzinie, gdzie jest firma, z góry wiadomo, że syn czy córka będą kontynuować rodzinny biznes.
– Pamiętam klienta, który miał kłopot z upominaniem się o pieniądze od współpracowników. Gdy się zastanowiliśmy, z czego to się bierze, okazało się, że przez rodziców był traktowany jako ktoś, kto od dzieciństwa miał pracować i dzielić się z nimi swoimi finansami. A ponieważ trudno się upominać o pieniądze od rodziców, w życiu dorosłym z kontrahentami też miał z tym problem.

Joanna Bochniarz, córka Henryki, nie została bizneswoman jak mama, ale prawnikiem w korporacji. Świetnie zarabiała, mieszkała w Warszawie. W jakimś sensie jej życie było podobne do życia matki. Tak się często dzieje, bo dostajemy delegacje rodzinne. A czasem działa po prostu modelowanie. Patrzymy, jakich wyborów dokonują nasi rodzice…
– Modelowanie zostawia nam jednak swobodę. Jeśli zachowanie rodziców wyda nam się niepożądane, nie powtórzymy go. Kłopot w tym, że czasem nie zdajemy sobie sprawy, że istnieją inne zachowania, inne światy. Bite dzieci nie wiedzą, że mogą nie być bite. Miałam klientkę, bardzo uzdolnioną i mądrą. Była traktowana jako rodzinna „pomocnica”. W trakcie psychoterapii odkryła, że ma prawo zadać sobie pytanie, co lubi robić. W jej domu nikt takiego pytania nie zadawał.

A ono jest chyba pierwszym krokiem, gdy zmierzamy do życia własnym życiem.
– Tak. I może się wydawać dziwne, że ktoś inteligentny i zaradny odkrywa to dopiero w wieku trzydziestu kilku lat. Ale jak ma to odkryć, skoro wcześniej latami tkwił w innej rzeczywistości?

Kiedy bliscy wprost formułują wobec nas oczekiwania, bywa że otwarcie się buntujemy. W filmie „Wszystko za życie” bohater nie przyjmuje wygodnego stylu życia rodziców i wyrusza na Alaskę. Swój bunt przypłaca śmiercią.
– Umarł, gdy chciał już wrócić do ludzi, do bliskich… Jedna z matek żaliła mi się, że jej dziec[-]ko żyje w squocie. Nie mogła tego zrozumieć. Z różnych powodów niektórzy z nas nadmiarowo szukają siebie. Podejmują więcej działań, intensywnych i nie zawsze konstruktywnych, by siebie odnaleźć. Moim zdaniem są bliżej znalezienia siebie niż ci, którzy w ogóle nie próbują o siebie zawalczyć.

Nie próbują – tak jak np. bohater „American Beauty”, który zrezygnował z szukania siebie, popadł w wygodny marazm i w jakimś sensie stał się martwy.
– Taka wygodna pustka w którymś momencie zaczyna ciążyć. Zdarza mi się słyszeć opowieści: pracowałam dziesięć lat w bankowości, bo tak chcieli rodzice, a zawsze marzyłam, by malować. Wiem, nie pójdę już na ASP, za późno, ale trochę mi szkoda.

Pewnie Pani mówi wtedy, że nigdy nie jest za późno?
– To nie takie proste. Jeśli ktoś pracował wiele lat w bankowości, to zdobyta tam wiedza i doświadczenie budują jego wartość. I nawet jeśli nie do końca robi to, co – jak sądzi – kiedyś dla siebie wybrał, trudno mu całkiem odciąć się od tego. Lepiej szukać wtedy możliwości, które nie przewracają nam życia do góry nogami.

Joanna Bochniarz dokonała zwrotu o 180 stopni: zostawiła męża, pracę, wyprowadziła się na wieś. Refleksja, że żyje nie swoim życiem, pojawiła się, gdy skończyła 35 lat. Usłyszała siebie, jak kolejny raz tłumaczy dzieciom, że nie może z nimi zostać, bo musi iść do pracy. Zdała sobie sprawę, że jest niespójna, bo zachęca dzieci, żeby robiły to, co je interesuje i cieszy, a sama żyje wbrew tym zasadom.
– Tego typu refleksja jest punktem wyjścia, żeby coś zmienić. Sami najlepiej wiemy, co jest dla nas dobre, jeśli tylko damy temu dojść do głosu. Zarówno w psychoterapii, gdy osoba przychodzi z cierpieniem, jak i w coachingu, kiedy przychodzi z pytaniem: gdzie jestem i co chcę dalej?, zawsze szuka ta osoba. Różnica jest taka, że klient w terapii b...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy