Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie , Otwarty dostęp

5 lutego 2019

NR 2 (Luty 2019)

Smutny czy chory?

105

Kiedy to, co nazywamy depresją, jest w istocie smutkiem, a więc stanem, który pojawia się naturalnie jako odpowiedź na trudne momenty w życiu?

Powiedzmy od razu: depresja jest chorobą niosącą głębokie cierpienie. Według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia na zaburzenia depresyjne cierpi około 5 procent populacji, a w Europie ten wskaźnik jest pięciokrotnie wyższy. Depresja wymaga leczenia, a leczenie – zwłaszcza gdy polega na łączeniu farmakoterapii z psychoterapią – jest w większości przypadków skuteczne. 

A jednocześnie warto postawić sobie pytanie, kiedy to, co nazywamy depresją, jest w swojej istocie smutkiem, a więc stanem, który pojawia się w odpowiedzi na trudne momenty w życiu. Zygmunt Bauman w książce Ponowoczesność jako źródło cierpień twierdzi, że „tłumi się publiczne objawy smutku i żałoby, zaś urazy przez odejście najbliższych wywołane «psychiatryzuje się», określa jako zaburzenia psychiczne czy «problemy osobowościowe» – i poddaje terapii”. 

Swego rodzaju potwierdzeniem tej tezy była historia jednego z leków przeciwdepresyjnych. Otóż amerykańska firma farmaceutyczna reklamowała ów lek dla tych, którzy mają problemy ze znalezieniem przyjaciół w nowym miejscu zamieszkania, dla kobiet, które nie mogą się dogadać z synową oraz dla osób, które pełniły funkcje kierownicze, a przechodzą na emeryturę. Wprawdzie Food and Drug Administration, amerykańska agencja rządowa odpowiadająca m.in. za dopuszczanie leków na rynek, wymusiła usunięcie tej reklamy, ale idea szukania „tabletki szczęścia” nie przestała być atrakcyjna dla konsumentów i firm farmaceutycznych.

W Stanach Zjednoczonych lekarze wypisują ponad dwieście milionów recept rocznie na leki przeciwdepresyjne, a weterynarze z Los Angeles co dwudziestemu podopiecznemu przepisują leki psychotropowe (na przykład gdy zdiagnozują „lęk separacyjny psów”).

Gdzie się podziały niegrzeczne dzieci...

Tendencja do psychiatryzacji zjawisk niepsychiatrycznych lub znajdujących się na pograniczu normy i patologii psychicznej jest coraz bardziej obecna w kulturze zachodniej. Dawniej dzieci były niegrzeczne, dzisiaj chorują na zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi, znany w Polsce jako ADHD. W Wielkiej Brytanii gotowość do rozpoznawania tego zaburzenia w ciągu piętnastu lat wzrosła ośmiokrotnie. (A leki na ADHD podawane są także dzieciom zdrowym, by miały lepsze wyniki w nauce.) Dawniej ktoś był nieśmiały, dziś może się leczyć z powodu zespołu lęku społecznego (3–13 proc. populacji amerykańskiej jest gotowa przyjąć diagnozę social anxiety disorder, a lek na to jest jednym z trzech najlepiej rozpoznawanych leków na rynku amerykańskim).

Różnica między niegrzecznym siedmiolatkiem a tym, który choruje na ADHD, nie jest prosta do określenia, podobnie jak nie jest łatwe odróżnienie smutku od depresji klinicznej. A gotowość do traktowania medycyny jako panaceum na każdy problem jest coraz większa. Problemy życiowe i egzystencjalne uznajemy za wymagające interwencji psychiatrycznej....

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy