Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Skrytki w duszy

70

Czym jest sekret? Czym tajemnica? Jak to się dzieje, że niektóre tajemnice równocześnie łączą i dzielą ludzi? Czego obawiają się „ludzie z kryjówek"? i czy to możliwe, aby - będąc prawym i szlachetnym - nie mieć żadnych tajemnic? To tylko część dylematów, jakie roztrząsają dr Łukasz Tischner, filozof i polonista oraz psychiatra dr hab. Bogdan de Barbaro. Dyskusję poprowadziła Dorota Krzemionka.

Dorota Krzemionka: – Na początku zdefiniujmy sobie słowo „tajemnica”. Czym ona jest, czym się różni od sekretu, jakiegoś zatajenia?
Bogdan de Barbaro: – Tajemnica to coś, co rozgrywa się między dwoma podmiotami albo dwiema osobami. Podkreślam tu słowo „między”, np. między dwiema osobami, osobą  a resztą świata, czy tymi, którzy nie mają dostępu do jakiejś wiedzy. Bo my – jak rozumiem – mamy się zająć właśnie tajemnicami międzyludzkimi, a nie metafizycznymi, teologicznymi, czy zwykłymi zagadkami.
Łukasz Tischner: – Trzeba jednak choćby wspomnieć o źródłosłowie. Słowo „tajemnica” (greckie mysterion) pierwotnie odnosiło się do relacji z Bogiem, łączyło się z jakimś rytuałem wtajemniczenia, który pozwalał komunikować się z bóstwem. Ten źródłosłów zakłada jakąś nieusuwalną niepoznawalność rzeczywistości, do której zmierzamy. Warto o tym pamiętać.
Bogdan de Barbaro: – Mnie się w ogóle podoba słowo „tajemnica”. I ta okoliczność niepoznawalności. Ona karci pychę człowieka. W tym sensie tajemnica – właśnie metafizyczna – bardzo mi odpowiada... 
Łukasz Tischner: – Warto pamiętać o tych tajemnicach metafizycznych, bo one w jakimś sensie także dotykają człowieka. Nawet w relacjach z bliskimi pozostaje przecież jakaś sfera nie do przekroczenia. To nawet nie musi się łączyć z zatajeniem. To jest jakaś stała niepoznawalność tej drugiej osoby. Ale z drugiej strony mamy sekrety, czyli coś, do czego ma dostęp jakaś węższa grupa...
Bogdan de Barbaro: – Sekret to byłaby taka „przyziemna tajemnica”, tak?
Łukasz Tischner: – Tajemnica, do której człowiek może w sprzyjających okolicznościach mieć dostęp...
Bogdan de Barbaro: – Jeden ma, drugi nie ma i wtedy jest sekret!
Łukasz Tischner: – Tak myślę. Więź bliskości czy zaufania decyduje o tym, komu się powierza sekret.
Bogdan de Barbaro: – Zatrzymajmy się na tym przez chwilę. Spójrzmy na to w kontekście rodziny. Jeśli zastanawiam się, jakiego słowa użyć w odniesieniu do niektórych zjawisk w rodzinie, to wydaje mi się, iż tajemnica jest czymś bardziej wzniosłym niż sekret. Bo czy powiemy o niedostępnym dzieciom sekrecie życia seksualnego rodziców, czy też o tajemnicy? Wydaje się, że kiedy mówimy o czymś subtelnym, czymś, co jest nie tylko subtelne, ale i ważne do utrzymania, to powiemy o tajemnicy.
Łukasz Tischner: – Co też chyba zakłada inicjację. Bo również w przypadku tajemnic płci mamy do czynienia z jakąś inicjacją, z procesem dojrzewania do prawdy o płci.
Bogdan de Barbaro: – Zwłaszcza, że „prawdy płci” nie należy sprowadzać jedynie do seksualności. Myślę tu o tajemnicy, która wiąże rodziców i tworzy granicę między nimi a dziećmi. Bo tajemnica tworzy granicę. Z jednej strony tej granicy są ci, którzy mają dostęp do tajemnicy, z drugiej – ci, którzy go nie mają. Np. rodzice ustalają metody pedagogiczne, jakie powinni stosować wobec krnąbrnego Wojtka, ale z nim tego nie uzgadniają. Plany pedagogiczne będą trzymać w tajemnicy. Sekret jest jednak czymś płytszym. Będzie dotyczył tego, co będzie jutro na śniadanie, jeżeli to ma być niespodzianka. Natomiast tajemnicę rozumiem jako coś poważniejszego.

Dorota Krzemionka: – Zaskoczył mnie Pan... Zawsze myślałam o tajemnicach jako o czymś, co izoluje ludzi...
Bogdan de Barbaro: – Jednych izoluje, drugich łączy. Znana terapeutka rodzinna Mara Selvini Palazzoli jako jedną z metod terapeutycznych proponowała wymyślenie sobie przez rodziców tajemnicy. Powtarzała: „Wymyślcie sobie jakąś tajemnicę przed dziećmi”. To integruje rodziców. Wyobraźmy sobie, że ktokolwiek z nas tutaj, dwie osoby wyjdą z pokoju na chwilkę i ustalą cokolwiek, jakiś drobiazg nawet, ale taki, że wiadomo, iż za żadne skarby nie powiemy tego innym... Natychmiast tworzy się więź.
Łukasz Tischner: – Od razu przypominają się sekrety działaczy podziemia... Ale mieliśmy rozmawiać o tajemnicach, które dotykają w jakiś sposób zła, które są jakąś formą zawstydzenia, trwale noszonego wstydu. Myślę, że w tym sensie najbardziej poręczną dla nas definicją tajemnicy byłoby jakieś zatajenie w relacji z innymi. Jak się domyślamy, gdzieś tam u spodu kryje się pamięć o jakimś wstydzie, czy też własnej winie. W każdym razie o wkroczeniu w obszar zła. Czy tego rodzaju zawstydzenie, poczucie winy ma być – jeżeli myśli się o dojrzałym, pełnym życiu – w którymś momencie przekraczane w kierunku jawności?
Bogdan de Barbaro: – Łatwiej byłoby chyba odpowiedzieć na pytanie: kiedy tajemnica powinna być mimo wszystko otworzona? Bo idea człowieka transparentnego, przezroczystego, takiego, który nie ma żadnych tajemnic, to jest obraz człowieka psychotycznego. Wszak częstym objawem schizofrenii jest poczucie, iż myśli kogoś są odczytywane, że inni wiedzą, co on myśli. To jest brak granicy, utrata granicy „ja”, utrata intymności. Nie muszę dodawać, jak dramatyczne cierpienie przeżywa człowiek, który ma poczucie, że jego myśli są znane. Każdy z nas ma mnóstwo tajemnic. I nie wyobrażam sobie, co mogłoby dobrego wyniknąć z tego, że Pan mi odsłoni swoje tajemnice, a ja Panu swoje...
Łukasz Tischner: – Dlatego stawiam pytanie: pod jakimi warunkami należałoby rozważać takie otwarcie? Ksiądz Józef Tischner napisał swego czasu esej pt. „Ludzie z kryjówek”. Jego treść można odnieść do problemu wstydliwego zatajania. Pisał on, że tytułowy człowiek z kryjówki lęka się prawdy, otworzenia przed drugim. Boi się, bo sądzi, że ten drugi może go poniżyć, zawstydzić. Ta prawda, którą starannie skrywa w sobie, w jego mniemaniu dyskwalifikuje go w oczach  innych, zagraża jego godności. Wybiera więc kryjówkę jako niedogodny, ale jedyny dostępny mu obszar bezpieczeństwa. To życie w kryjówce jest z jednej strony życiem niewolnika, z drugiej życiem kogoś, kto – jak mówił ksiądz Tischner – choruje na nadzieję, bo nie widzi przed sobą żadnej drogi, on tkwi w wiecznym teraz. Ratunkiem dla człowieka z kryjówki jest „przetrawienie siebie” – heroiczne powierzenie swej bolesnej prawdy drugiemu, wyjście z kryjówki. Oczywiście nie zawsze i nie przed każdym można ujawnić swoje najbardziej intymne sekrety. Ale są chyba pewne warunki, pod którymi niektóre zatajenia wyjawiamy. Jednym z nich jest poczucie bliskości z osobą, dzięki której mogę wyjść z kryjówki.
Bogdan de Barbaro:
– Bliskość to tylko jeden z warunków. Pracowałem kiedyś z małżeństwem i na jednej z sesji kobieta ujawniła mężowi, że była w dzieciństwie molestowana seksualnie. Wcześniej nigdy o tym nie wspomniała. Z tą tajemnicą – tu to słowo wydaje się adekwatne – chodziła przez kilkadziesiąt lat. Ten fakt, ta trauma, ciążyła na jej życiu codziennym, na jej życiu seksualnym. Dla niej ujawnienie tego było wyzwalające. Dla jej męża to też było ważne. No i oczywiście dla przyszłości małżeństwa również. A warunkiem ujawnienia tej tajemnicy było to, że z jednej strony istniała pewna bliskość (której terapia sprzyjała), a z drugiej poczucie bezpieczeństwa – co jest nietożsame, ale w pobliżu bliskości. Kobieta musiała czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc to otworzyć, nie ryzykując owego dewastującego zawstydzenia – i tutaj ważna była terapia. Terapia przygotowała też męża do przyjęcia tej tajemnicy. Dzięki dialogowi terapeutycznemu ujawnienie tajemnicy miało swój sens uzdrawiający.

Dorota Krzemionka:Podkreślmy jeszcze, że bliskość nie jest tożsama z bezpieczeństwem. To jest np. sytuacja, w której z tajemnic zwierzamy się obcemu z pociągu. Nie ma bliskości, ale jest pewne bezpieczeństwo – nigdy więcej nie spotkamy się z tą osobą...
Bogdan de Barbaro: – Tak, to jest tak, jakby wrzucić coś do studni... A teraz inny przykład, który pokazuje, że sprawa jest bardziej złożona. Oto któryś z małżonków dokonuje zdrady. Potem tak go to męczy, że nie jest w stanie tego wytrzymać i opowiada o tym partnerowi. Robi to, bo prawdopodobnie myśli, że lepiej żyć w prawdzie. Myśli, że sobie przyniesie tym ulgę. Tymczasem rujnuje cały związek. Ta informacja – tajemnica – w gruncie rzeczy dewastuje to, co było. Bo ta osoba nie wyjawia swej tajemnicy po to, żeby zadbać o partnera, o związek... Mówi, bo nie mogła z tajemnicą wytrzymać. Być może respekt budzi jej wrażliwość etyczna i emocjonalna, ale w tym momencie ujawnienie tajemnicy przyniosło więcej szkody niż pożytku. Ta prawda nie była podana w formie dialogu. Wyjście z kryjówki było nieprzygotowane. Oczywiście przez tę historię nie tłumaczę, jak to wygląda w ogóle, tylko jak to bywa. Terapeuta ma zadbać o to, by dialog, opowieści, które prowadzą do ujawnienia tajemnicy, mogły być przez obie strony asymilowane. Tu jest miejsce i na obserwację, i zadawanie pytań: czy ty chcesz wiedzieć? czy ty chcesz o tym rozmawiać? Także pytania: o jakich sprawach nie chciałbyś dzisiaj rozmawiać? To jest właśnie znakiem respektu dla tajemnicy. Buduje bezpieczeństwo. Osoba przechodząca terapię nie boi się, może być spokojna, że nikt z niej tej tajemnicy nie będzie chciał wyrywać.
Łukasz Tischner: – Oczywiście jest świetnie, jeśli bolesną tajemnicę odkrywamy z pomocą terapeuty. Ale dobrze byłoby wierzyć też w to, że ujawnienie najbardziej dramatycznych zatajeń jest możliwe bez jego pomocy. Że da się wytworzyć sytuację, w której związek po wyjawieniu prawdy nie zostanie zrujnowany.
Bogdan de Barbaro: – To jest taka Pana wersja idealna. A ja z gabinetu wiem, że nie mogę zakładać, że mam do czynienia z ludźmi skrajnie dojrzałymi, którzy skrajnie dojrzale podejmą skrajnie trudne sytuacje. To jest po prostu nierealne.
Łukasz Tischner: – Może tak. Choć z drugiej strony wiadomo, że istnieje jakiś konflikt między psychologią i filozofią. Filozofia stawia na dociekanie prawdy. Psychologia, która najczęściej obcuje z konkretnym poranionym człowiekiem, w pierwszym rzędzie stawia na jego integrację i poczucie bezpieczeństwa.
Bogdan de Barbaro: – Psychologia może też tworzyć idealne obrazy. Często jest tak, że książki swoje, a rzeczywistość spotkania z drugą konkretną osobą swoje.
Łukasz Tischner: – Warto w tym miejscu dodać pewną uwagę ogólną. Leszek Kołakowski napisał w „Obecności mitu”, że współczesna kultura w jakimś sensie deprecjonuje wartość cierpienia. Wiadomo: mamy za sobą wieki szalonego i zgubnego wynoszenia cierpienia na piedestał jako niezawodnej drogi osiągania doskonałości czy wręcz zbawienia. Tego rodzaju doloryzm hamował m.in. rozwój medycyny, która późno wynalazła i zaczęła propagować analgetyki. Ale Kołakowski twierdzi, że w dwudziestym wieku wahadło przesunęło się w drugą stronę – żyjemy w epoce ucieczki od cierpienia. Wydaje się, że lęk przed ujawnieniem bolesnej prawdy jest jakąś formą ucieczki od własnego cierpienia i zarazem cierpienia tej drugiej osoby, której ujawnienie prawdy miałoby zadać cierpienie. Czy nie jest jednak tak, że jako osoby powołane do dojrzewania powinniśmy dążyć do stawiania czoła temu, co dolegliwe? Temu, co zarazem najgłębiej wpisane w ludzką kondycję? Bo dobre życie niekoniecznie przynosi happy end.
Bogdan de Barbaro: – Różnica naszych poglądów wynika chyba stąd, że Pan patrzy na problem przez pryzmat kategorii idealnych, a ja przez pryzmat konkretnych ludzi – w ich konkretnej niedoli, w konkretnym pokoju, z konkretnymi łzami. Z mojej perspektywy wyglądałoby to tak, że jest wartość w dochodzeniu do prawdy i widzę związek między tym, że ktoś jest bardziej dziecinny i tej prawdy nie chce, a ktoś bardziej dojrzały i tej prawdy szuka. Ale to jest proces ciągły i to, ile kto prawdy chce albo ile kto jest w stanie jej udźwignąć, to jest kwestia decyzji właśnie tego kogoś. Ja nie mogę drugiemu człowiekowi narzucić: „Masz żyć w prawdzie, siadaj tutaj, ja ci zaraz powiem, jak to naprawdę jest”.
I kolejna ważna kwestia. Mówimy właściwie tylko o prawie do prawdy, czy możliwości łamania tajemnicy. Tak, jakbyśmy zakładali, że prawda jest jedna. W psychoterapii, a zwłaszcza w terapii rodzin, tak nie zakładamy. Bo gdy do terapeuty przychodzą 3 lub 4 osoby z jednej rodziny, to każda ma swoją, inną opowieść. I rolą terapeuty nie jest wybranie spośród czterech opowieści tej jednej prawdziwej. Nie jest też jego rolą powiedzenie tym ludziom: „Każdy z was ma trochę racji”. Jego zadaniem jest pomóc im, aby ich opowieści jakoś do siebie pasowały, spotkały się, ale one nie mają być tożsame. W tym sensie jest tyle prawd, ile osób. Czasami jest więcej prawd niż osób.
Łukasz Tischner: – Ja jednak wierzę, że jest jedna prawda. I jakkolwiek nie jesteśmy jej posiadaczami, to możemy do niej zmierzać. Ona jest pewną ideą regulatywną. Weźmy „Zbrodnię i karę” i proces dochodzenia do prawdy o Raskolnikowie. On jest mordercą. Możemy oczywiście założyć, że jest wiele opowieści o nim, ale on przecież jest mordercą. Nosi w sobie winę, której początkowo nie odczuwa. Psychoterapia może pomóc zrozumieć motywy jego postępowania, ale nie powinna zaufać jego niewinności. Filozofia jest dość bezradna jeśli chodzi o opis konkretnych zachowań ludzkich i zgłębianie najbardziej tajemnych motywacji ludzkich, choć dobrze opisuje świat ludzkich wartości i pozwala wyzwalać się z iluzji. Z kolei psychoterapia, która skutecznie walczy z samozakłamaniem, nie uzurpuje sobie prawa do oceny, tylko podprowadza do pewnego progu, kiedy człowiek ma na własny rachunek...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy