To nie jest miłość, tylko znęcanie

Na temat Rodzina i związki

Matkom dorosłych synów mówię: „Podziwiam, jak mogło dojść do takiego znienawidzenia dziecka. On ma czterdzieści lat, a ty go nadal ujeżdżasz. Za co go tak nienawidzisz? A ona krzyczy, że kocha... To nie jest miłość, tylko znęcanie się przez lata.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – „Synu, jak zrobisz krzywdę swojej żonie, to ty się u mnie nie pokazuj!” – takie zdanie z ust swojej przyszłej teściowej usłyszała pewna młoda kobieta. To było tuż przed ich ślubem. Kiedy to usłyszała, uznała, że złapała Pana Boga za nogi. Myślała, że to zapowiedź, jak będzie jej z nim dobrze...
LUBOMIRA SZAWDYN: – Nie zrozumiała, co matka jej narzeczonego chciała powiedzieć, co naprawdę chciała przekazać. To jest błąd, który popełniamy najczęściej – słyszymy, ale nie rozumiemy. A ta matka w jednym zdaniu powiedziała wszystko: że jest osobą ważną dla syna i że ona nim rządzi. Gdyby dziewczyna zechciała to usłyszeć, mocno zastanowiłaby się nad małżeństwem z tym panem. Bo to jest nie do pomyślenia i nie do przyjęcia, żeby dorosłemu człowiekowi matka mówiła, co ma robić.

Pozornie wydaje się, że w tym zdaniu jest tyle troski kobiety o drugą kobietę...
– To nadinterpretacja. Ja od razu słyszę, że ta pani zarządza swoim synem. A przynajmniej próbuje nim kierować i pokazuje, jaką ma władzę. To również wyraźny sygnał, że matka próbuje wkręcić w to zarządzanie przyszłą żonę syna: „Zobacz, jaką mam władzę. Słuchaj się, to będzie wam dobrze”. Ja bym od razu umówiła się z tą panią na sałatkę, zapytała, dlaczego ona to mówi, dlaczego do mnie, o co jej chodzi. Jeżeli nas coś niepokoi, to najlepiej wszystko wyjaśniać „na pniu”, dopytać. Inaczej nie zbudujemy relacji. Ta dziewczyna od razu jest spalona, bo to nie jest sprawa między nią a narzeczonym, tylko między nią a przyszłą teściową. Syn nie ma nic wspólnego z tym, w co ona wchodzi. Matka nie powiedziała niczego o synu, tylko o sobie, o swoich rządach w tym domu. Owszem, teoretycznie kieruje komunikat do syna, ale robi to tak, żeby usłyszała go przyszła synowa.

Jakie inne sygnały – werbalne i niewerbalne – są niepokojące?
– Na przykład „raporty”. Jeśli narzeczony raportuje rodzinie: „Mamusiu, jesteśmy teraz w górach, a teraz na basenie”, to też bym z nim siadła i zapytała, o co chodzi. Przecież dorosły człowiek nie raportuje. Pięćdziesięciolatkowie raportują swoim siedemdziesięcioletnim mamusiom, bo oni nie chcą dorosnąć. Jeśli buduję związek z człowiekiem, który dzwoni do mamusi i opowiada jej wszystko, to znaczy, że on w sensie emocjonalnym ma 6–7 lat i ciągle potrzebuje pochwały, nagany, opinii mamusi. Od razu widać, że on jest w związku, a właściwie w uwięzi z matką – w jego domu nie wybudowano więzi, tylko uwięź. Nie ma co się łudzić, że po ślubie to się zmieni. To jest małżeństwo z mamusią, która ma małego synka. Ona będzie z synkiem i jego żoną non stop – w sypialni, w kuchni, wszędzie. Jeśli żona będzie chciała wejść w rolę mamusi dla swojego męża, co jest dość częste – wiele kobiet mówi: „teraz on się mnie nie słucha, ale po ślubie to ja sobie z nim poradzę” – to od razu jest fighting. Dwie panie tłuką się o władzę nad tym małym dzieckiem. Myślą, że on jest dorosłym mężczyzną, ale on jest w tej rywalizacji między dwiema kobietami najmniej ważny. Podejrzewam, że takie dążenie do wygrania z teściową daje podobną adrenalinę jak gra hazardzistom. Kobiety to rajcuje, bo one myślą, że w życiu trzeba walczyć. Bo zapomniały, po co jest kobieta na tym świecie.

Na południu Francji są ogromne pola obsadzone melonami. Hektary melonów, a wszystkie przykryte kloszami – żeby wiatr nie dmuchnął, grad nie uderzył… Czy to nie jest tak, że dziś w relacjach matek z dziećmi też dominuje uprawa kloszowa, która nie kończy się nigdy? Mężczyźni najpierw są uwięzieni pod ochronnymi kloszami matek, a potem żon.
– Rolnicze terminy weszły do słownika terminów opisujących rodzinę i związki już na stałe. Seks się uprawia, dzieci się hoduje i tresuje. Kiedyś hodowało się świniaki… Onegdaj była u mnie sześćdziesięcioletnia mamusia. Przyszła wzburzona, bo szef korporacji, w której pracował jej niemal czterdziestoletni syn, wyrzucił ją z biura, gdy poszła negocjować pensję syna. Dostała takiej furii, że trzeba było wezwać pogotowie.
To nie jest tak, że ten klosz zostanie jakiejkolwiek żonie kiedyś oddany. Jeśli pojawia się rywalka, to matka idzie jak burza, bo nie chce stracić zysków płynących z władzy i możliwości zarządzania i tresowania. Bardzo często spotykam takie matki z biczem w ręku, prowadzę dla nich warsztaty psychoterapeutyczne. One nigdy się nie odczepiają, dzwonią do dorosłych dzieci, przeszkadzają im w pracy, no i w życiu. Nie mówię już o tych, które cierpią na syndrom pustego gniazda, gdy dziecko próbuje wyfrunąć. Ono nigdy w ich oczach nie straciło statusu dziecka. Zawsze ma poniżej dziesięciu lat. Zawsze jest pod kontrolą.

Dlaczego te matki tak się zachowują?
– Bo są zaburzone. Ja to traktuję jako zaburzenie emocjonalne, stworzyłam program i leczę takie kobiety. One są głęboko nieszczęśliwe. Gdy otrzymały możliwość kształtowania i zarządzania żywą istotą – doświadczyły tego, że ktoś się ich słucha i poczuły, że w takim trybie wreszcie mogą egzystować.

Dlaczego? Bo wtedy czują się potrzebne?
– Nie używam takich zwrotów. Za potrzebą to się chodzi w pewne miejsce z serduszkiem. Potrzeba to nawet za małe słowo, to są bardzo skomplikowane instynkty władzy. Dochodzi do uprzedmiotowienia syna przez matkę, które narasta latami, i jest totalnym uzależnieniem od określonych czynności, np. gdy syn nie raportuje, co dziś robił albo zamierza zrobić, to matka ma zespół odstawienia z czarnowidztwem, wizjami, że coś najgorszego się stało. Taka matka i syn są od siebie bardzo uzależnieni, bardziej niż żona alkoholika od jego rytmu picia. To jest zaburzenie, mówiąc językiem medycznym: choroba. Jak się z tej choroby wyleczą, nie mogą uwierzyć, że aż tyle odzyskały czasu – codziennie 4–5 godzin, kiedy czekały na raporty – i jak cudownie je można spożytkować! Chodzą na uniwersytety trzeciego wieku, zajmują się sąsiadami, uczą się nowych rzeczy. Nie mogą pojąć, jak to się stało, że tak dały się „wkręcić”.

One dały się „wkręcić”, a oni „wkręcali”, bo choć taka uwięź jest męcząca, to bywa również wygodna: mama ugotuje, uprasuje, a nawet pójdzie do szefa po podwyżkę dla syna…
– Nigdy nie zapomnę takiego teamu: 38-letni synek i mamusia, która przyszła do mnie do poradni i powiedziała, że chciałaby swojego synka leczyć z alkoholizmu, bo on jest taki wykształcony i fajny. Żadna kobieta i żadna praca nie była dla niego dobra. Coś robił, ale w sumie to głównie wypoczywał. Mam zwyczaj odwiedzania pacjentów w domu, bo wtedy diagnoza jest pełniejsza. Jako lekarz zaczynam wizytę od umycia rąk. Gdy weszłam do domu tej kobiety, najpierw poszłam do łazienki i… zaniemówiłam. Nad wanną ociekało około trzydzieści koszul, ułożonych kolorystycznie – od czarnych przez kolorowe do białych. Wyszłam i pogratulowałam młodemu człowiekowi, że tak dba o swoje rzeczy. On zrobił się czerwony i odparł, że w życiu niczego nie uprał. Mama była skonfundowana, nie wiedziała, czy ma przyjąć tę pochwałę. Zostawiłam ich z tym, nie komentowałam. Po dwóch latach terapii mężczyzna przestał pić i znalazł pracę. Mama szybko usłyszała, że go krzywdzi. Myślała, że robi dobrze, ale dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Ci dorośli synowie też nie chcą dojrzeć, bo pod bardzo wieloma względami jest im wygodnie. Ja to traktuję jako uzależnienie i leczę te osoby jako głęboko uzależnione od drugiego człowieka. To są takie same uwięzi, jak uzależnienie od chemii czy hazardu. I tak samo się je leczy. Z radością żegnam osoby, które uwolni...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy