Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

5 grudnia 2016

Wykolejeni

117

Stoimy przed koniecznością odpowiedzi na pytanie, czy nie potrzeba nam pewnej ascezy. Mówię o ascezie jako postulacie prostoty i oszczędności życiowej. Nie da się żyć w tak rozbuchany sposób w skali świata. Będziemy zmuszeni do ograniczeń po to, by młode pokolenia mogły się rozwijać - prognozuje wybitny filozof prof. TADEUSZ GADACZ.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – „Jak żyć?” – nie męczy już Pana to pytanie? Po pytaniu plantatora papryki w ostatniej kampanii wyborczej: „Jak żyć, panie premierze?”, teraz wszyscy sobie z tego żartują. Czy jeszcze interesuje nas, jak żyć? Czy w ogóle szukamy odpowiedzi?
TADEUSZ GADACZ: – Łatwo jest pewne problemy czy pytania ludzkie zbagatelizować, szczególnie gdy zostaną wciągnięte w grę wyborczą... Polityka w Polsce w zasadzie tak się skompromitowała, że pozostaje nam już tylko ironia. Być może dlatego ironizujemy z kwestii podstawowych przypadkowo wplątanych w kampanię przedwyborczą. Z drugiej strony myślę, że to pytanie stało się bardzo nośne.

Czego tak naprawdę chcemy się dowiedzieć, pytając „jak żyć”?
– Ten człowiek, plantator, pytał o rzeczy najbardziej elementarne. Jak mówił Max Scheler, by móc realizować w życiu jakieś istotne cele czy wysokie wartości, muszą być zaspokojone wartości podstawowe, niskie – konieczne do tego, byśmy mogli żyć i rozwijać się na normalną ludzką miarę. Jest miara górna i dolna, i w tym kryje się pewne niebezpieczeństwo. Gdy osiągamy miarę górną i żyje nam się zbyt dobrze pod względem ekonomicznym, rodzi to pokusę prag[-]nienia życia jeszcze lepiej, a czasami doprowadza do rozmaitych dewiacji psychicznych. Obecne spekulacje ekonomiczne, bankowe są w dużym stopniu odzwierciedleniem tego stanu. Na drugim krańcu jest miara dolna, poniżej której wielu ludzi ulega pewnego rodzaju degradacji. Nie chciałbym tutaj odwoływać się do Karola Marksa, jego poglądów o alienacji gatunku ludzkiego, bo dziś może to zabrzmieć dziwnie... Sądzę jednak, że wszystkie te ruchy oburzonych, szczególnie młodego pokolenia, pokazują, że oni też chcą normalnie żyć – chcą pracować, gdzieś mieszkać, chcą jakiejś stabilizacji. Potrzebują zaspokojenia podstawowych potrzeb, które dziś stały się wartością fundamentalną. Znajdujemy się w takim momencie rozwoju kapitalizmu i demokracji, że jesteśmy przekonani o prawie do swobód obywatelskich, do normalnego życia dla wszystkich obywateli świata. Skoro tak, to jednocześnie musimy mieć świadomość, że nie da się żyć na tak wysokim poziomie ekonomicznym, jak w niektórych krajach europejskich. Musimy na nowo przemyśleć nie tylko kwestie związane z rozwojem kapitalizmu, ale także nasze zwykłe ludzkie potrzeby. Być może te potrzeby są sztuczne, przesadne? Nowy telewizor co kilka lat, ciągłe zmiany mebli, bo...

Bo wydaje nam się, że to zapewni nam szczęście?
– No właśnie! Stoimy przed koniecznością odpowiedzi na pytanie, czy nie potrzeba nam pewnej ascezy. Wielu osobom to pojęcie może wydawać się dziwne, bo ma przede wszystkim konotacje religijne, ale ja mówię o ascezie jako postulacie prostoty i oszczędności życiowej. Nie da się żyć w tak rozbuchany sposób w skali świata. Wydaje się, że będziemy zmuszeni do ograniczeń po to, by młode pokolenia mogły się rozwijać – swoje potrzeby i apetyty na zyski będą musieli bardziej ograniczyć zwłaszcza ci, którzy do tej pory w ogóle tego nie robili.Stoimy teraz przed ważkim problemem: jak ratować to, co nam umknęło? No bo w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że nie możemy rozwijać się technologicznie, dewastując środowisko naturalne, że – choć wiąże się to ze sporym obciążeniem finansowym krajów – trzeba zacząć chronić przyrodę. A zapomnieliśmy całkowicie o ochronie humanum. Być może prywatni pracodawcy powinni zastanowić się nad tym, czy nie ograniczyć swoich zysków i ponieść koszty trwałych umów z młodymi pracownikami, bo „umowy śmieciowe” degradują nasze środowisko społeczne tak samo, jak emisja dwutlenku węgla degraduje środowisko naturalne. Dopóki nie zrozumiemy, że „umowy śmieciowe” uniemożliwiają gospodarkom stabilny rozwój, dopóty kraje stale będą narażone na takie wrzenie młodego pokolenia jak w Londynie. Młodzi będą się skrzykiwać na portalach społecznościowych, wypadać na ulice kolejnych miast, by nie tylko protestować, ale i dewastować. Już nie mówię o dewastacji środowiska kulturowego, społecznego. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje w mediach, jakie tu panują wzorce obyczajowe i kulturowe. Pracuję w środowisku akademickim, wykładam na uczelni pedagogicznej i zastanawiam się, jak w ogóle mówić o idei kształcenia w sytuacji, gdy nie można odwołać się do jakichkolwiek wzorców. Do wzoru męża stanu w polityce, do wzoru społecznika, człowieka kultury...

I wzoru ascety? Wspomniał Pan o potrzebie ascezy, ale jak ją pogodzić ze światem, w którym słyszymy dziś taki komunikat: możesz mieć wszystko i masz prawo mieć wszystko?
– To oszustwo propagandy medialnej, polegające na tym, że myli się pojęcie szczęścia z pojęciem sukcesu. Ludzkie życie jest dialektyką, jest rozpięte między przeciwieństwami, bo człowiek jest istotą aktywną i kontemplacyjną, wolną i odpowiedzialną. Doświadcza dobra i zła, sukcesu i słabości jednocześnie. W szczęściu też jest zawarta dialektyka. Człowiek szczęśliwy wie, że nigdy nie będzie żył w świecie, w którym jest tylko dobro, w którym zrealizuje wszystkie swoje dążenia czy marzenia, bo to nie jest możliwe. I musi mieć świadomość, że każdy wybór, dążenie do jakiegoś dobra generuje jakieś zło. Józef Tischner w swojej agatologii nauczał, że każde nasze dobro kładzie się cieniem na inne dobro – niewybrane, niezrealizowane. Czyniąc dobro, czynimy zatem zawsze jakieś zło.
Propaganda sukcesu nie odwołuje się do tego typu doświadczeń, wręcz się od nich odżegnuje. Tu nie ma miejsca na szczęście matki, która opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem. W propagandzie sukcesu wszyscy muszą być zdrowi, piękni, zrealizowani i muszą odczuwać przyjemność. Taki przekaz medialny jest nieprawdziwy. Niczym kartezjański demon wprowadza nas w błąd, w stan iluzji, który bardzo szybko jest kwestionowany przez pierwsze rozczarowania życiowe. Nie wolno tak przygotowywać ludzi do życia.

Bo jeśli zapragniemy używania życia, to wstąpimy na drogę rozpaczy, jak mówił Kierkegaard?
– Wszyscy chcemy być szczęśliwi, ale do szczęścia należą również sytuacje trudne, niepowodzenia życiowe, które wcale nie wynikają z naszych pragnień. Bardzo często bywa tak, że nasze dobre intencje kończą się złymi skutkami, których kompletnie nie byliśmy w stanie przewidzieć. Powinniśmy być na to przygotowani.

W nasze życie wpisana jest dychotomia i nieustanny dysonans...
– Wydaje się, że duży wpływ na nasze życie mają decyzje, ale nie mamy wpływu ani na naszą faktyczność, czyli na nasze uposażenie, zdolności, ani na zdarzenia losowe. Obecne pokolenie może mieć pretensje o to, że przyszło mu żyć akurat teraz, gdy kapitalizm jest w stanie kryzysu... Dawno temu jako młody człowiek zdobyłem paszport i wyjechałem do Wiednia na kurs języka niemieckiego. Z pociągu przesiedliśmy się od razu do autobusu, z autobusu wysiedliśmy na wprost masarni Zieglera. Ja, z tego biednego PRL-u, zobaczyłem wystawę sklepową zapełnioną wędlinami i mięsem do wysokości pół metra. Stanąłem zszokowany i myślałem „a kiedy tak u nas będzie?”...

No i jest.
– W jakimś sensie jest, ale może już nie będzie? Może tęsknimy za jakimś rajem utraconym. To na marginesie pytania o to, jak żyć, pytania fundamentalnego, które stawiali sobie myśliciele od samego początku filozofii europejskiej. Zawsze mówiono, że celem życia ludzkiego jest dobro, że życie ma sens, gdy realizuje jakieś dobro, tyle że różnie to dobro rozumiano. Stoicy postrzegali je w stanie równowagi wewnętrznej, w nabraniu pewnego dystansu do zdarzeń, na które nie mamy wpływu – po to, by osiągnąć stan wewnętrznej wolności. Z kolei epikurejczycy upatrywali go w przeżywaniu przyjemności, ale nie w takim znaczeniu, w jakim my dziś rozumiemy przyjemność. Tu nie chodziło o przesadne przeżywanie przyjemności – bo to może bardzo szybko doprowadzić do nieprzyjemności, ale o hedonizm zrównoważony. Hedonizm umiarkowany, jak nazywał to ojciec Józef M. Bocheński, czyli cieszenie się chwilą, pogodą, kolorami jesieni, zatrzymanie się na jakiejś chwilowej przyjemności zamiast pogoni za kolejnymi celami. Dziś jest trochę tak – jak to dowcipnie diagnozuje Kierkegaard – że niektórzy urządzają sobie życie kosztem życia. Metodycznie, planowo meblują sobie życie, a kiedy już skończą urządzanie go, to dochodzą do wniosku, że nie mają czasu pożyć, bo życie już im się kończy.

Pokolenie Facebooka też tak sobie mebluje życie i w ten sposób chce osiągnąć szczęście?
– Myślę, że jeszcze do niedawna nie urządzało sobie życia, natomiast takie narzędzia jak Facebook pozwoliły zrozumieć młodym ludziom, że istnieje możliwość komunikacji. I to jest pozytywny efekt! Ci młodzi poczuli, że rozchwianie życiowe – charakterystyczne dla współczesnej kultury ponowoczesnej – jest stanem, którego tak do końca nie można zaakceptować. Nie wierzę, że powrócimy do stanu stabilności mieszczańskiej, gdzie człowiek studiował, potem pracował w tej samej firmie aż do emerytury, kupował mieszkanie albo nawet kamienicę i przez całe życie mieszkał w tym samym miejscu.

Stabilizacja nie jest możliwa?
– Nie taka. Natomiast myślę, że pojawiła się tęsknota za jakąś formą stabilności. Popatrzmy na postulaty młodych ludzi: chcą mieć pracę, by móc kupić mieszkanie, żyć w warunkach w miarę przewidywalnych. Facebook jako narzędzie komunikacji może pomóc w spełnieniu tych postulatów. Jak mówi Heinrich Rickert, technologia jest ważna tylko wtedy, gdy traktujemy ją jako środek do osiągnięcia innych celów. To samo dotyczy wartości witalnych. Gdybyśmy potraktowali je jako cel, to mielibyśmy taką definicję człowieka, jaką sformułował Seneka: rodzi się, wypróżnia i umiera. Po co człowiek właściwie żyje? Po to, by tworzyć jakieś wartości, coś realizować: tworzyć naukę, bawić dzieci, być kochanym, doświadczać bliskości... Technika, narzędzia, łącznie z naszym życiem, ma tylko temu służyć. Natomiast odnoszę wrażenie, że dziś mamy do czynienia z radykalizacją wartości niższych, tak jakby życie ludzkie sprowadzało się tylko do hedonizmu, użyteczności i witalizmu. A właściwie jesteśmy w fazie przełomu, bo młode pokolenie zrozumiało, że to puste przekonanie i dlatego się buntuje. Kapitalizm został wygenerowany w oparciu o rozwijanie tylko najniższych instynktów, takich jak dążenie do zysku i sławy, realizacja ambicji i kariery, ale doszliśmy do pewnej granicy. Zaczynamy sobie uświadamiać, że nie możemy traktować kapitalizmu jako celu, lecz jako narzędzie. Że są inne wartości, że żyje się po coś, dla kogoś. I to dla mnie jest w jakimś sensie
pocieszające.

My tu siedzimy, rozmyślamy jak żyć, że technologia ma służyć celom wyższym... A niedawno profesor Łukasz Turski w jednym z wywiadów ubolewał nad tym, że „w Polsce niestety nadal uważa się, że lepiej dyskutować o Platonie niż uczyć się, jak działa czip w komputerze”. I co Pan na to? Może jednak czip powinien wyprzeć Platona?
– Ja bym mocno polemizował z taką tezą. Od przełomu XIX i XX wieku dominuje technokracja, bo rozwój techniki bardzo silnie wspiera się na rozwoju nauk przyrodniczych, ale człowiekow...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy