Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

15 maja 2019

Szkoła w domu

31

Z jednej strony dzieci potrzebują mniej czasu na naukę i nie stresują się. Z drugiej – uczą się same i mają ograniczony kontakt z rówieśnikami. Edukacja domowa daje wiele dobrego, ale też sporo zabiera.

Gdy wchodzimy do domu Katarzyny Karzel, doświadczamy „zdeterminowanego chaosu” (jak mówi jej najstarszy syn). Dzieje się dużo, ale każde z siódemki dzieci wie, co ma robić. Najstarsi chłopcy kroją warzywa na krupnik i robią to z iście mistrzowską precyzją. Pozazdrościłby im niejeden szef kuchni. Średniaki pracują samodzielnie z podręcznikiem, realizując zadany materiał z matematyki, a najmłodsze bawią się klockami, wchodząc od czasu do czasu w rolę satelitów kursujących między rodzeństwem. Każdy zna swoje miejsce i zakres obowiązków. To dość nietypowy obrazek jak na polskie realia, bo jest czwartek, godzina jedenasta rano, ale te dzieci uczą się w domu.

Edukacja domowa w ostatnich latach coraz bardziej zyskuje na popularności. W ten sposób uczy się już przeszło 14 tysięcy dzieci w Polsce (dane za 2018 rok). W skali całego kraju to niespełna 0,3 proc. wszystkich uczniów, jednak dynamika wzrostu to kilkadziesiąt procent rocznie. Część stanowią osoby przebywające za granicą, które nie chcą tracić kontaktu z polską edukacją i zależy im, by ich dzieci otrzymały rodzime świadectwo. Jak przyznaje Katarzyna Karzel, doktor psychologii i mama siedmiorga dzieci uczących się w domu, jeszcze dziesięć lat temu takie rozwiązanie było w naszym kraju egzo[-]tyczne: – Gdy pierwszy raz ubiegaliśmy się w poradni psychologicznej o zgodę na ED dwóch najstarszych synów, to pierwsze pytanie, jakie usłyszałam, brzmiało: „A na co dziecko choruje, że ma mieć nauczanie indywidualne?”. Odpowiedziałam, że nie jest to nauczanie indywidualne, ale edukacja domowa. „A to nie jest to samo?” – spytała pani z ośrodka.

Pasja

Dlaczego ludzie decydują się na nauczanie dzieci w domu? Powodów jest co najmniej kilka, jednak na pierwszy plan wysuwa się... czas wolny. Brzmi to enigmatycznie, ale okazuje się, że dzieci, które uczą się w domu, robią to zwyczajnie krócej i efektywniej. – Gdy rozmawiam ze znajomymi, którzy mają dzieci w klasach I–III, okazuje się, że poświęcają więcej czasu na odrabianie pracy domowej niż ja na całą edukację moich dzieci w domu. Wszystko teraz stoi na głowie, bo szkoła zasadniczo nie uczy – twierdzi Katarzyna Karzel.

Podobnego zdania jest 18-letni Piotr, który w tym roku przystępuje do matury. Na edukację domową zdecydował się pod koniec liceum: – Teraz nauka zajmuje mi 3–4 godziny dziennie, a później mam czas na swoje pasje i spotkania z dziewczyną. Znajomi z klasy to nawet mi trochę zazdroszczą. Wracają do domu o 16 czy 17 i już na nic nie mają siły.

Marek Budajczak, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i ekspert w dziedzinie edukacji domowej, w książce Edukacja domowa wymienia trzy główne grupy motywów, które stanowią podstawę decyzji rodziców o edukacji domowej: motywy dydaktyczne, ściśle związane z komfortem edukacyjnym; motywy wychowawcze, związane z poglądami religijnymi i ideologicznymi rodziców; motywy opiekuńcze, odnoszące się do budowania bliskości i zacieśniania więzi z dziećmi.

Motywem wychowawczym z pewnością kierowali się Anna i Grzegorz Powideł z Fundacji Filome, którym zależało, by ich dzieci wzrastały w prostocie i surowości. Jak wielu polskich rodziców decydujących się na ED, pragną wychować swoje pociechy w duchu chrześcijańskim. W domu dzieci, zamiast kaligrafować znane z elementarza zdanie „Ala ma kota”, uczą się pisać, przepisując cytaty z Pisma Świętego.

Samotność i wypalenie

Dzieciom, które nie miały szkolnych doświadczeń, tradycyjna szkoła może się wydawać kuszącym miejscem. Katarzyna Karzel przyznaje, że jeden z jej synów marzy, aby pójść do szkoły: – On jako jedyny nigdy do niej nie chodził, bo dwaj moi najstarsi synowie mieli doświadczenia z tradycyjnym systemem edukacji. Uważa, że w szkole nie będzie się musiał uczyć, bo nauczyciele mu wszystko wyłożą, że w szkole jest bardzo łatwo, bo jego znajomi mają piątki i szóstki, a w ogóle się nie uczą. Jak widać, nie wszyscy w edukacji domowej czują się jak ryba w wodzie...

Na forach internetowych pojawia się również zarzut, że rodzice z wykształceniem wyższym lub średnim mogą bawić się w anglistę lub chemika za zgodą państwa i ze szkodą dla dziecka, bo nie mają wiedzy i kompetencji. Według prof. Budajczaka kolejną wadą takiej nauki jest to, że rówieśnicy uważają dziecko za swego rodzaju odmieńca, bo nie chodzi z nimi do szkoły.

Staje się więc ono „odludkiem edukacyjnym”, wyobcowanym z takich tematów jak klasówki, oceny czy szkolne wycieczki. Zdaniem profesora minusem edukacji domowej jest także to, że zazwyczaj jeden z rodziców musi się poświęcić i zająć nauką dzieci. Szacuje się, że w 80 proc. przypadków ten obowiązek spada na matki. Domowa edukatorka i dziennikarka Hanna Zielińska w rozmowie z TOK FM zauważyła, że z prowadzeniem domowego nauczania wiąże się ryzyko wypalenia, ponieważ żyje się w ciągłym kołowrotku, niejednokrotnie próbując godzić domową edukację dziecka z pracą zawodową.

Strach

Najprostszą odpowiedź na pytanie, czy edukacja domowa jest dla każdego, znajdziemy na portalu społecznościowym Edukacja Domowa w Polsce: „ED jest dla osób, które lubią towarzystwo własnych dzieci i wolą wychować je samodzielnie”. Odpowiedź ta jednak nie wydaje się pełna ani do końca prawdziwa. Profesor Bogusław Śliwerski, który zajmuje si...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy