Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

3 lipca 2019

NR 7 (Lipiec 2019)

Życie dobre, bo bez iluzji

171

Robimy wszystko, by uniknąć rozczarowań, a przecież są nieuchronne. I niezbędne. Choć bolą, pozwalają orientować się w sobie i w świecie. Weryfikują nasze wyobrażenia, przywracają kontakt z rzeczywistością.

Co się kryje za rozczarowaniem? Czemu służy? Jak sobie z nim radzić? 

Za mistrza w byciu rozczarowanym można uznać jednego z bohaterów książki o Kubusiu Puchatku Alana Alexandra Milne’a. Oto on: „Poczciwy, bury osioł Kłapouchy stał sobie samotnie w zaroślach ostu na skraju Lasu, z łbem zwieszonym ku ziemi, i rozmyślał o sprawach tego świata. Od czasu do czasu smętnie zapytywał samego siebie: «Dlaczego?», to znowu: «Na co i po co?», czasem znów myślał: «O tyle, o ile», a niekiedy sam nie wiedział, o czym właściwie rozmyślał. I kiedy Kubuś Puchatek, kołysząc się z boku na bok, przechodził tamtędy, Kłapouchy ucieszył się bardzo, że może przestać myśleć na chwilę, by móc powiedzieć smętnie i ponuro: 
– Jak się masz?
– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.
– Nie bardzo sięmam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś sięmiał.” (przełożyła Irena Tuwim)

POLECAMY

Wszyscy czujemy się czasem rozczarowani, rozgoryczeni, zniechęceni, bo świat okazał się nie taki, jak byśmy chcieli, bo ważni ludzie nas zawiedli, albo my nie sprostaliśmy własnym oczekiwaniom.

Psychoterapeuta Ian Craib przed dwudziestu laty wydał książkę The Importance of Disappointment. Pisze w niej, że współczesna kultura uporczywie unika rozczarowania, a przecież jest ono nieuchronne, nieodłącznie związane z życiem. Co nie znaczy, że lubimy je przeżywać...

Agnieszka Szpila, autorka książki Łebki od Szpilki – o samotnym wychowaniu dwóch niepełnosprawnych dziewczynek – pisze: „Rozczarowanie jest ze swej natury raczej czymś pozytywnym – jest zdjęciem czaru, odczarowaniem, momentem, w którym spoza polukrowanej fikcji i fałszywych wyobrażeń wyłania się naga prawda o tym, jak jest naprawdę i o tym, co jest. Tyle tylko, że ja na tę prawdę wcale nie byłam gotowa”.

Wielu z nas nie jest gotowych. Gdy prawda wydaje się zbyt trudna do zniesienia, uciekamy w iluzje, pozwalamy, by rządziły naszym życiem. I choć – jak pisze psychoterapeuta Jon Frederickson w książce

Kłamstwa, którymi żyjemy – początkowo ratują nam one życie, z czasem sprawiają, że cierpimy coraz bardziej.

Nie da się uciec przed rozczarowaniem. I nie warto, bo choć trudno nam je przyjąć, może być przydatne, wręcz niezbędne – bez niego nie jesteśmy w stanie dobrze orientować się w sobie i w rzeczywistości.

Pytanie tylko, jak często je przeżywamy? Kim są ci, podobni do Kłapouchego, u których rozczarowanie dominuje w psychicznym pejzażu? 

I jak sobie z nim radzimy? Niektórzy z nas potrzebują znaleźć winnego swego rozczarowania na zewnątrz, inni obwiniają samych siebie... Czy może być tak, że czujemy się rozczarowani i nie ma w tym niczyjej winy? Czy to możliwe, że historia różnych naszych rozczarowań zaczyna się dużo wcześniej, już na początku naszego życia?

Czekając na guru

Wedle Heinza Kohuta, twórcy psychologii self i jednego z najwybitniejszych reprezentantów podejścia psychodynamicznego w psychoterapii, małe dziecko ma – obok innych ważnych pragnień – potrzebę idealizacji rodzica. Oznacza to, że aby się dobrze rozwijać, powinno móc doświadczać co najmniej jednego ze swoich opiekunów jako silnego, odpornego, wszechmocnego. Wtedy może zasilać się jego mocą i czuć, że jest częścią swojej wyjątkowej mamusi, która najlepiej na świecie jeździ autem, albo tatusia, który obroni przed całusami niezbyt trzeźwej sąsiadki z parteru, lub obojga rodziców, którzy sprawnie radzą sobie w jeszcze nierozpoznanym i nieopanowanym przez dziecko świecie.

Stopniowo jednak dziecko przekonuje się, że rodzice nie są wszechmocni – nie wszystko wiedzą, nie wszystko potrafią, nie są więc doskonali – na ideale dostrzec można skazy. Jeżeli doświadczenie rozczarowania czy raczej odczarowania nie jest przedwczesne, nie odbywa się nagle i dotyczy tylko niektórych aspektów postaci rodzicielskich, a nie ich w całości, jest to zdrowy proces rozwojowy – młody człowiek uczy się dzięki niemu samodzielności, krytycznego myślenia i zyskuje odrębność. W życiu dorosłym będzie rozważnie wybierał autorytety, nie oczekując od nich pełnej doskonałości, ale też nie zamykając oczu na ich poważniejsze skazy.

Jednak jeśli dziecko nie miało takiej sprzyjającej sytuacji, może w życiu dorosłym wybierać autorytety przypadkowo czy nietrafnie (np. kierując się aspektami drugorzędnymi, takimi jak formalne tytuły, zainscenizowany aplauz czy zaczepna zuchwałość), a także być od tych autorytetów nadmiernie zależnym i nie widzieć ich ewidentnie niegodziwych postępków. Za nic nie chce być rozczarowany. Broni się przed tym, nie przyjmując do wiadomości niekorzystnych informacji o autorytecie (a raczej „autorytecie”), a gdy rzeczywistość zmusza do takiej konfrontacji, następuje bolesne załamanie. Przykładem może być wstrząs po emisji filmu „Tylko nie mów nikomu”, którego doznało wielu ludzi związanych (często bezkrytycznie) z Kościołem katolickim. Niektórzy przeżyli to jako zmuszenie ich do konfrontacji z niechcianą treścią, której zaprzeczali, póki to było możliwe. 

Czasem nawet w obliczu bezdyskusyjnych wydawałoby się sygnałów o niedoskonałości autorytetu, bronimy się przed rozczarowaniem i doświadczeniem pustki. Lekceważymy jakiekolwiek wątpliwości albo dewaluujemy ich źródło („nie można im wierzyć, sprzedali się za niemieckie pieniądze”). Tak funkcjonuje umysł dogmatyczny, przekonująco opisany w latach sześćdziesiątych XX wieku przez Miltona Rokeacha (patrz słowniczek). I wbrew wszelkim niepokojącym sygnałom nadal tkwimy w zaufaniu do naszego guru, podobnie jak Estragon i Vladimir, bohaterowie sztuki Becketta, wciąż wiernie czekający na Godota, który ma odmienić ich życie.

Iluzje ratują życie, ale z czasem sprawiają, że cierpimy.

 

Single wbrew woli

Najpierw nieuchronnie rozczarowujemy się, że nie wszystko od nas zależy, czyli że świat nie całkiem, nie dosłownie, nie natychmiast i nie bezwarunkowo realizuje nasze potrzeby. W efekcie dziecko zaczyna czuć granice między sobą a otoczeniem i uznaje, że nie wszystko i nie zawsze jest dla niego dostępne. Oczywiście ta lekcja powinna odbywać się w sposób naturalny, z poszanowaniem potrzeb dziecka – chodzi o stopniowe uczenie się, że bliscy, oprócz zajmowania się dziec­kiem, mają swoje potrzeby czy ograniczenia, a z wystawy sklepu z zabawkami nie wszystko może natychmiast mieć na własność. 

W dorosłym życiu łatwiej lub trudniej przychodzi nam akceptacja faktu, że nie dostajemy czegoś, co nam się „po prostu należy”, albo że spotyka nas bolesna strata – a półświadomie sądziliśmy, że przecież to zdarza się tylko innym. Jeśli rozczarowanie zwykle wiąże się ze smutkiem i zniechęceniem, a przede wszystkim z poczuciem beznadziejności, możemy mówić o klimacie depresyjnym. Każdy psychoterapeuta słyszał czasem od pacjenta: „Nic z tego nie będzie, nic się nie poprawia w moim życiu, nie liczę już absolutnie na żadną zmianę; chyba, że na gorsze”. Gdy terapeuta próbuje znaleźć jakiś przebłysk nadziei i, kierowany chęcią ulżenia pacjentowi, mówi na przykład: „Ale przecież pani przychodzi tu i próbuje sobie pomóc, czyli wierzy, że to możliwe”, może usłyszeć w odpowiedzi: „No i co z tego? Przychodzę, bo to takie niby koło ratunkowe – łudzę się, że bez tego poszłabym na dno. Ale myśli pani, że kręcenie się w lodowatej wodzie i kurczowe trzymanie koła jest życiem cokolwiek wartym? Wyprowadzę panią z błędu. To jest beznadziejne. Zawiodło mnie już wszystko i nie spodziewam się niczego dobrego”. To jedno z najtrudniejszych doświadczeń zawodowych, zwłaszcza dla młodszych psychoterapeutów, gdyż konfrontuje ich z własną bezradnością i czasem napawa rozczarowaniem nie mniejszym niż rozczarowanie pacjenta.

Międzynieustępliwą nadzieją a nieustępliwą wściekłością

Dr Martha Stark jest lekarzem psychiatrą i psychoanalitykiem. Wykłada w Harvard Medical School. W kwietniu przyszłego roku będzie gościć na konferencji Polskiego Stowarzyszenia Integracji Psychoterapii:

– Nieustępliwa nadzieja stanowi obronę przed poczuciem żalu i rozpaczą. Pozwala uniknąć bólu i rozczarowania ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy znaczą dla nas najwięcej. Trzymamy się uporczywej wiary, że może jednak uda nam się zmienić bliską osobę w taką, jaką chcielibyśmy, żeby była, a z drugiej strony ogarnia nas nieustępliwa wściekłość, kiedy uświadamiamy sobie, że mimo naszych wysiłków i żarliwego pragnienia być może nigdy nam się to nie uda. Innymi słowy, tym, co napędza nieustępliwość – zarówno nadziei, jak i wściekłości – jest nieumiejętność pogodzenia się z cierpieniem płynącym z rozczarowania obiektem naszego pożądania; nieumiejętność przyznania, że nie jest on tym kimś, kim chcielibyśmy, żeby był. 

Zdrowa reakcja wymaga, byśmy dopuścili do siebie cały ból związany z rozczarowaniem i poczuli wszystko to, co musimy wtedy poczuć – zawód, żal, oburzenie i złość. Musimy tego doświadczyć, by ostatecznie pogodzić się ze stratą i uznać, że druga osoba – choć nie jest taka, jak chcielibyśmy, by była – jednak jest „wystarczająco dobra”. Alternatywą dla nieustępliwej nadziei i wściekłości jest akceptacja. Nieustępliwa nadzieja i nieustępliwa wściekłość są reakcjami obronnymi, natomiast dojrzała akceptacja jest reakcją adaptacyjną. Dochodzimy do niej, gdy wreszcie wybaczymy i godzimy się z rzeczywistością – z tym, że świat nie musi być i nie będzie taki, jaki chcielibyśmy, żeby był.

 

Warto odróżnić sytuację rozczarowania aspektami świata, na które mamy niewielki wpływ, od rozczarowania tym, co nas dotyka, ale choćby częściowo jest skutkiem naszych własnych działań czy zaniechań. Na przykład czujemy się bezradni wobec obojętności świata na ogromne problemy współczesności, takie jak krzywdzenie zwierząt, niszczenie środowiska czy brak mieszkań dla młodych. Rozczarowanie następuje na ogół po okresie bezowocnej walki, przy czym niekoniecznie oznacza to jej zaprzestanie – np. aktywiści ochrony środowiska mogą ponosić wiele porażek, czują głęboki zawód, ale wciąż podejmują nowe inicjatywy.

Być może to właśnie rozczarowanie jest, między innymi, siłą sprawczą, która popycha ich wciąż do działań na rzecz ważnych dla nich celów. 

Czasem zaś czujemy się rozczarowani, że czegoś nam brak i agresywnie obwiniamy o to innych, nie chcąc widzieć, jak sami przyczyniamy się do tego stanu rzeczy. Dobrym przykładem są tzw. incele (od ang. involuntary celibate), czyli single wbrew woli. Są pełni nienawiści do kobiet, bo żadna nie chciała im dać tego, co przecież „należy się mężczyźnie”. Jednocześnie trudno im dostrzec własny wkład w odrzucenie, którego doznają. Nie godzą się, że kobieta ma prawo sama wybierać sobie partnera, bo wtedy musieliby zrobić cokolwiek, co uczyniłoby ich ofertę bardziej atrakcyjną, np. wstawić sobie zęby czy nie pić hektolitrów piwa.

Innym przykładem rozczarowania na własne życzenie jest niemożność rezygnacji ze swoich nierealistycznych oczekiwań – można tu przywołać Flaubertowską Emmę Bovary. Wyśniła sobie romantyczne światowe życie, na które nie miała szans, lecz trudno jej było to uznać. Bardzo cierpiała, tkwiąc w swoim zwykłym, jałowym i nużącym małżeństwie. Polskim wariantem tej historii jest Barbara Niechcicowa z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej – wciąż marzy jej się piękny pan Toliboski, a swojego męża Bogumiła (skądinąd o wiele ciekawszego niż Karol Bovary, który trafił się niesz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy