Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Źle wyglądam w kapeluszach

0 335

Nigdy nie usiłowałem przemieniać się w kogoś innego. Nie używam charakteryzacji. Źle wyglądam z wąsami czy z brodą. Jestem wtedy przebrany. Mam ambicje, żeby – nie zmieniając nic w zewnętrzności – za każdym razem być innym i wiarygodnym.

Gustaw Holoubek jest jednym z najwybitniejszych polskich aktorów filmowych i teatralnych. W teatrze zadebiutował w 1947 roku, a w filmie w 1953. Jego wybitne osiągnięcia aktorskie to między innymi role w „Dziadach” reżyserowanych przez Kazimierza Dejmka, w „Pętli” Wojciecha Hasa, w „Lawie” Tadeusza Konwickiego, w „Zygfrydzie” Andrzeja Domalika i w serialu „Królewskie sny”. Grał u największych polskich reżyserów teatralnych i filmowych. Sam również reżyseruje spektakle teatralne. Przygotował też dwa filmy fabularne.

Piotr Żak: – Wyobraźnia pomaga czy przeszkadza aktorowi?

Gustaw Holoubek: – Kiedyś Kurnakowicz zapytał Korzeniewskiego, czy aktorowi potrzebna jest inteligencja. Na co Korzeniewski odpowiedział: „Nie powinna przeszkadzać”. I to samo można powiedzieć o wyobraźni u aktora – nie powinna przeszkadzać. Wyobraźnia jest zasadniczym elementem wszelkiej twórczości. Wszelka ludzka umiejętność, którą opanowujemy, to dzieło wyobraźni. Ale czym z kolei jest wyobraźnia? Na pewno jest to ten element naszej dyspozycji psychicznej, duchowej, który każe nam się oderwać od rzeczywistości. Oddalamy się w sferę nadnaturalną. Zaczynamy układać tę rzeczywistość na miarę jej deformacji. Warto dodać, że ja wyobraźnię utożsamiam w dużej mierze z wrażliwością.

– Czy bez wyobraźni można być dobrym aktorem?

– Bez niej nikim nie można być – nie tylko aktorem, ale stolarzem czy lekarzem też. Ona jest dopełnieniem, realizacją tego, co jest niespodzianką. Można mieć pełnię wiedzy o rzeczy, być przygotowanym do wykonania roli, wiedzieć, kogo się gra, jak powinno się grać – a pozostanie to tylko martwą literą, niczym znaczącym. Nie przedostanie się do świadomości odbiorców, jeśli nie będzie temu towarzyszyć indywidualny charakter wypowiedzi. I to tak indywidualny, że wymyka się wszelkim schematom.

– A zatem dobre aktorstwo będzie między innymi polegało na umiejętności pobudzania wyobraźni widza...
– Tak. Dobre aktorstwo to jest taka interpretacja roli, która z kolei umożliwia odbiorcy własną interpretację. Dlatego pierwsze przykazanie, jakie kieruję do aktorów i do siebie samego, brzmi: „Nie pouczać!”. A więc nie być przemądrzałym, nie udowadniać, że się jest mądrzejszym od tych, którzy mnie słuchają, nie mieć uczucia, że tylko ja posiadam szczególne dyspozycje wyobraźni i wrażliwości do okazywania wszystkich stanów emocjonalnych. Widz dysponuje tymi samymi walorami, co ja. Dlatego pobyt na scenie nie może być pobytem władcy, który komunikuje własne prawodawstwo, jest apodyktyczny wobec odbiorców, nie znosi sprzeciwu, nie dopuszcza jakichkolwiek wątpliwości. Ciągle podaję ten sam banalny przykład. Kiedy aktor grający Hamleta mówi monolog „Być albo nie być” i zaczyna udawać, że on jest twórcą tego tekstu, że właśnie w tej chwili przychodzi mu to wszystko do głowy, i jestem świadkiem tego procesu twórczego – przestaję go słuchać. Ponieważ ten monolog nie jest niczym innym, jak tylko przypomnieniem o rzeczach prostych i oczywistych, które są w nas zakodowane niemal od zarania naszej świadomości. Widz, który na co dzień nie zadaje sobie takich pytań, nie dywaguje o smutku egzystencji, powinien nagle mieć okazję, żeby sobie troszkę na ten temat pomyśleć.

– Przypominam sobie emocje, jakie wzbudziło powierzenie Panu przez Tadeusza Konwickiego wygłoszenia Wielkiej Improwizacji w jego filmie „Lawa”. Zarzucano reżyserowi, że z niezrozumiałych powodów powierzył to zadanie doświadczonemu aktorowi i człowiekowi. Konwicki odpowiedział, że tego czegoś, co widział Konrad, nie mógł widzieć człowiek młody.
– Ja myślę, że tak właśnie jest. Wydaje mi się, że nagle Mickiewicz dostał szału i opuścił swojego bohatera, to znaczy przestał brać pod uwagę jakiekolwiek prawdopodobieństwo zachowań Konrada, który siedzi w celi i buntuje się. Poeta, mając tyle lat, ile wtedy miał, wyrzuca z siebie wszystko to, co jest jego rozpaczą, goryczą, własnym buntem i krzykiem bluźniercy. Pisał poemat, więc w nosie miał te wszystkie prawdopodobieństwa. A Konwicki powierzył mnie wygłoszenie Wielkiej Improwizacji prawdopodobnie w takiej nadziei, że będzie to odarte z histerii i z czegoś takiego, co zawsze w tradycji interpretacji było wprawdzie wzniosłe i być może wstrząsające, ale nigdy do końca zrozumiałe. Mieczysława Ćwiklińska po premierze „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka zaszczyciła mnie odwiedzinami w mojej garderobie i powiedziała tak: „Pan mi przypomina pewnego wielkiego aktora – nie powiem nazwiska, żeby nie obrażać pamięci o nim – ma pan tę samą temperaturę, tę samą gorącość. Z tym, że on był głupi, a pan jest mądry”.

– Czy wyobraża Pan sobie taką sytuację, że aktor w jakiś sposób źle wykorzysta swoją wyobraźnię?
– Nie tyle źle wykorzysta wyobraźnię, co za jej pomocą może się zdemaskować. Kiedy zaczyna następować demonstracja gry wyobraźni, wtedy dopiero człowiek odkrywa się w całej okazałości. Są aktorzy, którzy bardzo dobrze grają, są logiczni, prawdopodobni, dopełniają wszystkie psychologiczne zależności granej postaci. Tylko nie wiadomo, kto to jest. To właśnie ten wypadek, kiedy w grę nie wchodzi gra wyobraźni, to znaczy kiedy aktor nie przekazuje osobistych poglądów. Aktorstwo w ogóle by mnie nie interesowało i czułbym się być może nawet upokorzony, wykonując ten zawód, gdyby nie nadzieja, że za pomocą aktorstwa mogę wyrażać swój pogląd na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy