Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

31 maja 2016

Matka nieboska, troski pełna

38

Kochające, troskliwe, zagniewane, dzielne, bezradne, nieobecne, zmęczone... Nasze matki. Cokolwiek czuły, na początku naszego życia odczuwaliśmy to samo. Co dostaliśmy od nich w psychologicznym spadku? Jakimi rodzicami chcemy być, a jakimi możemy?

„Boję się, że będę złą matką”, przyznała dr Katie Roiphe, gdy kilkuletnia córeczka znajomych zapytała ją, dlaczego nie ma dzieci. „A poza tym nie wiedziałabym, co z nimi robić” – dodała. Katie Roiphe, pisarka i znawczyni literatury, czuła lęk podobny do tego, jaki odczuwają tysiące kobiet na całym świecie, gdy zastanawiają się, czy powinny, czy chcą i czy mogą być matkami. Co się kryje za tym lękiem?

Wiele z nich nie pyta, kiedy mają zostać matką (przed trzydziestką czy po, a może dopiero w okolicy czterdziestki) ani jaką matką (wymagającą czy partnerską, matką slow czy matką perfekcyjną itp.), ale o to, czy w ogóle nią być. Są rozdarte, bo z jednej strony boją się, że nie podołają wyzwaniu macierzyństwa, a zarazem słyszą, że jeśli nie urodzą dziecka, nie mogą być naprawdę szczęśliwe i spełnione jako kobiety. Rezygnacja z macierzyństwa traktowana jest bowiem przez wiele osób jako pewnego rodzaju „niepełnosprawność” kobieca. I mimo przemian społeczno-obyczajowych ta wizja kobiecości i macierzyństwa wciąż ma się świetnie.

Na stos z nią?
Nic dziwnego, że wiele młodych kobiet utknęło w klinczu między biologią, presją społeczną a kulturą, która nadal romantyzuje macierzyństwo pełne poświęcenia. Gdzie w tym mieszczą się ich własne potrzeby i uczucia? Czy dają im dojść do głosu? Z dzieciństwa pamiętają własne matki – często zmęczone, borykające się z codziennością, pełne rezygnacji – i to wspomnienie potęguje ich wahania. A kiedy mimo różnych obaw rodzą w końcu dziecko, rozpaczliwie próbują sprostać wizji idealnej matki. Tej, która nad wszystkim panuje, wszystko cierpliwie znosi i nic jej do szczęścia nie brakuje, gdy tuli swe niemowlę, w lot odczytuje jego potrzeby i nigdy nie czuje lęku, bezradności ani gniewu – a już szczególnie gniewu na swe dziec[-]ko. Kto temu podoła?

A wydawało się, że skoro brytyjski analityk Donald Winnicott już pół wieku temu sformułował koncepcję „wystarczająco dobrej matki”, obraz macierzyństwa zmieni się. Niosła ona ulgę rzeszom matek, które martwiły się o swoją niedoskonałość, i przywracała im ufność we własną intuicję. W przeciwieństwie do tej idealnej „matka wystarczająco dobra” podąża za dzieckiem, za jego potrzebami i możliwościami rozwojowymi. Nie rezygnuje przy tym z siebie – będąc matką, nadal jest kobietą, żoną, przyjaciółką... Bywa zmęczona, zagubiona, czasem błądzi i przeżywa różne emocje, ale zajmuje się dzieckiem najlepiej, jak potrafi. Na nim jest skoncentrowana, nie zaś na idealnej wizji swego macierzyństwa.

Tyle wystarczy, by dziecko się rozwijało. Niestety, „niektóre matki wciąż rozszerzają charakterystykę miłości macierzyńskiej – o przekonanie, że dobra matka to ktoś, kto kocha swoje dziecko bardziej, niż kogokolwiek innego, kocha je bezwarunkowo i ponadczasowo – od poczęcia do nieskończoności. Nieodłączną częścią dobrego macierzyństwa jest również »trwanie przy nim«. W niektórych przypadkach oznacza to fizyczną obecność, ale najczęściej – gotowość do bycia zawsze dostępną”, utrzymują w książce Mothers and Daughters: Living, Loving and Learning over a Life[-]time dr Suzanne Degges-White i dr Christine Borzumato-Gainey.

Na blogach i forach internetowych poświęconych rodzicielstwu najczęściej można przeczytać, że „macierzyństwo to doznanie cudowne, czyniące kobietę spełnioną tak, że niczego więcej jej do szczęścia nie trzeba”. I że ani udane małżeństwo, ani – tym bardziej – satysfakcjonująca kariera zawodowa nie mogą się z nim równać. Na tym tle wyróżniają się zupełnie inne głosy: „Przeraża mnie perspektywa zostania mamą”, „Boję się, że sobie nie poradzę” albo „A co, jeśli w ogóle nie mam instynktu macierzyńskiego?”. „Z niedowierzaniem obserwuję koleżanki, które jeszcze niedawno miały pomysł na siebie i swoje życie, a teraz każda minuta ich życia jest zagospodarowana przez pranie, sprzątanie, przewijanie i karmienie – bo przecież tak trzeba. Taki los Matki Polki” – pisze autorka bloga Perfekcyjna Niedoskonałość.

I dodaje gorzko, że jeśli gdzieś wypowie się kobieta, która „próbuje odnaleźć równowagę pomiędzy byciem kobietą a byciem matką, która również swoje potrzeby bierze pod uwagę, od razu jest wystawiona na lincz publiczny przez wszechobecne mamy-ideały. Wakacje bez dziecka? Wykluczone! Karmienie butelką? Wyrodna matka! Kobieta pracująca/studiująca, która oddaje dziecko do żłobka? Na stos z nią! Wieczorne wyjście z przyjaciółkami? To już nadaje się tylko na egzorcyzmy”. Ten ideał macierzyństwa socjolożka Sharon Hays w bestsellerze The Cultural Contradictions of Motherhood nazywa „intensywnym matkowaniem” i definiuje jako zjawisko, „w którym matki przede wszystkim są odpowiedzialne za pielęgnowanie i rozwój świętego dziecka, i w którym dziecięce potrzeby mają pierwszeństwo przed indywidualnymi potrzebami matek”. Dziecko rozumiane jest tu jako istota kształtowana jedynie przez rodzicielkę, bez uwzględnienia wpływu ojca czy całego środowiska, w którym wzrasta.

Efekt? Tożsamość matki może być tak silnie powiązana z potomstwem, że gdy dziecko zachowuje się niegrzecznie, pytanie, które zada sobie matka (oraz inni „życzliwi”), nie będzie brzmiało: „Dlaczego ono tak się zachowuje?”, ale: „Co JA zrobiłam źle, że ono tak się zachowuje?”. Oczekiwanie, że „dobre” macierzyństwo przełoży się na „dobre” dziecko, poddaje kobietę naciskom – tak zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Jak uwolnić się od tej presji?

Pierś jest najlepsza
„Jeśli dobrą matką jest ta, która kocha swoje dziec[-]ko bardziej niż kogokolwiek innego na świecie, nie jestem dobrą matką” – napisała przed laty Ayelet Waldman w rubryce „New York Timesa” Współczesna Miłość. „Ale tak naprawdę to jestem złą matką, bo kocham mojego męża bardziej niż swoje dzieci”. Po tych słowach rozpętało się piekło – pisarka dostała ponad tysiąc e-maili z wyzwiskami, a w sieci zaroiło się od jadowitych komentarzy. Kiedy wystąpiła w talk-show u Oprah Winfrey, „dobre matki” chciały ją… pobić. „Ludzie grozili, że zgłoszą opiece społecznej, żeby odebrała mi dzieci” – mówiła Waldman w jednym z wywiadów. Ktoś przykleił na bramie jej domu kartkę z dopiskiem: „Wiemy, gdzie mieszkasz”.

Podobnych reakcji doświadczyła Rachel Cusk, brytyjska pisarka, która w swoich książkach konsekwentnie odczarowuje macierzyństwo – pisze o frustracji, złości i osamotnieniu matek, które nie mogąc ujawnić takich uczuć, nierzadko przelewają je na dziecko. Większość czytelniczek uznała, że Cusk nigdy nie powinna mieć dzieci. Nie umiały powiedzieć: OK, to jest jej wersja, moja jest inna. Zamiast tego wściekle ją atakowały. Jak zauważa Cusk: „Złościło je, że to, co piszę, jest prawdą. Jeśli kobieta mówi: »Ta książka to gówno«, wiem, że mogłaby być jej bohaterką”.

Również Waldman nie mogła zrozumieć, dlaczego tak wiele osób jej nienawidzi. Postanowiła napisać o tym książkę Zła matka. Kronika matczynych wykroczeń, drobnych katastrof i rzadkich momentów chwały. Kilkanaście felietonów opowiada o monotonii opieki nad dzieckiem, dotkliwym poczuciu winy i lęku kobiet, że zawiodą i zmarnują życie swoim dzieciom. Waldman, matka czwórki dzieci, z niezwykłą szczerością przyznaje, że „matki powinny mówić prawdę, nawet wtedy – nie: zwłaszcza wtedy – gdy jest ona trudna”. Na przykład, że wiele kobiet robi oszałamiające kariery poza domem, a zarazem styka się z ogromnymi społeczno-kulturowymi naciskami, by dążyć do perfekcji w roli matek. Jej zdaniem „współczesne macierzyństwo stało się sportem olimpijskim”, a pragnienie osiągnięcia mistrzostwa we wszystkich konkurencjach „nieuchronnie prowadzi do poczucia winy i wstydu”. Wtóruje jej Cusk, gdy pisze: „Macierzyństwo zawsze było sprawdzianem dla kobiet, tak jak dla mężczyzn jest nim ich praca, status, sukces.

Jedyna różnica polega na tym, że dzisiejsze matki są często bardzo dobrze wykształcone (…). Co mamy zrobić potem z całą tą wiedzą, kompetencjami?”. Te, które nie rezygnują z aspiracji zawodowych i mają małe dzieci, są – jej zdaniem – w najtrudniejszej sytuacji. Nie dość, że pracują, to najczęściej wykonują większość prac domowych i nie spędzają z dziećmi tyle czasu, ile by chciały. W efekcie stają się kozłami ofiarnymi. Są surowo oceniane i przez mężczyzn, i przez kobiety, które zostały w domu – pełnoetatowe matki sączą w nie poczucie winy; być może dlatego, że chcą się utwierdzić w słuszności wyboru, jakiego dokonały.

Pewnego dnia Ayelet Waldman stała w kolejce i karmiła swoje najmłodsze dziecko z butelki. Nagle jakaś kobieta nachyliła się do niej i pouczyła: „Pierś jest najlepsza”. W swojej książce Waldman nawołuje: „Dajmy sobie nawzajem spokój”. Dlaczego, pomimo tylu apeli o solidarność, współczesne matki są wobec siebie tak krytyczne? „Ponieważ czują się zestresowane, czy sobie poradzą. Jeśli żyjesz swoim życiem na swój sposób, wszystko jest w porządku. Ale kiedy pojawiają się różnice odnośnie do tego, jak wychowujemy nasze dzieci i okazuje się, że masz rację, a ja nie, to zaczynam się martwić, czy nie schrzaniłam najważniejszej rzeczy w życiu” – tłumaczyła w niedawno udzielonym wywiadzie.

Według Rachel Cusk kobiety orientują się, że bycie matką i bycie kobietą to dwie różne sprawy. I często decydują, że bardziej będą matkami. Nie muszą już być piękne, mogą odpuścić, mają przecież dziecko, które kocha je najbardziej na świecie. „Wiele kobiet jest tak skoncentrowanych na swoich dzieciach, że odstawiają mężów na boczny tor. Porzucają ich” – mówiła Ayelet Waldman u Oprah. I zapewniła, że naprawdę kocha swoje dzieci, ale oddziela tę miłość od uczucia, jakim kobieta darzy mężczyznę: „Jeśli całą emocjonalną pasję przelewasz na dziecko, zaniedbując relację, dzięki której powstała twoja rodzina… sprawy mogą potoczyć się naprawdę źle”.

Dziesięć lat po burzy, którą rozpętała publikacją w „New York Timesie”, Waldman podkreśla, że prócz wzmocnienia romantycznej więzi, jaka łączyła ją z mężem, jej poglądy miały też pozytywny wpływ na dzieci. „Nie byłam matką idealną, ale dostały poczucie bezpieczeństwa, oparte na silnej relacji między rodzicami. To coś, z czego naprawdę jestem dumna”.

Martusiu, oddzwoń
Taką bliską relację mogą stworzyć kobiety i mężczyźni dojrzali, którzy sami oddzielili się psychicznie od swoich rodziców, szczególnie od matek. Wyzwolili się spod ich wpływu.

Nie wszystkim to się udaje. Przykładem może być Marta, bohaterka filmu Magdaleny Piekorz pt. „Zbliżenia”. 37-letnia kobieta tkwi w toksycznej relacji z zaborczą matką. Nie umie się od niej uwolnić, zacząć własnego życia. Matka osacza ją, dzwoniąc nieustannie, traktując ją jak małą dziewczynkę, a córka na to pozwala – jako dzwonek w telefonie ustawia sobie nagranie matki: „Martusiu, oddzwoń, tu mama”. Wierzy, że to się zmieni, gdy sama stanie się mamą. Kiedy zwierza się matce ze swych planów, ta gasi ją: „Przecież ty sama jesteś jak dziecko, nie potrafiłaś się zająć dzieckiem koleżanki przez kilka godzin, a teraz sama chcesz być matką?”.

Z różnych, często nieuświadamianych powodów matki nie pozwalają córkom dorosnąć, stać się kobietami. Może boją się, że zostaną wtedy same, w emocjonalnej pustce? Może bezwiednie powtarzają to, czego doświadczyły w relacji ze swoją matką? A efekt? „Kobieta może wnieść do małżeństwa wiele bezcennych darów – współczucie, mądrość, inteligencję, zdolności, pomysłowość, życzliwość, dumę z dobrze wykonanej pracy – ale jeśli zabraknie wyzwolenia od swojej matki, te dary mogą obumrzeć lub ulec stłumieniu pod wpływem lęku przed byciem kobietą” – ostrzega psychiatra i położnik Joseph Rheingold.

Zaskoczyła go moc konfliktu między matkami a córkami u dwóch i pół tysiąca kobiet, z którymi przeprowadził wywiady w ramach dwunastoletniego programu badań klinicznych. Dorastanie bywa burzliwe – aby stać się kobietą, córka musi w relacji z matką wywalczyć swoje racje, zakwestionować prawdy od niej przejęte, wyznaczyć granice. A matki w tej pokoleniowej konfrontacji często czują się zagrożone, niepewne wyborów, jakich dokonały. Patrząc na dorastającą córkę, uświadamiają sobie własne przemijanie i niespełnienia. Przypominają sobie, czego same pragnęły w jej wieku, a co już zapewne nie ziści się. Rachel Cusk wspomina swoją dominującą matkę: „Myślę, że stałam się dla niej uosobieniem tego wszystkiego, co straciła przez te wszystkie ciąże, porody, poronienia, wychowywanie czwórki dzieci”. Adresatką takich matczynych uczuć żalu, poczucia straty i nierzadko złości staje się właśnie córka.

Z czasem burza jednak mija i córki pod wieloma względami paradoksalnie zaczynają przypominać swoje matki. Identyfikują się z nimi, mimowolnie imitują ich zachowania i nieświadomie przyjmują ich punkt widzenia nawet w tych sprawach, za które wcześniej je krytykowały.

Przede wszystkim pr...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy