Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie , osobowość

24 listopada 2015

Vademecum podróży przez życie

109

Wybierając własną drogą, przemyślmy, co da nam szczęście. Czy punkt, do którego dotrzemy, by niekiedy doznać „smutku spełnionych baśni”? A może ważniejsza jest sama podróż?

Nasza droga przez życie zaczyna się w punkcie, którego nie możemy wybrać. Jedni z nas zostali rzuceni w puszczę, gdzie jest tylko jedna, na dodatek mało wygodna ścieżka. Inni od początku mają do dyspozycji wygodne autostrady. Przez pierwsze lata życia decyzje podejmują rodzice, ale przychodzi moment, gdy mamy szansę wybierać samodzielnie. Skorzystamy z niej, czy pójdziemy tam, gdzie koledzy? Czasem dostępny jest punkt, gdzie możemy dostać mapę, przewodniki. Czy sięgniemy po tę wiedzę, czy też zawierzymy własnemu instynktowi? Czy wybierzemy samotną wyprawę na szczyt, czy wolimy wędrować w grupie? Kogo zabierzemy w tę podróż? Co się stanie, gdy nasz partner nie zechce iść z nami dalej? Czy myślimy tylko o swojej drodze, czy też ważniejsze jest znaczenie naszej podróży dla innych?

Złudzenie raju
Wybierając drogę, kierujemy się atrakcyjnością punktu docelowego – wyobrażamy sobie, jak będziemy szczęśliwi, gdy spełni się nasze marzenie. Albo przeciwnie – jak będzie nam źle, gdy potwierdzą się nasze obawy. Zwykle przeceniamy przewidywany wpływ zdarzeń, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Gdy zastanawiamy się, czy wyjechać do pracy za granicą, koncentrujemy się na jednym tylko aspekcie: wysokości zarobków, zapominając o kosztach, na przykład rozłące dzieci i dziadków. Podobnie błędnie uważamy, że mieszkańcy słonecznych rejonów są szczęśliwsi od tych, którzy na co dzień mają mało słońca, choć ładna pogoda z pewnością nie jest jedynym wyznacznikiem szczęścia. Takie oparcie przewidywania przyszłych odczuć na jednym tylko pozytywnym wymiarze nazywa się złudzeniem raju.

Analogicznie można mówić o złudzeniu beznadziei, gdy jesteśmy przekonani, że utrata partnera albo pracy na długo nas unieszczęśliwi. A przecież – czego nie uwzględniamy w swoich przewidywaniach – nadal będziemy doświadczać różnych innych życiowych przyjemności, nawet jeśli tuż po rozstaniu wydaje nam się to niemożliwe.

Próbując przewidzieć, co się nam zdarzy, zapominamy, że czas odbieramy podobnie jak przestrzeń: dokładnie widzimy szczegóły tylko tego, co jest blisko, co zdarzy się jutro. Zdarzenia, które mają nadejść za rok, „widzimy rozmazane”, podobnie jak to, co zdarzyło się rok temu. Gdy ktoś poprosi mnie, bym poprowadziła wykład w tym miesiącu, odmówię. Ale jeśli wykład ma być dopiero za rok, zapewne się zgodzę, jeśli tylko uznam, że projekt jest wart poparcia. Dlaczego? Bo w moim umyśle jakiś dzień w przyszłym roku jest czystą kartą, nie ma tam zapisów żadnych zobowiązań i codziennych działań, takich jak zaległe spotkania ze znajomymi albo sprzątanie, nie ma także zmęczenia, które czuję teraz. Natomiast zdarzenia bliskie w czasie są w naszym umyśle reprezentowane w sposób konkretny – z uwzględnieniem szczegółów, warunków działania i silniejszych emocji. Pokazano to w wielu badaniach, także w naszym laboratorium. Studentom oferowano bilety na koncert lub na siłownię – mogli je wykorzystać już w najbliższym tygodniu albo dopiero za rok, gdy będą mieli wolny czas. Bilety na przyszły rok oceniali jako atrakcyjniejsze, bo wydawało im się, że wówczas będą mieli więcej wolnego czasu. Nam też często tak się wydaje.

Większość badanych, gdy ma do wyboru: dostać 19 dolarów już dziś albo poczekać na 20 dolarów do jutra, wybiera pierwszy wariant. Nie chcemy czekać, wolimy nieco mniej, ale od razu. Natomiast jeśli perspektywa czasu się wydłuża i stajemy przed wyborem: 20 dolarów za rok albo 19 dolarów za
364 dni, czyli dzień wcześniej – większość wybiera wariant pierwszy. Czekanie jeden dzień dłużej w przyszłości jest mniej przykre niż czekanie dzisiaj.
Wyraźne szczegóły bliskiej przyszłości sprawiają, że wydaje się nam ona bardziej realna, a co za tym idzie – odczuwamy też większy niepokój i większą ekscytację tym, co ma się zdarzyć wkrótce (ma to odzwierciedlenie w większej aktywności mózgu).

Na co nas stać
Kiedy wybieramy życiową drogę, musimy ocenić koszty podróży i określić, na co nas stać. Tu ujawnia się nasz poziom aspiracji – od niego zależy, jak trudny szlak wybierzemy i w jaki sposób dokonamy wyboru. Możemy chcieć zdobyć jeden bardzo stromy szczyt (mamy jeden bardzo ambitny cel) lub też próbować zaliczyć wiele różnych wzniesień – mieć osiągnięcia w pracy, w rodzinie i w życiu towarzyskim… Osoba motywacyjnie mądra nie chce osiągnąć zbyt wiele – nie nakłada na siebie obciążeń większych niż te, które jest w stanie udźwignąć.

Różnimy się jednak między sobą. Są wśród nas tak zwani maksymaliści i są satysfakcjoniści. Ci pierwsi w sytuacji wyboru chcieliby sprawdzić prawie wszystkie opcje, by wybrać najlepszą. Kupując coś, nie spoczną, póki nie obejdą wszystkich sklepów, nie przejrzą wszystkich stron w internecie, porównując ceny i parametry produktu. Ci drudzy przerywają poszukiwania, gdy znajdą opcję możliwą dla nich do przyjęcia, wystarczająco dobrą. Którzy mają się lepiej? Choć, jak pokazano w badaniach, maksymaliści znajdują pracę z pensją o 20 proc. wyższą i kupują produkt nieco taniej, to są i z pracy, i z nabytku dużo mniej zadowoleni niż ich mniej maksymalistycznie nastawieni koledzy. Coś za coś.

Ważny jest także temperament, a konkretnie jeden z jego wymiarów – reaktywność, czyli stosunek siły reakcji do siły bodźca. Niektórzy wykładowcy, gdy o tym mówią, przewracają w tym momencie krzesło. Część osób podskakuje w reakcji na ten niespodziewany bodziec, zaś część siedzi spokojnie. Ten sam bodziec, a jak różna siła reakcji. Osoby silnie reagujące na nowe, nieprzewidywalne bodźce, określamy mianem wysoko reaktywnych. Nisko reaktywni są bardziej odporni i mogą sobie pozwolić na częstsze zmiany kursu lub morderczy marsz pod górę. Wysoko reaktywni muszą robić przerwy i potrzebują mniejszego poziomu pobudzenia, by osiągnąć szczyt efektywności.

Adaptatorzy i innowatorzy
Różnimy się też pod względem elastyczności. Jej znaczenie podkreślają autorzy różnych teorii psychologicznych. Dr Michael Kirton, brytyjski psycholog, autor książki Adaption-Innovation, rozróżnia ludzi, którzy swoje zadania starają się wykonywać coraz lepiej, i tych, którzy chcą je wykonywać coraz to inaczej. Ci pierwsi, zwani adaptatorami, udoskonalają podróż wybraną drogą; ci drudzy – innowatorzy – szukają skrótów i nowych ścieżek. Każdy z tych typów ma wady i zalety.
Adaptatorzy działają w sprawdzony i wypróbowany wcześniej sposób. Są precyzyjni, niezawodni i metodyczni. Cenią skuteczne rozwiązania. Rzadko kwestionują zasady – jedynie wtedy, gdy czują wsparcie. Mają mniej pomysłów, bowiem poszukują rozwiązań zapewniających sukces. Tymczasem innowatorzy kwestionują założenia wyjściowe. Często eksperymentują i redefiniują problem. Reguły i struktury spostrzegają jako coś, co ich ogranicza i utrudnia postęp. Chcą rozwiązać problem w nowy sposób. Mają „fantazyjne” pomysły, ekscytują się nimi, łatwiej tolerują pomyłki. Bywają postrzegani jako niezdyscyplinowani i oderwani od rzeczywistości.
Kim lepiej być: adaptatorem czy innowatorem? Oba podejścia są potrzebne. Najlepiej, gdy te dwa typy osób wędrują razem, choć często powinny zaprosić do grupy kogoś elastycznego, kto zrozumie ich odmienność. Takie osoby Kirton nazywa w swojej koncepcji pomostami.

Pragmatycy i pryncypialiści
Prof. Mark Snyder, psycholog z University of Minnesota w USA, twórca teorii self-monitoringu, wyodrębnia społecznych pragmatyków i pryncypialistów – różnią się oni gotowością uwzględnienia wymagań sytuacji. Społeczny pragmatyk potrafi obserwować swoje zachowanie i zmieniać je tak, by dostosować się do oczekiwań i zachowań innych ludzi. Przygotowując wykład, zastanawia się, czego chcieliby się dowiedzieć słuchacze. Łatwiej mu wędrować różnymi drogami, z różnymi osobami, potrafi się bowiem łatwo przystosowywać, jeśli tego chce. Myśli o sobie jako o kimś, kto cały czas się zmienia. Społeczny pryncypialista niechętnie dostosowuje się do wymogów sytuacji, nie podejmuje świadomych wysiłków w tym kierunku. Przygotowując wykład, zastanawia się, co chciałby powiedzieć. Nie dostosowuje przekazu do słuchaczy i słabiej niż pragmatyk reaguje na sygnały z sali. Jest skoncentrowany na swoim wykładzie.

Podobne różnice można zaobserwować...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy