Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

17 czerwca 2016

To nie jest miłość, tylko znęcanie

122

Matkom dorosłych synów mówię: „Podziwiam, jak mogło dojść do takiego znienawidzenia dziecka. On ma czterdzieści lat, a ty go nadal ujeżdżasz. Za co go tak nienawidzisz? A ona krzyczy, że kocha... To nie jest miłość, tylko znęcanie się przez lata.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – „Synu, jak zrobisz krzywdę swojej żonie, to ty się u mnie nie pokazuj!” – takie zdanie z ust swojej przyszłej teściowej usłyszała pewna młoda kobieta. To było tuż przed ich ślubem. Kiedy to usłyszała, uznała, że złapała Pana Boga za nogi. Myślała, że to zapowiedź, jak będzie jej z nim dobrze...
LUBOMIRA SZAWDYN: – Nie zrozumiała, co matka jej narzeczonego chciała powiedzieć, co naprawdę chciała przekazać. To jest błąd, który popełniamy najczęściej – słyszymy, ale nie rozumiemy. A ta matka w jednym zdaniu powiedziała wszystko: że jest osobą ważną dla syna i że ona nim rządzi. Gdyby dziewczyna zechciała to usłyszeć, mocno zastanowiłaby się nad małżeństwem z tym panem. Bo to jest nie do pomyślenia i nie do przyjęcia, żeby dorosłemu człowiekowi matka mówiła, co ma robić.

Pozornie wydaje się, że w tym zdaniu jest tyle troski kobiety o drugą kobietę...
– To nadinterpretacja. Ja od razu słyszę, że ta pani zarządza swoim synem. A przynajmniej próbuje nim kierować i pokazuje, jaką ma władzę. To również wyraźny sygnał, że matka próbuje wkręcić w to zarządzanie przyszłą żonę syna: „Zobacz, jaką mam władzę. Słuchaj się, to będzie wam dobrze”. Ja bym od razu umówiła się z tą panią na sałatkę, zapytała, dlaczego ona to mówi, dlaczego do mnie, o co jej chodzi. Jeżeli nas coś niepokoi, to najlepiej wszystko wyjaśniać „na pniu”, dopytać. Inaczej nie zbudujemy relacji. Ta dziewczyna od razu jest spalona, bo to nie jest sprawa między nią a narzeczonym, tylko między nią a przyszłą teściową. Syn nie ma nic wspólnego z tym, w co ona wchodzi. Matka nie powiedziała niczego o synu, tylko o sobie, o swoich rządach w tym domu. Owszem, teoretycznie kieruje komunikat do syna, ale robi to tak, żeby usłyszała go przyszła synowa.

Jakie inne sygnały – werbalne i niewerbalne – są niepokojące?
– Na przykład „raporty”. Jeśli narzeczony raportuje rodzinie: „Mamusiu, jesteśmy teraz w górach, a teraz na basenie”, to też bym z nim siadła i zapytała, o co chodzi. Przecież dorosły człowiek nie raportuje. Pięćdziesięciolatkowie raportują swoim siedemdziesięcioletnim mamusiom, bo oni nie chcą dorosnąć. Jeśli buduję związek z człowiekiem, który dzwoni do mamusi i opowiada jej wszystko, to znaczy, że on w sensie emocjonalnym ma 6–7 lat i ciągle potrzebuje pochwały, nagany, opinii mamusi. Od razu widać, że on jest w związku, a właściwie w uwięzi z matką – w jego domu nie wybudowano więzi, tylko uwięź. Nie ma co się łudzić, że po ślubie to się zmieni. To jest małżeństwo z mamusią, która ma małego synka. Ona będzie z synkiem i jego żoną non stop – w sypialni, w kuchni, wszędzie. Jeśli żona będzie chciała wejść w rolę mamusi dla swojego męża, co jest dość częste – wiele kobiet mówi: „teraz on się mnie nie słucha, ale po ślubie to ja sobie z nim poradzę” – to od razu jest fighting. Dwie panie tłuką się o władzę nad tym małym dzieckiem. Myślą, że on jest dorosłym mężczyzną, ale on jest w tej rywalizacji między dwiema kobietami najmniej ważny. Podejrzewam, że takie dążenie do wygrania z teściową daje podobną adrenalinę jak gra hazardzistom. Kobiety to rajcuje, bo one myślą, że w życiu trzeba walczyć. Bo zapomniały, po co jest kobieta na tym świecie.

Na południu Francji są ogromne pola obsadzone melonami. Hektary melonów, a wszystkie przykryte kloszami – żeby wiatr nie dmuchnął, grad nie uderzył… Czy to nie jest tak, że dziś w relacjach matek z dziećmi też dominuje uprawa kloszowa, która nie kończy się nigdy? Mężczyźni najpierw są uwięzieni pod ochronnymi kloszami matek, a potem żon.
– Rolnicze terminy weszły do słownika terminów opisujących rodzinę i związki już na stałe. Seks się uprawia, dzieci się hoduje i tresuje. Kiedyś hodowało się świniaki… Onegdaj była u mnie sześćdziesięcioletnia mamusia. Przyszła wzburzona, bo szef korporacji, w której pracował jej niemal czterdziestoletni syn, wyrzucił ją z biura, gdy poszła negocjować pensję syna. Dostała takiej furii, że trzeba było wezwać pogotowie.
To nie jest tak, że ten klosz zostanie jakiejkolwiek żonie kiedyś oddany. Jeśli pojawia się rywalka, to matka idzie jak burza, bo nie chce stracić zysków płynących z władzy i możliwości zarządzania i tresowania. Bardzo często spotykam takie matki z biczem w ręku, prowadzę dla nich warsztaty psychoterapeutyczne. One nigdy się nie odczepiają, dzwonią do dorosłych dzieci, przeszkadzają im w pracy, no i w życiu. Nie mówię już o tych, które cierpią na syndrom pustego gniazda, gdy dziecko próbuje wyfrunąć. Ono nigdy w ich oczach nie straciło statusu dziecka. Zawsze ma poniżej dziesięciu lat. Zawsze jest pod kontrolą.

Dlaczego te matki tak się zachowują?
– Bo są zaburzone. Ja to traktuję jako zaburzenie emocjonalne, stworzyłam program i leczę takie kobiety. One są głęboko nieszczęśliwe. Gdy otrzymały możliwość kształtowania i zarządzania żywą istotą – doświadczyły tego, że ktoś się ich słucha i poczuły, że w takim trybie wreszcie mogą egzystować.

Dlaczego? Bo wtedy czują się potrzebne?
– Nie używam takich zwrotów. Za potrzebą to się chodzi w pewne miejsce z serduszkiem. Potrzeba to nawet za małe słowo, to są bardzo skomplikowane instynkty władzy. Dochodzi do uprzedmiotowienia syna przez matkę, które narasta latami, i jest totalnym uzależnieniem od określonych czynności, np. gdy syn nie raportuje, co dziś robił albo zamierza zrobić, to matka ma zespół odstawienia z czarnowidztwem, wizjami, że coś najgorszego się stało. Taka matka i syn są od siebie bardzo uzależnieni, bardziej niż żona alkoholika od jego rytmu picia. To jest zaburzenie, mówiąc językiem medycznym: choroba. Jak się z tej choroby wyleczą, nie mogą uwierzyć, że aż tyle odzyskały czasu – codziennie 4–5 godzin, kiedy czekały na raporty – i jak cudownie je można spożytkować! Chodzą na uniwersytety trzeciego wieku, zajmują się sąsiadami, uczą się nowych rzeczy. Nie mogą pojąć, jak to się stało, że tak dały się „wkręcić”.

One dały się „wkręcić”, a oni „wkręcali”, bo choć taka uwięź jest męcząca, to bywa również wygodna: mama ugotuje, uprasuje, a nawet pójdzie do szefa po podwyżkę dla syna…
– Nigdy nie zapomnę takiego teamu: 38-letni synek i mamusia, która przyszła do mnie do poradni i powiedziała, że chciałaby swojego synka leczyć z alkoholizmu, bo on jest taki wykształcony i fajny. Żadna kobieta i żadna praca nie była dla niego dobra. Coś robił, ale w sumie to głównie wypoczywał. Mam zwyczaj odwiedzania pacjentów w domu, bo wtedy diagnoza jest pełniejsza. Jako lekarz zaczynam wizytę od umycia rąk. Gdy weszłam do domu tej kobiety, najpierw poszłam do łazienki i… zaniemówiłam. Nad wanną ociekało około trzydzieści koszul, ułożonych kolorystycznie – od czarnych przez kolorowe do białych. Wyszłam i pogratulowałam młodemu człowiekowi, że tak dba o swoje rzeczy. On zrobił się czerwony i odparł, że w życiu niczego nie uprał. Mama była skonfundowana, nie wiedziała, czy ma przyjąć tę pochwałę. Zostawiłam ich z tym, nie komentowałam. Po dwóch latach terapii mężczyzna przestał pić i znalazł pracę. Mama szybko usłyszała, że go krzywdzi. Myślała, że robi dobrze, ale dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Ci dorośli synowie też nie chcą dojrzeć, bo pod bardzo wieloma względami jest im wygodnie. Ja to traktuję jako uzależnienie i leczę te osoby jako głęboko uzależnione od drugiego człowieka. To są takie same uwięzi, jak uzależnienie od chemii czy hazardu. I tak samo się je leczy. Z radością żegnam osoby, które uwolniły się z koszmaru, który często trwał kilkadziesiąt lat.

Czy takich uzależnionych od siebie matek i synów jest dziś więcej?
– Traktowanie drugiego człowieka przedmiotowo, jakby on był własnością, a nie osobą – było zawsze, bo zawsze były matki, które czuły, że jak sobie wychowają takiego „pudelka”, to będą miały z niego pożytek. Natomiast w tej chwili matki stosują totalną kontrolę, bo przekazy medialne wzmacniają strach. Ulica jest niebezpieczna, dzieci nie wychodzą na podwórko, żeby się pobawić, tylko są umawiane przez mamy na spotkania z rówieśnikami. W efekcie nie mogą się urwać z tej smyczy rodzicielskiej. Niektóre przytomne nauczycielki próbują uczyć je samodzielności, ale mają małe szanse, ponieważ dominuje przekaz, w którym straszy się kobiety, że są złymi matkami, jeśli nie kontrolują dzieci, nie poświęcają im ciągłej uwagi.

Á propos poświęcenia… Co z matkami, które wszystko przetrzymają, zawsze obronią, wezmą na siebie. Co z synami tych bolejących, uciemiężonych matek?
– One ćpają tym uciemiężeniem, one są nim pijane! Narzekające, płaczące, robiące sceny, ciągle użalające się nad sobą. One są nieprzytomne od boleści, której tak naprawdę nie ma, bo nie ma ku temu powodów. To jest jedna z odmian uwięzi i szczyt manipulacji. Te matki popełniają wręcz przestępstwo na dzieciach: „Nie rób mamusi tego, bo mamusia dostanie zawału albo będzie chora”. Dla mnie ten tekst jest wyrazem przemocy i szantażem, który dzieci pamiętają do końca życia.
Niektóre matki straszą przed życiem. W 2012 roku spotykam kobiety, którym matka wpajała, że mężczyzna to potwór. I mężczyzn, którzy słyszeli od matek, że kobiety to leniwe dziwki. Te matki, nawet jeśli nie zdradzały mężów, to na pewno ich nie szanowały, nie podtrzymywały obrazu ojca. Synowie wchodzą w życie z takimi „pieczątkami”. Te potworne rzeczy nie dzieją się w jakichś wioskach zabitych dechami, ale we współczesnych, wykształconych rodzinach. Matki osaczają synów, nie dopuszczają do doświadczania życia i nie dopuszczają wzorca męskiego. Część tych chłopców ma obraz mężczyzny tak potwornie powykrzywiany, że jako dorośli nie wiedzą, na czym się oprzeć. Padła martyrologia bohaterów historii, współczes[-]nych męskich bohaterów nie widać.

A ojcowie oddali władzę matkom ich synów, ich dzieci.
– Pod stwierdzeniem „jestem dobrą, troskliwą mamą” często kryje się hasło „ja cię wszystkiego nauczę”, a przecież to jest absurdalne. Matka sama nie może wszystkiego zrobić. Część z tych współczesnych chłopców nie ma żadnych szans na kontakt z kolegami. Nie grają w piłkę, nie chodzą na judo. Mama wozi na tenisa, stoi i patrzy, czy trener dobrze prowadzi trening. Ci chłopcy lepiej czują się w towarzystwie dziewczynek, bo jak nie spędzają czasu z ojcem, to po prostu boją się mężczyzn. Ojcowie są rugowani od początku: „nie dotykaj dziecka, bo upuścisz; nie nadajesz się do tego czy tamtego”. Przychodzi do mnie kobieta i mówi: „Jak Patryk był mały, to mój mąż czasem go kąpał. A potem to się przecież nie nadawał do niczego. Przychodził z pracy, Patryk do niego szedł, a on go sadzał obok siebie na kanapie i tak siedzieli i nic nie mówili. To niedopuszczalne. Albo wychodzili beze mnie na spacer. Pani to sobie wyobraża?!”. Jak się przeczyta książki Melody Beattie Koniec współuzależnienia czy Paula Meiera, Roberta Hemfelta i Franka Minirtha Miłość to wybór, widać jak na dłoni, czym jest osaczanie przez kontrolę. W to się wchodzi jak w kokainę.

Może jest tak, że te osaczające kobiety, stając się matkami, wymiksowują się z bycia żonami?
– One nigdy nie były żonami. Nie ma żadnej szkoły żon. To przerażające, że jest przygotowanie do porodu, a do tego, jak być żoną, co to znaczy być żoną – nie ma. Teraz karierę robi takie obrzydliwe słowo: „partnerstwo”. Jak małżeństwo jest partnerstwem, to ja jestem pekińczyk, partnerstwo to może być w interesach. Dziś ludzie wchodzą w takie układy, transakcje. Wszystko pasuje, tylko tam nie ma miłości, a dziecko od małego nie widzi, żeby rodzice się kochali. I potem w tej patologii rodzą się dewiacje.
Kobieta myśli, że rodzina to dom, ogród, samochód, fajni znajomi i zagraniczne wycieczki. Jak zapytasz młodą dziewczynę, po co jest rodzina, to zobaczysz, że ona ma takie mniej więcej wyobrażenie. I te ciąg[-]łe kompromisy: „ja wczoraj byłam z dzieckiem, to dzisiaj ty się nim opiekujesz”. Handel zamienny. Brygadzista i podwładny. To nie jest rodzina! Mówię im: „Spróbujmy na zasadzie konsensusu”, a oni nie rozumieją... „A co to jest dla was miłość?”. „Miłość to seks”. Pytam więc: „Co możesz poświęcić, z czego możesz zrezygnować dla tej relacji?”. „Mogę dać moją cierpliwość”. Wyjmij z siebie i daj, połóż konkret – przebaczenie, cokolwiek... Bo miłości to tam nie ma, tam hula wiatr, tam każdy kocha siebie. Czy to dziecko, czy pieniądze, czy samochód – wszystko jedno.

Użyłaś słowa, które wydaje się kluczem: „daj”. Ale jak my rozumiemy to dawanie? Synowie też coś dostawali od matki, tyle że chyba tak, jak w tej reklamie kredytów – mama dała na mieszkanie, więc teraz dyktuje, jakie imię ma nosić wnuk.
– Jeśli myślimy o produkcji, tuczeniu i tresurze, to tak mówimy o dawaniu. Natomiast jeśli mówimy o miłości i trosce o dziecko, to nigdy nie dojdzie do takiej patologii. Tak patrzą osoby, którym żądza dorabiania się czy władzy i znaczenia przysłoniła jakiekolwiek ludzkie odruchy. Gdy słyszę, że dorosła kobieta, lekarka, mówi: „posiadam dzieci”, to ja już „jestem w domu”. Ja posiadam ten stół, ten fotel, to lustro, a dzieci kocham. I nie mówię „te”, tylko po imieniu. To moje dzieci, jestem ich mamą. Szanujemy się.

Dzieci „posiadane” są niewidzialne w języku, bo i dla swoich matek są niewidzialne. Co się dzieje z synami takich matek? Bo z jednej strony mamy synów pod kloszem, nieustannie kontrolowanych, przecieranych i podcieranych, a z drugiej niewidzialnych...
– Dla mnie to jest to samo. Chuchanie i dmuchanie to inny stopień niewidzialności. Jak kobieta musi tego chłopca nie lubić, jak on jest dla niej nieważny, skoro w jej rękach jest przedmiotem, który do czegoś służy, a nie żywą istotą. Matkom dorosłych synów mówię: „Podziwiam, jak mogło dojść do takiego znienawidzenia dziecka. On ma czterdzieści lat, a ty go nadal ujeżdżasz. Za co go tak nienawidzisz? Czy to owoc gwałtu? Co się stało w tobie?”. A ona krzyczy, że kocha... To nie jest miłość, tylko znęcanie się przez lata. Natomiast coraz mniej jest matek, które czytają mądre książki o wychowaniu, np. Adele Faber, Elaine
Mazlish, Thomasa Gordona, chodzą na warsztaty dla rodziców i dzięki temu dobrze wychowują dzieci. Dowiadują się, że nadopiekuńczość i totalna kontrola szkodzą. W moim domu nie pytano dzieci, co w szkole. Chcieliśmy, to mówiliśmy, nie – to nie. Nas po prostu kochano. Nie kontrolowano, czy odrobiliśmy lekcje, czy wstaliśmy do szkoły. Nas nigdy nie budzono – dzieci się nie budzi do szkoły, w swoim czasie dziecko naturalnie dorasta do różnych obowiązków. Nadopiekuńczość zaczyna się od tego, że rano to matka myśli o tym, żeby synuś nie spóźnił się do szkoły. Jeśli on idzie do szkoły, to jest na tyle duży, że potrafi zadbać o niespóźnianie się. Jeśli będzie się spóźniał, to ma ponieść konsekwencje, nie można go wtedy chronić. Teraz jest moda na budzenie swoich dzieci, dzwonienie z pracy. To jest chora kontrola. Scenariusze można mnożyć: syn buduje dom, matka urządza, synowa w ciąży – matka szykuje syna do porodu, i...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy