Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

17 listopada 2015

Siłą uczucia go zmienię

74

- Młode, dobrze sytuowane kobiety coraz częściej biorą sobie partnera, którego postrzegają jako gorszego od siebie, i planują, że go zmienią, podciągną. On zaś broni się, sabotuje ten projekt. A one nie rozumieją dlaczego - mówi Zofia Milska-Wrzosińska.

Zofia Milska-Wrzosińska jest psychologiem, certyfikowaną psychoterapeutką i superwizorem psychoterapii i treningu Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Jest współzałożycielką Laboratorium Psychoedukacji, którym kieruje. Uprawia psychoterapię o orientacji psychodynamicznej i integracyjnej.

Dorota Krzemionka: – Dzisiaj młode, wykształcone kobiety wierzą, że mogą żyć, jak chcą, próbować wszystkiego,...
Zofia Milska-Wrzosińska
: – Kobiety mogą żyć według innego modelu, niż przypisany im przez stulecia, mogą studiować, pracować, utrzymywać siebie i rodzinę. Mogą decydować o swojej płodności, nie mieć dzieci albo mieć dziecko bez ślubu, a nawet bez ojca, i nikt ich za to nie wyrzuci poza nawias społeczeństwa. W chęci, by korzystać z możliwości decydowania o swoim życiu, nie ma niczego złego.

Przeciwnie, bez poczucia, czasem złudnego, że mamy na coś wpływ, daleko byśmy nie zaszły. W czym zatem tkwi pułapka?
– W tym, że czasem pojawia się skłonność, by te granice przesunąć jeszcze bardziej. Niektóre z nas chciałyby kontrolować swoje życie totalnie.

Na wzór innych projektów próbują realizować projekt „Życie”...
– I kontrolować również to, czego kontrolować się nie da. Przekonanie, że powinniśmy panować nad wszystkim, powoduje obciążenie odpowiedzialnością i grozi bolesnym rozczarowaniem. Bo jeśli nad wszystkim, to również nad biologią i czasem. Gdy 22-latka oznajmia psychoterapeucie: „Jeszcze nie wiem, czy zdecyduję się na facetów, czy dziewczyny. Jedno i drugie ma swoje dobre strony”, to ulega iluzji omnipotencji. Jeśli kobieta decyduje, że najlepszy dla niej czas na macierzyństwo będzie, gdy skończy 36 lat, to doświadcza bolesnej bezradności, gdy w trybie doraźnym okazuje się to niemożliwe i trzeba poddać się leczeniu, którego rezultat nie jest pewny. A ona nie ma już 20 lat, nie chce czekać.

Planowała, że wpierw zrobi aplikację albo skończy staż. Wtedy będzie czas na dziecko...
– Czekała na ten moment albo na odpowiedniego partnera. Ci dotychczasowi wciąż byli niedoskonali, czegoś im brakowało.

Do idealnego życia pasuje idealny partner...
– Co innego kandydat na romans – można mu wybaczyć niedostatki, bo nie traktuje się go jako części własnego życia, a co innego ojciec jej dziecka. On ma spełniać różne wymagania, bywa że psychologicznie sprzeczne. Np. kobieta mówi: „Mnie tylko na dwóch rzeczach zależy: żeby facet był nastawiony na karierę, ambitny, walczył o pierwsze miejsce na podium, i żeby był spontaniczny, zawsze gotów do realizowania różnych zrywów, żeby się nie przywiązywał do planu”. Nie da się tego pogodzić. Lata mijają i oto kobieta 38–39-letnia uznaje, że to wreszcie moment na założenie rodziny. Rozgląda się za kimś odpowiednim i co stwierdza? Że w jej polu widzenia nie ma kogoś takiego. A jak jest, to jej nie chce, albo nie chce mieć dziecka. Przy bliższym poznaniu wyłania się ukryty defekt – np. mamusia jest dla niego ważniejsza od wszystkich kobiet na ziemi. Przychodzi jej do głowy myśl, że może kandydaci sprzed 10 lat lepiej rokowali niż ci, których obecnie ma wokół.

Ale tamci sprzed lat pozakładali rodziny z innymi paniami.
– A mężczyzna, który teraz chce założyć rodzinę, będzie szukał raczej młodszej kobiety. Takie są prawa biologii. Można twierdzić, że to niesprawiedliwe, ale bunt nie zmieni tego, że kobietom czas biologiczny płynie inaczej i 38-latce trudniej znaleźć partnera, który zechce mieć z nią dzieci. Załóżmy jednak, że znalazł się ktoś taki, albo – co bardziej prawdopodobne – w miarę zbliżania się do czterdziestki ona rezygnuje na chwilę z części swoich wymagań i decyduje się na związek z partnerem, który ich nie spełnia. Gdy zachodzi w ciążę, nadal chce kontrolować – dziecko ma być odpowiedniej płci, a jak nie jest, to przyszła matka reaguje depresyjnie: „Ja to sobie inaczej wymyśliłam”. Mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźników cesarskich cięć. Niektóre kobiety, często pamiętając opowieści matek rodzących w PRL-u, boją się porodu, wolą przejść go w nieświadomości. Ale u części znów włącza się chęć panowania nad wszystkim – jak u jednej z pacjentek, która pod koniec pierwszej ciąży stwierdziła: „W soboty mamy spotkania firmowe. Jeśli urodzę we wtorek, do soboty zdążę dojść do ładu. Z kolei w poniedziałek nie mogę, bo mam zobowiązania rodzinne. Wtorek jest optymalny”.

Ona uważa, że panuje nad swoim życiem, a jest niewolnikiem planu, który sobie stworzyła.
– Z tym planem się identyfikuje. I musi w nim zmieścić termin rozwiązania ciąży. Kobiety, często przy wsparciu mężów, próbują zarządzać porodem, by tempo było takie, jak sobie życzą, ból całkiem zniesiony, ale ich odczucia nienaruszone itp. A gdy pojawiają się komplikacje, to uznają, że albo one nie są w porządku – i wpadają w przygnębienie, albo świat jest winien – i czują wściekłość.

Wracając do poszukiwań odpowiedniego partnera – wspomniała Pani, że singielki przed czterdziestką rezygnują z części wymagań...
– Tu pojawia się kolejna pułapka – szczególnego mezaliansu. Dobrze sytuowane kobiety między trzydziestką a czterdziestką coraz częściej wiążą się z partnerami, którzy mają niższą od nich pozycję społeczną czy finansową. Ona jest menedżerem w korporacji, a on zajmuje się naprawą sprzętu gospodarstwa domowego, przyjechał do jej popsutej zmywarki i tak się zaczęło. Albo pani doktor z akademii medycznej wiąże się z cieślą, którego dla niepoznaki nazywa stolarzem artystycznym.

Czy takie związki mają szanse przetrwać?
– Pewnie niektóre by mogły, gdyby nie próba kontroli ze strony kobiet i bierny opór mężczyzny. Ona bierze sobie partnera, którego pod wieloma względami postrzega jako gorszego od siebie, i planuje, że go podciągnie. On przemyślni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy