Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Sytuacje, które prowokują zło

61

Cała nasza moralność osadzona jest w przeszłości. A z kolei myślenie o przyszłości uświadamia nam, że będziemy odpowiedzialni za konsekwencje naszych działań. Dlatego ludzie, którzy chcą nami manipulować, nakłonić do zła, wiedzą, że muszą nas zamknąć w chwili obecnej i sprawić, abyśmy nie myśleli o jutrze. To dlatego w żadnym kasynie na świecie nie ma okien ani zegarów - mówi Philip Zimbardo. Prof. Philip Zimbardo jest psychologiem, emerytowanym profesorem Stanford University. Zajmuje się m.in. psychologią zła, terroryzmu i dehumanizacji, wpływem społecznym i perswazją. Od czasu słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego bada, dlaczego w pewnych sytuacjach dobrzy ludzie czynią źle. Wyniki tych 40-letnich studiów zawarł w książce „The Lucifer Effect: Understanding How Good People Turn Evil”, (edycję polską przygotowuje na jesień Wydawnictwo Naukowe PWN). Jest autorem najpopularniejszego podręcznika psychologii „Psychologia i życie”. Od lat bada też przyczyny nieśmiałości; wyniki opisał w książce „Nieśmiałość”.

Dorota Krzemionka: – Święty Paweł w liście do Rzymian napisał: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę”. Większość z nas nie chce czynić zła…
Philip Zimbardo: – Jeśli przyjąć, że zło jest zamierzonym zachowaniem, które poniża, krzywdzi lub pozbawia życia niewinnych ludzi, to zdecydowana większość z nas nie ma takiego zamiaru. Mój kolega Irving Sarnoff twierdzi, że „zło to wiedzieć lepiej, ale robić gorzej”. Ale nikt nigdy nie uważa, że to co robi, jest złe. Nasz umysł ma bowiem niczym nieograniczoną zdolność do racjonalizacji, do usprawiedliwiania. Co więcej, ulegamy egotystycznemu złudzeniu, że my nie moglibyśmy być wśród oprawców, bo jesteśmy lepsi niż przeciętna, bardziej uczciwi, wrażliwi niż większość. A to złudzenie czyni nas bardziej podatnymi na wpływ sytuacji kuszącej do zła.

Dlaczego wiemy lepiej, lecz czynimy gorzej? Czy rzeczywiście jest to wpływ sytuacji? A może coraz trudniej rozróżnić dobro od zła?
– To prawda, że coraz ciężej jest to rozróżnić, a szczególnie jest to trudne na poziomie systemu. Systemy bowiem oferują wielkie kłamstwo, czyli ideologię, która dostarcza nam usprawiedliwienia dla angażowania się w niepożądane działania. Padają racjonalne na pozór uzasadnienia. Chodzi o usprawnienie czyjejś pamięci, jak w eksperymencie Milgrama, albo o bezpieczeństwo narodowe, jak w przypadku działań administracji Busha, które doprowadziły do wypadków w więzieniu Abu Ghraib. W przedmowie do Mein Kampf Hitler pisze, że w kwestii Żydów: „czyni wolę Boga”. W ramach ideologii zło staje się konieczne i nieodzowne. Często kryje się pod płaszczem strachu. Dyktator najpierw budzi strach, a potem obiecuje, że usunie zagrożenie w zamian za naszą wolność. Ale to jest pakt z diabłem, bo nikt nie może nam zagwarantować bezpieczeństwa, a raz utraconej wolności nikt nam nie zwróci. Zgodnie z ideologią trzeba iść na wojnę, by bronić się przed wrogami. Trzeba sterylizować chorych psychicznie i przestępców, by się nie rozmnażali. W latach 20. 30. i 40. dwudziestego wieku ponad 65 tys. obywateli amerykańskich wysterylizowano wbrew ich woli.

Wydaje się, że dziś eugenika nie zyskałaby poparcia światłych ludzi.
– Tak pani myśli? Jeden z moich studentów, Helge Mansson, został profesorem na Uniwersytecie Hawajskim. W latach 70. dwudziestego wieku przeprowadził tam badanie, które daje do myślenia. Podczas wykładu z psychologii poinformował ponad 500 studentów o poważnym problemie, jakim jest rosnąca liczba osób niepełnosprawnych. Podkreślił, że wydatki na utrzymanie tych osób są ogromnym obciążeniem dla hawajskiego budżetu. Oczywiście, dane były fikcyjne. Na koniec profesor przedstawił naukowy projekt, który miał na celu eliminowanie takich osób, a następnie poprosił studentów, żeby jako ludzie wykształceni wyrazili swą opinię na ten temat. Na pytanie: Czy jest rzeczą słuszną, aby w pewnych okolicznościach eliminować tych psychologicznych odmieńców?, aż 91 proc. studentów różnych narodowości – Chińczyków, Japończyków, Filipińczyków – odpowiedziało, że tak, jest to akceptowalne! Kolejne pytanie brzmiało: Jak tego dokonać? Czy powinno się użyć bezbolesnej trucizny, czy innych środków? Większość, bo 89 procent wybrało w tym celu bezbolesną truciznę. W swoim mniemaniu byli dobrymi ludźmi, chcieli oszczędzić ludziom bólu. A więc wystarczyło kilka minut przemowy, wygłoszonej przez obcego w zasadzie człowieka i kilka fikcyjnych danych, aby absolutna większość poparła to „ostateczne rozwiązanie”.

Gdzie jest granica uległości? W badaniu Milgrama okazało się, że dla części osób nie było takiego natężenia prądu, przy którym by się zatrzymali.
– Mansson, szukając tej granicy, zadał studentom na koniec jeszcze jedno pytanie: „Gdyby ktoś w twojej rodzinie był niepełnosprawny umysłowo, czy również powinien zostać wyeliminowany?”. I co? Niemal co trzecia osoba – bo 29 procent studentów – zgodziła się na takie rozwiązanie. To zatrważające!

Bo inaczej byliby niekonsekwentni...
– Tak, wpadli w pułapkę własnego zaangażowania i konsekwencji. Skoro zgodzili się na eliminowanie osób ułomnych, to nie chcieli czynić wyjątków dla członków swojej rodziny. Ale dokąd to nas prowadzi? Pułapkę stopniowego angażowania się w zło najdobitniej pokazał Stanley Milgram. Sam będąc Żydem, chciał zrozumieć, dlaczego naziści tak posłusznie zabijali Żydów w czasie wojny. Do swego badania wybrał ludzi, którzy sądzili, że nigdy na czyjeś polecenie nie poraziliby śmiertelnie prądem innej osoby. Następnie prosił ich o naciśnięcie pierwszego przycisku na potencjometrze, to było zaledwie 15 woltów, a potem drugiego i trzeciego. Za każdym razem to było tylko o 15 woltów więcej. W sumie nie jest istotne, jaki maksymalny wstrząs zastosowali badani w eksperymencie Milgrama. Pytanie brzmi: po co w ogóle nacisnęli pierwszy klawisz? Początkowe ustępstwa wiodące ku złu są niewielkie, a potem trudno zatrzymać rozpędzoną machinę. Amerykańscy obywatele pod wpływem polityki Busha godzili się, by rząd łamał kolejne ich prawa, by mógł inwigilować ich rozmowy, korespondencję, torturować każdego, kogo wskaże jako terrorystę. Ostatnio sprawdza się, po jakie książki ludzie sięgają w bibliotekach. To wygląda jak Związek Radziecki za Stalina! Sądzę, że podobny mechanizm mógł zadziałać w przypadku nazistów. Holocaust zaczął się niewinnie, najpierw zabroniono Żydom posiadania zwierzęcia. Już to powinno dać do myślenia. Potem nakazano im nosić opaski, kolejne przepisy coraz bardziej ograniczały ich wolność... Badania Manssona pozwalają zrozumieć, dlaczego przyzwoici, inteligentni Niemcy skłonni byli poprzeć hitlerowski plan ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Sprawujący władzę mówili im: „Chcemy mieć rasowo czyste społeczeństwo. Nie ma w nim miejsca dla odmieńców – niezależnie od tego, czy to Żydzi, przestępcy, czy homoseksualiści”.

A więc zło zaczyna się od spostrzegania ludzi jako innych niż my, odmieńców?
– Tak się zaczyna, potem następuje stopniowa dehumanizacja. Inni już nie do końca są dla nas ludźmi. Najpierw robimy z nich wrogów, potem przedmioty, bestię, której nienawidzimy i którą gardzimy. Jakbyśmy mieli kataraktę w oku – obraz jest zniekształcony. Kiedy inni stają się robactwem, jesteśmy w stanie ich masowo mordować. Na stronie poświęconej efektowi Lucyfera są zdjęcia z linczów, jakich dokonywano na Czarnych. Przy powieszonej Murzynce stoi matka z małą córeczką! Co myśleli rodzice, którzy robili sobie takie zdjęcia? Dla nich Czarni po prostu nie byli ludźmi, tylko zwierzętami – to tak, jakby zrobić sobie zdjęcie z martwym lwem. Wszystkie narody nim rozpoczną wojnę, tworzą odczłowieczony obraz wroga. Nadają mu obelżywe imiona: czarnuchy, brudni Żydzi. Na Irakijczyków Amerykanie mówią „ręcznikogłowi”, w Rwandzie plemię Hutu ogłosiło w mediach, że „Tutsi to karaluchy”, więc kobiety i mężczyźni uzbrojeni w maczety ruszyli na rzeź. W ciągu stu dni zabili osiemset tysięcy Tutsi. A zaczęło się od odczłowieczenia: „to nie sąsiad tylko karaluch”.

Zapewne podobnie myśleli o swoich sąsiadach – Żydach mieszkańcy Jedwabnego, gdy podpalili ich w stodole. Nasza skłonność do dzielenia ludzi na „my” i „oni”, do racjonalizowania własnych działań – wszystko to zdaje się sprzyjać raczej złu niż dobru.
– Zgadzam się z przesłankami, ale nie z konkluzją. Racjonalizacja, usprawiedliwianie pozwalają nam przetrwać. Kategoryzacja jest konieczna, by poradzić sobie z olbrzymią ilością docierających do nas informacji. Nasz umysł próbuje znaleźć jakiś sens w tym, co do nas dociera. Jeśli coś nie ma dla nas sensu, po prostu nie zauważamy tego. Kobieta popełniła samobójstwo, wyskoczyła z okna hotelu. W połowie drogi ku ziemi ktoś zrobił jej zdjęcie, opublikowano je w magazynie „Life”. Pokazałem to zdjęcie studentom. Mieli zapisać wszystko, co widzą. Jednocześnie rejestrowano ruchy ich gałek ocznych. Tylko co setna osoba dostrzegła samobójczynię. Inni widzieli coś, czego nie rozumieli, jakiegoś anioła. Ponad połowa studentów opisała wszystko,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy