Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Zalecane zaloty

84

Zaloty są jak zaproszenie do wspólnego tańca. Tańca godowego. I jak w tańcu, mniej liczą się słowa. Ważny jest rytm, ważne są wybór partnera i zwrócenie jego uwagi, znajomość kroków i dostrojenie się tancerzy. Ten taniec ewoluował przez gatunki i pokolenia.

Niemiecki etolog Irenäus Eibl-Eibesfeldt w latach 60. ubiegłego wieku odbył podróż po Samoa, Papui, Francji, Japonii, Afryce i Amazonii. Ukrytą kamerą filmował sceny zalotów. I zauważył, że niezależnie od tego, czy kobieta spotyka mężczyznę na paryskiej ulicy czy w amazońskiej dżungli, w jej zachowaniu zaobserwować można ten sam wzorzec seksualnego zainteresowania. Najpierw się uśmiecha, a potem unosi brwi i jednocześnie rozszerzają się jej źrenice. Następnie powieki powoli opadają. Kobieta odwraca głowę i umyka spojrzeniem w bok. Antropolog David Givens i psycholog Timothy Perper przez kilkaset godzin obserwowali kokietujące się nawzajem osoby. Choć badaczy dzieliło kilka tysięcy kilometrów – bo Givens prowadził obserwacje w barach w Seattle, a Perper na wschodnim wybrzeżu – to odkryli te same zalotne gesty. Prawdopodobnie mamy więc do czynienia z wrodzonym schematem zachowania. Jesteśmy stworzeni do zalotów. Geoffrey Miller w książce „Umysł w zalotach” dowodzi, że nasze umysły rozwinęły się nie tylko po to, byśmy mogli przetrwać, ale głównie jako maszyny do zalotów. Niezwykłe zdolności naszego umysłu, takie jak humor, samoświadomość, kwiecisty język i moralność, rozwinęły się jako ozdoby godowe. Podobną rolę pełni ogon pawia. Pawiom łatwiej byłoby przeżyć z mniejszymi i mniej barwnymi ogonami, ale pawice wolały większe i barwniejsze.
Akne leżała na wznak z półprzymkniętymi oczyma i rozchylonymi wargami i spod rzęs patrzyła na Bunga drażniącym i kuszącym wzrokiem.

Jak wygląda ten zalotny taniec? Givens i Perper w amerykańskich barach zaobserwowali pięć wyraźnych stadiów zalotów. Zaczyna się od fazy przyciągania uwagi. Każda z płci ma własne taktyki. Mężczyźni prostują się, puszą jak pawie i przestępują z nogi na nogę. Ich ruchy są przesadnie zamaszyste. Mieszają drinka tak, jakby wyrabiali zaprawę murarską. Wybuchają głośnym śmiechem. Przechadzają się tam i z powrotem, dumnie się prężąc. Wszystkie te gesty mają przekazać komunikat: „Oto ja, ważny i nieszkodliwy”. Mężczyźni zerkają na wybraną kobietę. W ułamku sekundy oko dokonuje oceny atrakcyjności „wyłowionej” osoby.
Kobiety popatrują na mężczyzn ukradkiem, trzepocząc rzęsami. Również poruszają się w obrębie swojego terytorium, kołysząc przy tym biodrami. Wysokie obcasy sprawiają, że ściągają pośladki i wypinają biust. Potrząsają grzywką. Unoszą przy tym brwi, wydymają wargi i przesuwają językiem po górnej wardze, zwilżając ją. Rumienią się wstydliwie i chichoczą. Te sygnały mówią: „Tu jestem, chodź do mnie”. Desmond Morris, znany antropolog, autor głośnej książki „Naga małpa”, nazwał ten wstępny etap „oko – ciało”.
Gdy spotykają się oczy zalotników, następuje druga faza – akceptacji. Morris nazywa ją „oko – oko”. Kobiety i mężczyźni przyglądają się sobie. – Na tym etapie trudno ustalić reguły psychologiczne – twierdzi psycholog Janusz Czapiński, od lat badający dobrostan Polaków. – Wszystko dzieje się na poziomie molekuł, a nie pojęć. Feromony i inne substancje aktywne sprawiają, że klucz pasuje do zamka i nie może to być przypadkiem.
Pierwsze spotkanie oczu wywołuje odwrócenie wzroku. Jeśli podczas kolejnego spojrzenia ta druga osoba uśmiechnie się, może dojść do następnego etapu: „głos – głos”, czyli do rozmowy. Ta pogawędka, zwana przez Morrisa rozmową przygotowawczą, dotyczy zazwyczaj błahych spraw. Chodzi o przełamanie lodów, pokonanie niepewności, dystansu i oporu wobec nieznanej osoby. Najlepiej sprawdzają się na tym etapie pytania i komplementy. Tak naprawdę jednak ważne jest nie to, co mówimy, ale jak. Ton głosu podnosi się, staje się miękki i śpiewny.

Niech pan zostanie, tak przyjemnie się z panem mówi – prosiła Akne głosem rozpieszczonego dziecka.

Dialekt, ton głosu, akcent, słownictwo – to wszystko ujawnia nasze intencje, wykształcenie i pochodzenie. Błaha na pozór pogawędka dostarcza nowych informacji i pozwala na wycofanie się, gdyby informacje te okazały się wyraźnie sprzeczne z tym, co obiecywały sygnały wzrokowe.
Jeśli atrybucje są dla nas korzystne, przybliżamy się ku sobie, nachylamy i gotowi jesteśmy do wejścia w etap czwarty, czyli dotyk (u Morrisa „ręka – ręka”). Bywa, że jedna z osób obejmuje swoje ramię, jakby przytulała tę drugą osobę. Ręce spoczywające na stoliku przysuwają się ku sobie. I wreszcie jeden z zalotników niby przypadkiem dotyka drugiej osoby: jej dłoni, barku, ramienia, czyli tzw. społecznie dostępnych części ciała. Zwykle to kobieta pierwsza wykonuje ten ruch. – Dotknięcie ramienia jest techniką wpływu społecznego, zwiększa skłonność do ulegania prośbom innych. Ktoś dotykany może rozpoznawać dotyk jako coś poważnego i zachęcającego do flirtu – wyjaśnia Dariusz Doliński, psycholog społeczny.
[nowa_strona] Dalszy rozwój wypadków zależy od reakcji drugiej osoby. Jeśli odsunie się, wycofa, prawdopodobnie dotyk już się nie powtórzy. Ale jeśli się uśmiechnie i zbliży, zalotnicy będą nadal rozmawiać, wpatrując się sobie w oczy, dotykając się i obejmując. Aż zacznie się ostatnie stadium zalotów: dostrojenie ciał. On sięga po drinka, ona robi to samo. Ona zakłada nogę na nogę, on też. Zaczynają reagować tak, jakby byli swoimi lustrzanymi odbiciami. Ci, którym uda się dostroić swoje ruchy, prawdopodobnie razem opuszczą bar. W plemieniu Medlpa pary spotykają się w gościnnym pomieszczeniu. Śpiewają i poruszają się rytmicznie. Jeśli zalotnicy dostrajają swoje ruchy, to znaczy, że pasują do siebie. Te same etapy zalotów powtarzają się zatem w różnych kulturach. Nie trzeba znać języka tubylców, by się do kogoś zalecać.
Wojciech Pisula, psycholog ewolucyjny, twierdzi, że zaloty mają funkcję informacyjną. Chodzi o to, by zaprezentować, kto jest kto, a także poinformować o swoich możliwościach. Zaloty służą też redukcji lęku i agresji – dwóch popędów skłaniających nas do utrzymania dystansu. Są tym bardziej wyrafinowane i tym więcej czasu zajmują, im bardziej na dystans żyją zwierzęta. My, ludzie, jesteśmy nieco bardziej „dystansowi” niż na przykład szympansy. Oznacza to, że czas od wstępnego zainteresowania do zachowań seksualnych jest u nas dłuższy niż u szympansów. Krótszy jednak niż na przykład u goryli.

Ucałował znowu tę przedziwną drapieżną rączkę, ale jakoś zanadto długo i gorąco, i czuł, jak mu drgnęła pod ustami.


Kto rozpoczyna godowy taniec? Powszechnie uważa się, że inicjatywa należy do mężczyzny, kobiecie zaś przypada rola wstydliwej i uległej. Antropolog Clellan Ford i psycholog Frank Beach zbadali więc praktyki seksualne w różnych kulturach i stwierdzili, że jak świat długi i szeroki, to właśnie kobiety rozpoczynają intymne kontakty. Wstydliwa poza pań jest jedynie pozostałością czasów, kiedy – pozbawione praw – były obiektami wymiany towarowej, a ich wartość zależała od ich „czystości”.
– Pozory często mylą – mówi Janusz Czapiński. – Kobiety mogą sprawiać wrażenie ofiar, wykonywać mniej spektakularnych gestów, co nie znaczy, że nie kontrolują przebiegu zdarzeń. Mają cichą kontrolę. Moim zdaniem to kobieta zawsze wybiera, bo ona ponosi większe koszty wynikające z intymnych relacji.
W wyborze partnera na życie obie płcie są jednak równie wybredne. Obie bowiem ponoszą nakłady, doświadczają euforii miłości i rozpaczy złamanego serca. Ten wzajemny wybór wyrównuje różnice płci w umiejętności zalecania się.
Kogo zapraszamy do zalotnego tańca? W badaniu przeprowadzonym przez psychologa Arthura Arona aż 85 proc. osób podało, że zakochały się, bo partner obdarzał je zainteresowaniem, a 71 proc. mówiło o tym, że odkryły u niego pozytywne cechy. – Najczęściej myślimy, że wybieramy tego, kto na to zasługuje – zauważa Bogdan Wojciszke. – Gdyby tak było, jedni byliby oblężeni, a drudzy zupełnie opuszczeni. A tak nie jest.
Czym się kierujemy, wybierając partnera? – Różni ludzie lubią różne osoby – przekonuje profesor Wojciszke. – Mogłoby się na przykład wydawać, że ludzie do siebie podobni pod względem wychowania i genetyki powinni mieć podobne kryteria. Grupa badaczy z Minnesoty badała podobieństwo preferencji u bliźniąt. I rzeczywiście pod różnymi względami, takimi jak wybór zawodu, samochodu lub domu, bliźnięta jednojajowe są do siebie bardziej podobne niż dwujajowe. Te podobieństwa nie dotyczą jednak wyboru partnerów. Wydaje się, że jest on w dużym stopniu kwestią przypadku. Na podstawie znajomości cech partnerów i ich podobieństwa nie można przewidzieć, kogo wybierzemy. Wyjątkiem jest atrakcyjność fizyczna. Przekonanie o atrakcyjności fizycznej drugiej osoby odgrywa znacznie większą rolę, niż nam się wydaje.

Akne patrzyła na Bunga z odcieniem niepokoju i jeszcze czegoś... Nie darmo był przystojny i miał dwadzieścia lat.

Jak zapamiętali pierwsze spotkanie z przyszłą żoną dzisiejsi profesorowie psychologii? Dariusz Doliński wspomina: – To była śliczna dziewczyna, poznałem ją na pierwszym roku studiów. Wojciech Pisula pamięta, że „miała piękny, długi warkocz”. Janusz Czapiński przyznaje, że jego uwagę zwróciła „egzotyczna uroda”. W tym ostatnim przypadku zaszło zabawne nieporozumienie.
– Gdy moja obecna żona pierwszy raz zjawiła się na organizowanym...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy