Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

TRUDNA DROGA DO PRZEBACZENIA

67

Charakterystycznym rysem ostatnich lat jest społeczny dyskurs o przeszłych, indywidualnych oraz grupowych winach i zasługach, wyrządzonych i doznawanych krzywdach.KRYSTYNA SKARŻYŃSKA tłumaczy, dlaczego w życiu potrzebne jest przebaczenie.

Publicznie wyznawane są własne winy, żale i cierpienia, prośby o przebaczenie i deklarowane zamiary przebaczenia doznanych krzywd. Jedni przepraszają za PZPR, inni – za „Solidarność”. Ofiary masowych przesiedleń domagają się zadośćuczynienia za cierpienia sprzed dziesiątków lat, a jednocześnie publicznie artykułowane bywają prośby o wybaczenie krzywd wyrządzonych wysiedlonym Niemcom, Ukraińcom i Łemkom. Rok temu byliśmy poruszeni słowami prezydenta Kwaśniewskiego, który przepraszał naród żydowski za zbrodnie Polaków w Jedwabnem, a także wystąpieniem rabina Bakera, który mówił o wspólnym żalu i potrzebie wybaczenia.

Dyskusje o wyrządzanych i doświadczanych krzywdach dużych grup społecznych, narodowych czy etnicznych nie są naszą krajową specyfiką. W różnych miejscach świata toczą się publiczne spory na temat winy, kary i przebaczenia. Australijczycy dyskutują o cierpieniach zadanych aborygenom, prezydent Clinton przeprasza Amerykanów za swoje prywatne zachowania, a IRA – ludność cywilną za wyrządzone jej krzywdy. Wiele mówi się i pisze o krzywdach apartheidu w Afryce Południowej czy o cierpieniach przesiedlonych Niemców.

Społeczny odbiór tych dyskusji, przeprosin i próśb o wybaczenie bywa bardzo różny. Dla jednych jest to niepotrzebne rozdrapywanie ran bądê przejaw akceptowania zbiorowej odpowiedzialności. Dla innych – „przywracanie pamięci”, „droga do sprawiedliwości” lub „powrót do normalności i zdrowia”. A jak to wygląda z perspektywy psychologicznej? Do czego i dlaczego potrzebne są ludziom i narodom publiczne rachunki krzywd, przeprosiny, wyrażany żal i łzy, a w końcu – wybaczenie? Dlaczego trzeba wielu lat, by społeczności zdecydowały się na przeprosiny i zechciały wybaczenia? Spróbujmy przyjrzeć się procesowi dojrzewania do wybaczania i pojednania, odwołując się do społecznej reakcji na zbrodnię w Jedwabnem, popełnioną 60 lat temu, oraz do wyników badania sondażowego studentów, które przeprowadziłam w czerwcu tego roku razem z Moniką Rakusą-Soszyńską.

Publiczna wymiana opinii na temat zbrodni w Jedwabnem pokazuje, jak bardzo różnimy się w percepcji i ocenie tego, co i dlaczego wtedy się zdarzyło, a w związku z tym – także w kwestii potrzeby i formy wyrażenia skruchy czy przeproszenia. Dokonywane były rekonstrukcje wydarzeń, opowiadane rozmaite wspomnienia z życia tamtejszej społeczności. Dla rodzin ofiar, świadków, żyjących jeszcze sprawców oraz ich rodzin – owe wspomnienia musiały być bardzo bolesne. Prawdopodobnie osoby te przeżywały konflikt między potrzebą wykrzyczenia (nareszcie) swoich cierpień, bólu, strachu i krzywd a naturalną potrzebą usunięcia tych traumatycznych przeżyć ze świadomości, wyrzucenia ich z pamięci. Z psychologicznego punktu widzenia, dla zdrowia psychicznego i fizycznego tych ludzi, otwarte opowiadanie o doznawanych (a nawet i urojonych) krzywdach ma znaczenie terapeutyczne. Trzeba przeżyć bezgraniczny smutek, wielokrotnie opowiedzieć swoje długo ukrywane historie, aby przyjąć odpowiedzialność za siebie i swoją teraêniejszość – to wniosek z obserwacji wielu osób, które doświadczyły lub były świadkami traumatycznych wydarzeń.

Dlaczego więc tak wielu Polaków ma opory przed publicznym roztrząsaniem dawnych urazów, przepraszaniem i wybaczaniem doznanych krzywd? Ważnym psychologicznym powodem tej niechęci jest potrzeba zachowania pozytywnej tożsamości grupowej oraz korzyści płynące z przyjmowania roli ofiary. Inna przyczyna to specyficzne, subiektywne rozumienie sprawiedliwości jako prostego odwzajemniania relacji.

Ważną potrzebą człowieka jest zachowanie pozytywnego obrazu własnej osoby i grupy, z którą czuje się związany. Dlatego też, gdy zrobimy coś złego lub gdy o straszny czyn obwinia się członków naszej grupy – staramy się jakoś ten czyn usprawiedliwić. Częstą formą usprawiedliwiania własnych przewinień jest przyjęcie roli ofiary sprowokowanej przez niecne czyny innych, dążącej do „przywrócenia sprawiedliwości”. Nawet sprawcy tortur czy seryjnych morderstw widzą siebie jako ofiary prowokacji. Dla Polaków taka forma usprawiedliwienia jest szczególnie dostępna poznawczo, bowiem myślenie w kategorii ofiar zakorzeniło się w polskiej tradycji. Wielu współczesnych myśli o sobie jako o ofiarach cudzych krzywd. Badania Sopockiej Pracowni Badań Społecznych pokazują, że w roku 1994 tylko 16 proc., a w 1998 – 30 proc. Polaków nie czuło się skrzywdzonymi. Sprawcami naszych krzywd są przeszłość i teraêniejszość, stary i nowy reżim, rządzący i nowobogaccy, prywatyzacja i brak prywatyzacji, Niemcy, Rosjanie i ?ydzi – dla niektórych świat składa się wyłącznie z krzywdzicieli. Trwałe poczucie krzywdy ma kilka poważnych konsekwencji psychologicznych.

Po pierwsze, ofiary myślą o jakiejś formie „wyrównania krzywdy”, o odwecie, zemście, jakiejś korzystnej zamianie ról ze swoimi prześladowcami. Wyobrażają sobie, iż akt zemsty pozwoli im pozbyć się własnego bólu, wstydu, upokorzenia, a także własnej bezradności; przywróci utracone poczucie siły i znaczenia. W świetle aktualnej wiedzy o tym, co działo się w lipcu 1941 roku w Jedwabnem, można przypuszczać, że przynajmniej część mieszkańców tego miasteczka czuła się skrzywdzona przez ?ydów i przypisywała im odpowiedzialność za nieszczęścia własne, rodziny lub sąsiadów. Psychologicznie nie jest ważne, kto rzeczywiście był sprawcą ich krzywdy. Mieszkańcy Jedwabnego skierowali swój gniew i zrzucili odpowiedzialność na tych, którym można było wtedy bezkarnie „wymierzyć sprawiedliwość”, a jednocześnie zyskać aprobatę ówczesnej groênej niemieckiej władzy. Jest więc prawdopodobne, że dopuścili się zbrodni w odwecie za własne krzywdy. Euforia nie mogła trwać długo, bowiem dokonanie aktu krwawej zemsty nigdy nie rekompensuje doznanej czy urojonej krzywdy. Psychologowie pracujący z osobami, które w wyniku różnych zdarzeń stały się ofiarami, między innymi z weteranami wojennymi czy ofiarami gwałtów, dowodzą, że ludzie dopuszczający się zbrodni w odwecie za własne krzywdy nie pozbywają się swoich objawów. Przeciwnie – cierpią na najpoważniejsze, najtrudniejsze do leczenia zaburzenia psychiczne i somatyczne (por. Lewis Judith Herman: „Przemoc. Uraz psychiczny i powrót do równowagi”, 1998). Sprawcy zbrodni motywowanej odwetem stają się ofiarami własnych czynów. Sądzę, iż tak mogło być również w Jedwabnem.

Po drugie, poczucie krzywdy egocentryzuje, wyzwala emocje skoncentrowane na samym sobie, zamyka na przeżycia i emocje innych. Ofiary czują tylko własny ból, stają się obojętne na cierpienia innych, bierne. Oczekują, że świat dostrzeże ich cierpienia czy krzywdy i że jakoś je wynagrodzi. Doznane krzywdy traktowane są często jak specyficzny rodzaj „wkładu”, upoważniający do lepszego traktowania. Rodzi to szczególną roszczeniowość ofiar; zdają się myśleć, że zasługują na więcej niż inni i że wolno im więcej – bo niesprawiedliwie cierpieli przez innych. Ludzie, którym przypisuje się etykietkę ofiary, są często postrzegani jako wysoce moralni czy cnotliwi, akceptuje się ich prawo do odszkodowań i reparacji finansowych. Otrzymują także wyrazy sympatii i wsparcie ze strony społeczeństwa. Racje moralne są zwykle po stronie ofiar. Skrzywdzeni sądzą, iż nie muszą się szczególnie starać, aby wygrywać w życiowej rywalizacji z innymi; mogą być bierni, bowiem „swoje wycierpieli” – i to jest rodzaj ich moralnej inwestycji. Innymi słowy, akceptacja roli ofiary może przynosić pewne nagrody, z których niechętnie się rezygnuje. A oczekiwanie zysków z roli ofiary poważnie utrudnia przebaczenie sprawcom krzywdy. Co więcej, czasami wzbudza agresję postronnych obserwatorów lub tych, wobec których ofiara kieruje swoje roszczenia; jest wtedy raczej samousprawiedliwianiem niż skutecznym sposobem polepszenia własnego losu.

Po trzecie, przyjęcie roli ofiary łączy się z nieufnością wobec świata. Osoby przeżywające trwałe poczucie krzywdy, na każdym kroku podejrzewają manipulację, złe intencje i fałsz. Tymczasem wiadomo, że zaufanie społeczne to cenny element kapitału społecznego: zwiększa aktywność społeczną, pobudza twórczość i innowacyjność, jest czynnikiem rozwoju jednostki i społeczeństwa. Niskie zaufanie społeczne znacząco obniża jakość życia. Nieufność bywa też pochodną braku zaufania do siebie samego, wyrazem własnego niesprostania wymaganiom chwili, zaniechania jakiegoś ważnego dla innych działania czy własnej w tym zakresie nieskuteczności. Bezradni świadkowie zbiorowego mordu mogą czuć się winni, bowiem sądzą, iż zawiedli: nie pomogli ofiarom. Skoro nie mogą ufać samym sobie, nie ufają także innym.

Nasza heroiczna interpretacja historii dostarczała wielu dowodów na to, że jesteśmy narodem męczenników, ofiarami międzynarodowych spisków i gry obcych interesów. Doświadczenie Jedwabnego mówi nam, iż byliśmy nie tylko ofiarami, ale także sprawcami krzywdy. Jesteśmy zdolni nie tylko do cierpienia za miliony, ale i do zadawania strasznych cierpień innym. Dyskusja o tym, co się zdarzyło 60 lat temu, może pomóc nam wyzwolić się ze społecznej identyfikacji Polaka z rolą ofiary. Również współcześni mieszkańcy Jedwabnego, opowiadając swoje historie i mówiąc o swoich dzisiejszych emocjach, mogą odnieść korzyść psychologiczną, jeżeli spojrzą na owe historie z różnych perspektyw. Okazuje się bowiem, iż w kontaktach między ludêmi, grupami społecznymi i wielkimi zbiorowościami – ofiary i sprawcy to często te same osoby. Kiedy mieszkańcy Jedwabnego sami przestaną czuć się ofiarami wścibskich dziennikarzy i innych, bliżej niezidentyfikowanych spisków, lepiej zrozumieją, co stało się 60 lat temu w ich miasteczku. Może będzie im łatwiej żyć, gdy dostrzegą winę sprawców zbrodni, ból ofiar, a także możliwość własnego udziału w budowaniu lepszej społeczności....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy