Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

5 lutego 2019

NR 2 (Luty 2019)

Wszystko na twojej głowie

159

My, kobiety, przez znaczną część dnia zajmujemy się zarządzaniem samopoczuciem świata wokół nas. Wciąż stoimy na warcie, rozbrajamy pola minowe. Czuwamy, by nikt na nikogo krzywo nie popatrzył, próbujemy zdusić w zarodku wszelkie napięcie. Jaka jest cena takiej postawy?

Mój bratanek niedawno skończył pół roku. Jest absolutnie przepięknym dzieckiem, którego uroda w tajemniczy sposób przewyższa urodę innych dzieci w tym wieku – wyłączając jedynie mojego syna. Podziwiałam go ostatnio, kiedy mój brat i jego żona przyjechali z wizytą do naszych rodziców. Patrzyłam, jak bratowa karmiła małego Franciszka Eliasza. Kiedy plastikowa łyżeczka zbliżała się do jego buzi, mama odruchowo otwierała usta. Przypomniało mi się, że mój mąż robił to samo, karmiąc naszego syna; a i ja pewnie bezwiednie tak reagowałam, podobnie jak wielu z was, jeśli macie dzieci. 

POLECAMY

Warto mieć pilota, którym nasze empatyzowanie możemy wyłączyć.

 

Pilot empatii

Często na chwilę stajemy się tymi, których kochamy – ich głód, smutek, złość, radość stają się naszymi. To, że potrafimy współczuć, jest wielką wartością. Ale nawet czegoś tak szlachetnego jak współodczuwanie można używać zbyt często.

Nie da się wymierzyć, jaka ilość empatii jest optymalna. Nie ma na to prawidłowej odpowiedzi, nie ma slajdu, który można by wyświetlić i mieć sprawę załatwioną raz na zawsze. Kluczem wydaje się, tak jak przy wszystkich innych umiejętnościach, świadomość: kiedy włączam daną umiejętność albo ją wyłączam, kierując się kompasem swoich wartości. Na przykład – szanuję ludzi i chcę, żeby w rozmowach ze mną doświadczali tego szacunku. Ale jeśli ktoś podejdzie na ulicy i zaatakuje mnie, szacunek schodzi na dalszy plan, a pierwszorzędna staje się obrona siebie samej. Podobnie z empatią – warto umieć ją włączyć, ale zdarzają się sytuacje, że trzeba wyłączyć empatię, na przykład po to, żeby współczucie dla drugiej osoby nie zasłoniło nam „czucia” samego siebie. Jeśli empatia, współodczuwanie jest jak telewizor, którego nie potrafimy wyłączyć, jej szum może zagłuszyć coś ważnego. Dlatego warto mieć pilota, którym nasze empatyzowanie możemy wyłączyć. Niektórzy mają z tym kłopot. Najczęściej kobiety. 

Żeby było miło

Wyobraź sobie taką scenę: przyszliście do znajomych w gości. Siedzicie, jecie, pijecie wino. Wymieniacie się historiami o tym, jak nudno było na wywiadówce, jaką niewiarygodną cenę znaleźliście za lot do Grecji etc. i jak to potem przy hotelowym basenie spotkaliście faceta z Wrocławia, Jarosława. – Jarosława? – podnosi brew gospodarz, który, delikatnie rzecz ujmując, nie należy akurat do zwolenników partii rządzącej. – Imię trochę takie sobie… – Dlaczego? – mówi gość, który ma zgoła odmienne poglądy. – Co masz do imienia Jarosław?
– pyta, a w jego głosie pobrzmiewa zaczepna nuta. 

Co będzie dalej? Z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że do akcji włączy się gospodyni. – Sałatki? – wykrzyknie żarliwie. – Humusu może? A może winka jeszcze? O, winka się napijmy! 

Skąd to wiadomo? Bo wiele kobiet wykonuje taką cichą, niezauważalną dla nikogo i często także dla nich samych pracę. Wydawać by się mogło, że siedzą przy stole, ale to nieprawda – one stoją. Na warcie.

Czuwają, żeby nic złego się nie stało: żeby nikt na nikogo krzywo nie popatrzył, żeby – jeśli taka będzie potrzeba – zdusić w zarodku wszelkie napięcie, żeby gospodarz nie znudził się towarzystwem gości, żeby goście dobrze się bawili, że już nie wspomnę o takich drobiazgach, jak pełne kieliszki czy uprzątnięte talerze. 

Nie jest to może akt czystej empatii, ale wysiłek, który można by nazwać uprzedzającymi aktami mikroempatii. Polega on na przewidywaniu czyjegoś dyskomfortu – czasem nawet zanim on naprawdę wystąpi – i staraniach, by mu zapobiec. Patrzymy z niepokojem na uniesioną brew naszego szefa – czyżby mu się nie podobało to, co powiedział kolega z zespołu? Może powiedzieć coś przychylnego, żeby poprawić atmosferę? Zobaczymy w samochodowym lusterku zamyśloną minę naszego syna i od razu startujemy: – Smutno ci? Przykro ci? Coś nie tak w szkole?

Zwykła rzecz, wydawałoby się. Troska o to, żeby było miło. Ale co się stanie, jeśli ten drobny wysiłek pomnożymy przez, powiedzmy, 200? Albo przez 1000?

Co się stanie, jeśli rozciągniemy ten rodzaj wysiłku daleko poza stół gościnny, jeśli obejmiemy nim także inne stoły i inne pokoje, przestrzenie prywatne i publiczne – aż się okaże, że my, kobiety, duża część z nas, przez znaczną część dnia zajmujemy się zarządzaniem samopoczuciem świata wokół nas… I dlaczego właśnie my robimy to częściej?

Co jest kobiece

Kultura w dużym stopniu określa, co jest domeną kobiet, a co charakteryzuje mężczyzn. 

Badania na temat kulturowej tożsamości płciowej prowadziła amerykańska psycholog Sandra Ruth Lipsitz Bem. Zakładała, że płeć to pewien kulturowo powielany stereotyp. Istnieją cechy stereotypowo przypisywane mężczyznom (takie jak: silny, ambitny, odważny, przedsiębiorczy, zaradny) oraz takie, które kojarzą się stereotypowo z kobietami (na przykład: wrażliwa, uczuciowa, opiekuńcza, troskliwa).

Sandra Bem stworzyła kwestionariusz ról płciowych (Bem Sex Role Inventory), który pozwala ustalić, w jakim stopniu osoba utożsamia się z cechami tradycyjnie uważanymi za męskie bądź kobiece. Kwestionariusz zawiera listę takich cech, a badani oceniają, w jakim stopniu każda z cech odnosi się do nich. W ten sposób można wyłonić osoby identyfikujące się z rolami przypisanymi ich płci (męscy mężczyźni, kobiece kobiety), osoby identyfikujące się na krzyż (kobiecy mężczyźni, męskie kobiety), a także osoby androgyniczne – takie, które utożsamiają się zarówno z kobiecymi, jak i męskimi cechami (patrz słowniczek).

 

Nauka ślepoty

Mężczyźni – uśredniając sprawę, bo są oczywiście wyjątki – mają gorszy niż kobiety kontakt ze swoimi uczuciami. Kiedy my jako dziewczynki rozwijałyśmy wrażliwość na uczucia, oni uczyli się „nie mazać”, „nie płakać”, „być mężczyzną”. To bardzo niesprawiedliwy element naszej kultury – jedna płeć szkoli się w rozpoznawaniu całej gamy ludzkich uczuć, a druga – ślepoty na nie. Owszem, faceci opanowują też fajne rzeczy: pracują nad odwagą, śmiałością, rozwijają ambicję, ale w kontekście uczuć tak zwane społeczeństwo, czymkolwiek jest, robi im krzywdę, a oni nawet o tym nie wiedzą. 

„Mężczyźni zostali nauczeni, żeby ignorować coś tak fundamentalnego jak własne uczucia” – mówi w swoim TED-owym wystąpieniu dr Adam Darsay, psycholog zajmujący się problematyką zdrowia psychicznego. I powołuje się na kuriozalne badania. Uczestników proszono, żeby zadecydowali, czy wolą posiedzieć sami w ciszy, czy aplikować samemu sobie wstrząsy elektryczne. Większość mężczyzn wybrała... drugą opcję – byle tylko, jak to interpretuje Darsay, nie stanąć twarzą w twarz ze swoimi emocjami. 

Jedyną akceptowaną społecznie negatywną emocją u mężczyzny jest złość, natomiast smutek, żal, strach są dla niego w jakimś sensie „nielegalne”. W efekcie wielu mężczyzn wykształciło automatyzm, który sprawia, że gdy tylko się przestraszą albo zasmucą, momentalnie przykrywają to złością, przekształcają we wściekłość. „Trzeba być twardym, a nie miętkim” – kiedy myślę o tym kulturowym przekazie, robi
mi się smutno. A zaraz potem cieszę się, że – w przeciwieństwie do wielu mężczyzn – czuję się uprawniona do przeżywania swojego smutku.

Zawsze, gdy jedna osoba umie coś bardzo dobrze, a druga wcale, ta kompetentna w naturalny sposób przejmuje obowiązki. Łatwo na to przystać, gdy ktoś za ciebie czuwa i w jakimś sensie przeżywa twoje emocje, a ktoś inny bierze odpowiedzialność za to, by przywrócić ci dobre samopoczucie. Tak właśnie często robimy my, kobiety, kiedy obok nas pojawia się mężczyzna nienawykły do doświadczania emocji i pracy nad nimi.

Bo w przeciwieństwie do naszych mężów, ojców i braci często specjalizujemy się w budowaniu swojej wrażliwości. 

Mężczyźni zrobią wiele, by nie stanąć twarzą w twarz z własnymi emocjami.

 

Zgubny taniec

Przekonanie, że jesteśmy „emocjonalne”, daje nam społeczne przyzwolenie, a nawet nakaz rozwijania inteligencji emocjonalnej. W efekcie, kiedy wkraczamy w dorosłość, wiele z nas ma już praktycznie w kieszeni doktorat w tej dziedzinie. Oczywiście kusi pytanie: co by było, gdyby to mężczyźni stali się „wrażliwi”, a kobiety „twarde”? Jaki wpływ na to, kim jesteśmy, ma biologia, a jaki społeczność, w której żyjemy? W jakiej proporcji oddziałują? Innymi słowy, ile kultury, ile natury? Oczywiście nie ma na to odpowiedzi, bo nie istnieje laboratorium, w którym sprawdzono by wersję oddziaływania samej natury albo
samej kultury.

Żyjemy więc w świecie, który znamy, i wyręczamy mężczyzn znacznie mniej od nas „wykształconych” w świecie emocji i uczuć. Nie da się umieć czegoś, czego nie praktykowaliśmy i nie praktykujemy. Nie da się zostać dobrym napastnikiem, jeśli się nie strzelało goli. Nie da się być dobrą programistką, jeśli się nie napisało żadnego programu. Nie staniemy się dobrym kucharzem tylko dzięki temu, że będziemy jeść albo obserwować, jak inni gotują. My tymczasem nauczyłyśmy się wyręczać mężczyzn w trudnej sztuce doświadczania, nazywania i „ogarniania” swoich uczuć.

Ten taniec nie pomaga żadnej ze stron. A jednak weszłyśmy w ten zgubny układ z facetami. 

Nie zrozumcie mnie źle – nie mówię, że robimy to wszystkie; nie mówię, że wszyscy faceci to robią. Staram się opisać pewne zjawisko równie prawdopodobne jak to, że w styczniu na ogół jest zimno i śnieżnie, co nie znaczy, że nie zdarzają się cieplejsze i bezśnieżne dni. Wiele kobiet zajmuje się obsługą emocjonalną swoich partnerów i swojego bliskiego otoczenia, chociaż na pewno zdarzają się sytuacje, kiedy to partner zajmuje się obsługą emocjonalną partnerki. 

Jak Azjata

Woman is the Nigger of the World (Kobieta jest Murzynem świata) – śpiewał John Lennon, opisując trudną sytuację kobiet. Badania psychologiczne dowodzą, że kobieta jest nie tyle Murzynem, co Azjatą świata.
Jak pokazują badania prof. Bogdana Wojciszke, spostrzeganie ludzi, siebie samego, a także grup społecznych odbywa się na dwóch głównych wymiarach. Pierwszy z nich to wymiar sprawczości. Obejmuje on takie cechy, jak: pewny siebie, skuteczny, ambitny, sprawny, pomysłowy, posiadający silną wolę oraz skłonności przywódcze. Z badań przeprowadzonych przez Bogdana Wojciszke i Aleksandrę Cisło wynika, że sprawczość silnie koreluje z męskością rozumianą jako przypisywanie sobie cech uznawanych za męskie. Z kolei drugi wymiar percepcji – wspólnotowość – obejmuje takie cechy, jak: wyrozumiały, opiekuńczy, uczynny, współczujący, wybaczający, poświęcający się dla innych i skłonny do kompromisu. Ten wymiar silnie koreluje z kobiecością.

Przedstawiciele kultur indywidualistycznych (amerykańskiej czy zachodnioeuropejskich) bardziej opisują siebie na wymiarze sprawczości i od tego aspektu uzależniają swoją samoocenę. Z kolei przedstawiciele kultury kolektywistycznej (kraje Dalekiego Wschodu) ujmują siebie w aspekcie wspólnotowym, w relacjach z innymi ludźmi i od tego uzależniają swoje poczucie własnej wartości. 

Badania Wojciszke i Cisło pokazały, że sprawczość (a nie wspólnotowość) dodatnio wiąże się z różnymi wskaźnikami zdrowia psychicznego: im wyższa sprawczość, tym większe poczucie szczęścia, lepsza/wyższa samoocena i zadaniowe reagowanie na stres, a mniejsza skłonność do depresji i lęku.

Sprawczość jest korzystna dla jej posiadacza, oznacza bowiem koncentrowanie się na własnych celach.

Oprac. dk na podst.: Bogdan Wojciszke, Marta Cieślak, „Orientacja sprawcza i wspólnotowa a wybrane aspekty funkcjonowania zdrowotnego i społecznego”, „Psychologia Społeczna”, 2014, nr 3 (30) 

 

Unieszkodliwić miny

Co składa się na wysiłek podejmowany w takiej sytuacji najczęściej przez kobietę? Pierwszym jego elementem składowym jest stan czujności, który pojawia się właściwie zawsze, kiedy na naszej drodze staje drugi człowiek. Oczywiście, owa czujność jest bez porównania słabsza, gdy rozmawiamy z panią z kiosku – wtedy jesteśmy jakby w trybie stand-by, niż kiedy otwieramy drzwi pierwszym z dwunastu gości, którzy właśnie przyszli do nas na Wigilię – a wiemy, że wujek nie znosi drugiego wujka, a szwagier ma na pieńku z synową… 

Tak więc, po pierwsze, czujność. Drugim składnikiem wysiłku jest praca emocjonalna, potocznie nazywana rozkminą albo dzieleniem włosa na czworo. Która z nas tego nie robiła? „Widziałaś, jak ona się na mnie popatrzyła? Ciekawe, o co jej chodzi?” „Słyszałaś, co on jej powiedział? Co miał na myśli?” Rozkmina to przyglądanie się pod lupą wymianom zdań i minom, jakie im towarzyszyły, analizowanie westchnień i spojrzeń – a wszystko po to, żeby wniknąć w cudze stany emocjonalne.

Niektóre z nas robią to naprawdę starannie, dochodząc do takiego poziomu szczegółowości, jaki opisywała w swojej piosence Amelia Curan, kiedy śpiewała: „have a shadow of shadow of doubt in my mind”. Czyli nie tylko wątpliwość, nie tylko cień wątpliwości, ale wręcz cień cienia wątpliwości – tak to robią mistrzynie. 

Co się wydarza dalej? Kiedy już dzięki swojej czujności zebrałyśmy materiał do rozkminy i dokonałyśmy jej – czasem bardzo szczegółowej i z pomocą przyjaciółki, a czasem szybkiej, prawie zautomatyzowanej, bo mistrzyniom fachu po latach wystarcza czasem kilka sekund – pora przystąpić do działania. W tym momencie z wartowniczki stajemy się saperem, a raczej saperką, która stawia sobie za cel rozbrojenie zaminowanego pola. Na ogół oznacza to przywrócenie zachwianej równowagi emocjonalnej – cudzej, nie naszej – do stanu sprzed zachwiania. 

Wróćmy do przykładu z Jarosławem. Aby uniknąć nadziania się na minę, pospiesznie staramy się zmienić temat. Albo udajemy, że się z kimś zgadzamy, bo wiemy, że nasza niezgoda stałaby się zarzewiem konfliktu lub przynajmniej popsuła komuś humor… 

Albo zaczynamy „bronić” dziecka, kiedy ojciec coś mu zarzuca. 

Albo zaczynamy tłumaczyć ojca, kiedy dziecko się na niego o coś wścieka. 

Albo przepraszamy pana taksówkarza, że kurs taki krótki, ale mamy ciężką walizkę. Albo słuchamy jego opowieści, żeby mu nie było przykro, chociaż po ciężkim dniu marzymy tylko o tym, by nikt do nas nic nie mówił. 

Albo widzimy chmurną minę naszego partnera i zaczynamy go za coś wychwalać – nie dlatego, że to akurat chciałyśmy powiedzieć, ale by jego minę rozminować. 

Albo desperacko szukamy jakiegoś tematu rozmowy, bo od czterech sekund trwa cisza. 

Albo widząc, jak nasze dziecko spuszcza oczy, ruszamy do akcji: „Źle się czujesz? Smutno ci? Ktoś ci zrobił przykrość? Powiedz mi, wiesz, że mnie możesz wszystko powiedzieć!”.

Pozostajemy wciąż czujne, rozkminiamy to, co udało się nam zaobserwować, a potem pracujemy, by przywrócić światu dobre samopoczucie. Mamy dobre intencje, często jesteśmy skuteczne – w czym więc problem?

Niepohamowana troska

Czy nie zanadto przejmujesz się innymi?
Pomyśl o ludziach ci bliskich – rodzinie i przyjaciołach. Przeczytaj stwierdzenia poniżej i określ, na ile każde z nich odnosi się do ciebie: 1 – zdecydowanie nie, 2 – nie, 3 – trudno powiedzieć, 4 – tak, 5 – zdecydowanie tak.

  • Zawsze stawiam potrzeby innych przed własnymi. 
  • Mogę czuć się szczęśliwy tylko wtedy, kiedy inni są szczęśliwi. 
  • Nie potrafię odmówić, gdy ktoś prosi mnie o pomoc. 
  • Czuję się okropnie, gdy nie jestem w stanie pomóc komuś w potrzebie. 
  • Największą przyjemnością dla mnie jest sprawianie radości innym. 
  • Rezygnuję z własnych marzeń lub planów, jeżeli są sprzeczne z pragnieniami kogoś bliskiego. 
  • Często postępuję wbrew sobie, aby nie sprawić innym przykrości. 
  • Dobre relacje z innymi są dla mnie ważniejsze od sukcesu. 
  • Bardziej potrafię zadbać o innych niż o siebie. 

Zsumuj punkty. Im wyższy wynik, tym większa jest twoja gotowość do niepohamowanej troski o innych, ich uczucia i potrzeby. Dzieje się to jednak niekiedy kosztem twoich potrzeb. Z badań Bogdana Wojciszke i Aleksandry Cisło wynika, że niepohamowana wspólnotowość wiąże się ze skłonnością do lęku i depresji, obniżoną samooceną oraz nasiloną skłonnością do reagowania na stres w sposób emocjonalny i unikowy. 

Oprac. na podst.: Bogdan Wojciszke, Monika A. Szlendak „Skale do pomiaru orientacji sprawczej i wspólnotowej”, „Psychologia Społeczna”, 2010, nr 1(13).
 

 

Emocjonalna orka

Pierwszym problemem są niewidzialne koszty. Psychologowie zajmujący się stresem już dawno odkryli, że stan pobudzenia, czujności jest kosztem, a długotrwałe przebywanie w tym stanie wyczerpuje nasz rezerwuar energii. Innymi słowy, wykonując ciągle pracę emocjonalną, zużywamy energię. 

Kodeks pracy stanowi, że dzień roboczy ma 8 godzin, co daje 16 godzin na dobę, kiedy mamy prawo nie pracować; weekendy są wolne (przynajmniej teoretycznie). Jednak wykonywanej przez kobiety pracy emocjonalnej nie reguluje żaden kodeks, a my same bywamy dla siebie dość bezlitosnym pracodawcą, zaprzęgając się do roboty przez większość czasu, kiedy nie śpimy – a zdarza się nawet, że nie możemy spać, bo rozszalała maszynka rozkminy w naszych głowach nie chce się zatrzymać. 

Drugim problemem jest to, że wyręczając mężczyzn w rozpoznawaniu uczuć i wracaniu do emocjonalnej równowagi, umacniamy ich emocjonalną niekompetencję. Jeśli mamy naprawdę im w tym pomóc, a przynajmniej nie utwierdzać ich w pewnej – nie bójmy się tego słowa – dysfunkcji, warto przestać ich wyręczać. 

Trzecia konsekwencja wolontariackiej emocjonalnej orki, którą często na siebie bierzemy, związana jest z prostym faktem, że nie da się równocześnie kierować strumienia uwagi na siebie i na innych. Wykonaj prosty eksperyment – spróbuj równocześnie popatrzeć w prawo i w lewo. Nie da się tego zrobić. Tak samo nie da się równocześnie skupiać na swoim i cudzym stanie emocjonalnym. Jeśli na okrągło zajmujemy się cudzymi emocjami, siłą rzeczy stale odwracamy uwagę od własnych. 

Co jest dla mnie OK, a co nie? Na co się nie godzę? Co mnie złości? Co mnie raduje? Czego potrzebuję więcej? Czego potrzebuję mniej? Na wszystkie te pytania mogę nie znać odpowiedzi, mogę tych pytań w ogóle sobie nie postawić, jeśli swoim czułym barometrem będę badać tylko innych. O sobie zapominając. A stawka jest wysoka: bycie w kontakcie z sobą, życie z samym sobą w zgodzie. Czy może być coś ważniejszego? 

Przypisy