Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Widz na smyczy

112

Teatralizacja towarzyszy człowiekowi od momentu, kiedy zaczął myśleć. Tworzył wokół siebie niezwykłą, skondensowaną rzeczywistość: malował się, udawał kogoś innego, zaklinał deszcz. To trwa do dzisiaj, zmienia się tylko forma - opowiada Zbigniew Zapasiewicz.

Zbigniew Zapasiewicz jest wybitnym aktorem, reżyserem i profesorem Akademii Teatralnej w Warszawie. Zagrał dotąd ponad 100 ról teatralnych, filmowych i TV (m. in. ostatnio nagrodzoną na Festiwalu Szekspirowskim rolę Króla Leara, nagrodzone role w filmach: „Barwy ochronne” i „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”). Pracował w wielu teatrach warszawskich, ostatnio związany jest z Teatrem Powszechnym.

Krzysztof Jedliński: – Wyobrażam sobie, że aktor na scenie musi o wiele mocniej okazywać uczucia, niż dzieje się to w życiu codziennym. Oglądałem Pana w roli Króla Leara, postaci przepełnionej emocjami. Czy jest tak, że przy każdym wyjściu na scenę przeżywa Pan tę postać równie intensywnie, czy z czasem pojawia się coś w rodzaju rutyny?
Zbigniew Zapasiewicz: – To nieprawda, że my, aktorzy, pokazujemy emocje inaczej, niż ludzie normalnie je okazują. Być może bardziej wyraziście – ale czy są one intensywniejsze? Uważam, że życie każdego człowieka jest rodzajem scenariusza, pełnego akcji, kontrakcji, zdarzeń, przygód. Pamiętamy rzeczy ważne, nie pamiętamy szczegółów; pamiętamy sytuacje, które wywołały w nas bardzo intensywne emocje, pamiętamy intensywne przygody, pamiętamy, jak na nie reagowaliśmy. Aktorstwo nie jest niczym innym, jak próbą zanalizowania emocji; posługujemy się skondensowanym scenariuszem, który nie opowiada o tym, że król wstaje, że się myje. Nie opowiada rzeczy zbędnych, które są elementem życia codziennego i dają oddech emocjonalny. Na scenie tego nie ma, dlatego emocje aż kipią. My, aktorzy, mamy te emocje w sobie. Wywołujemy je na okoliczność zdarzeń przewidzianych w scenariuszu. Moja psychika wierzy, że sytuacja, w której się znajduję, jest prawdziwa, co nie znaczy, że wyłączam całkowicie mózg i grając Otella, uduszę Desdemonę. Muszę pamiętać, że jestem aktorem, a to jest moja koleżanka. Całkowite zatracenie się aktora w roli przestaje być sztuką, staje się ekshibicjonistycznym popisem.

– Czy aktorstwo jest wyczerpującym zajęciem?

– Każdy zawód, dobrze wykonywany, jest wyczerpujący.

– W tym zawodzie pracuje się sobą...
– Tak, ale to jest związane bardziej z wewnętrzną dyscypliną pracy. Przygotowanie roli jest procesem, to nie jest kwestia nauczenia się tekstu na pamięć. To jest nauczenie się sztucznego świata, który narzuca scenariusz. Wracając przy okazji do wcześ-niejszego pytania: w pamiętnikach męża Modrzejewskiej jest opowieść o tym, jak grała scenę, w której dowiaduje się o śmierci matki. Grała tę scenę wstrząsająco. Zdarzyło się tak, że ktoś nieopatrznie przed kolejnym spektaklem wręczył jej depeszę informującą o śmierci matki. Wyszła na scenę, zaszlochała, zaryczała... „Dziś chyba byłam genialna” – powiedziała po spektaklu do męża. Mąż odpowiedział: „To było najgorsze przedstawienie, jakie w twoim życiu słyszałem”. Ona uważała, że odkryła przed widzami własną tragedię, a widzowie byli prawdopodobnie zażenowani, bo widzieli, że z tą kobietą dzieje się coś, nad czym ona nie panuje. Bo ona im nie opowiadała, tylko pokazywała... Mnie nie wzrusza kobieta, która płacze i mówi, że zbił się jej ulubiony garnek. Widać, że ta pani coś udaje, pokazuje jakąś straszną tragedię, która mnie nie przekonuje. Ona jednak nie ma obowiązku komponować, natomiast artysta ma obowiązek komponować i panować nad tą kompozycją.

– Co to znaczy komponować?
– Musi używać środków celowych, zaplanowanych na określony moment. Musi tak prowadzić widza, aby ten szedł za nim ścieżką jego emocji jak na smyczy. Jeśli tę smycz puści i zejdzie w tereny, których nie kontroluje, to widz się gubi i mówi: „Pięknie gra, ale ja nic nie rozumiem”. Widz przyszedł po to, by dać się wciągnąć w tę grę.

– Czy można zatem mówić o służbie przekazu?
– To jest bardzo dobre określenie. My czujemy aktywność widza, która może się różnie objawiać. W garderobie mówimy, że przedstawienie „weszło” albo „nie weszło”. Tworzy się interakcja, jak w grze w tenisa, następuje wymiana piłek. Czasem jest tak, że partner serwisu nie przyjmuje i człowiek myśli: „Po co ja gram, jak mi nikt piłki nie oddaje”.

– Co się dzieje, gdy gra zbliża się do granic własnych przeżyć? Co Pan robi, żeby utrzymać się w tym komponowaniu, w ramach formy?

– Są takie scenariusze, w których postać grająca przeżywa bliskie mi przygody, bliskie mi napięcie emocjonalne. Trudno mi dać jakiś przykład z życia. Kiedy dziennikarz pyta mnie o najbliższą mi rolę – nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Ja nie chcę tego wiedzieć, bo boję się właśnie, że tę granicę przekroczę. W fazie prób ciągle szukam odpowiedzi, czy dobrze będzie odwołać sie do własnego doświadczenia, czy lepiej będzie przekazać sprawę w sposób zakomponowany – mógłbym się przecież inaczej zachować i to próbuję w sobie wywołać.

– Zatem jest to bardzo skomplikowany proces decyzyjny?
– Tak, bierze w nim udział także reżyser, który ogląda z zewnątrz i koryguje. Jeżeli jest dobrym reżyserem, ma obowiązek wybrać spośród moich propozycji tę, która wydaje mu się najtrafniejsza. Mówię moim studentom: „Poszukaj, co chcesz zrobić z partnerem, kiedy mówisz, że on jest biedny; dlaczego mu to mówisz, co chcesz w nim wywołać – nad tym się zastanów”. Buduje się konflikt, działania i słowa zaczynają nabierać życia.

– To przypomina coś, co nazywa się terapią poznawczą: zakłada ona, że pod różnymi emocjami kryją się pewne postawy, pewne myśli...

– My nazywamy to intencjami, Stanisławski nazywał to podtekstem. To działania po coś. Nie każdy je jednakowo przeżywa, nie wszystko w życiu jest nam dane. Ktoś mówi: „Nie byłem zdolny do miłości” – kłamie, był zdolny. Mógł nigdy się nie zakochać, ale był zdolny, tylko okoliczności były takie, że nie znalazł nikogo, komu mógłby się oddać. Inny przekonuje: „Byłem niezdolny do uderzenia kogokolwiek” – kłamie, był zdolny, tylko tak się ułożyło jego życie, że nikogo nie uderzył. Scenariusz pańskiego życia nie pozwolił panu na zabicie kogoś, znienawidzenie kogoś, zakochanie się w kimś, naplucie komuś w twarz... Ale gdyby okoliczności były inne, to wszystko mogłoby się zdarzyć. Aktorstwo ma tę wspaniałą cechę, że daje możliwość uzupełnienia swoich doświadczeń, dowiedzenia się czegoś o sobie.

– Czy zawód aktora pomaga w takim wewnętrznym wzbogacaniu się?
– Szalenie. Zagrałem w swoim życiu mnóstwo ról, grywałem równolegle kilka rzeczy. sumowanie tych doświadczeń – czy potrafię uprawdopodobnić jakąś sytuację, czy widz w to uwierzy, czy będę miał chwilę refleksji – to nie jest tak, że wychodzę i jestem lepszy, ale jakieś „kropelkowe” działanie. Ale gdybym się oddawał roli do końca, przenosiłbym jej doświadczenia na własne życie – byłbym wtedy w Tworkach, a nie tutaj. W momencie zakończenia spotkania z tym człowiekiem, jakiego grałem, znów jestem sobą.

– Czy to jest trudne?
– Dla mnie nie, ale miałem kiedyś kolegę, który po przedstawieniu zawsze siedział przed lustrem w kostiumie. Pytam go pewnego razu, dlaczego nie idzie do domu. A on na to: „Bo ja jeszcze chwilę muszę z nim pobyć”. Chodzenie na wódkę nie było takie bezzasadne – bo to był rodzaj odtrutki. Grając postać, szuka się powodów jej postępowania, nawet jeżeli jest ono okrutne. Co doprowadziło Otella do tego, że zabił? Można pomyśleć: fikcja, ale czytam w „Polityce” reportaż o tym, jak kulturalna szanowana pani, emerytowana nauczycielka francuskiego z Żoliborza, zakochała się z wzajemnością w statecznym sąsiedzie. Mieszkali oddzielnie, ale byli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy