Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

5 lipca 2016

Serce przy sercu w rozterce

74

On wydaje się idealnym przewodnikiem, ona wspaniałą towarzyszką podróży. Ruszamy w nieznane; ważne, że razem, we dwoje. Ale droga się rozwidla, kierunki plączą. Albo jeździmy w kółko, przybywa bagażu. Coraz częściej pojawiają się przystanki uczuć, wahania i niepewność, dokąd zmierzamy... Za nami szmat drogi. Przed nami mgła. Wysiąść czy jechać dalej? Zawrócić czy przyspieszyć? I kim naprawdę jest osoba, która towarzyszy nam od lat? Serce jest w rozterce.

Dorota Krzemionka: – „Nie potrafię sobie szczerze powiedzieć, czy chcę z nim być na zawsze” – pisze jedna z Czytelniczek. „Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Zerwałam z nim, ponieważ nie wiem, co do niego czuję” – martwi się inna. Do redakcji bardzo często przychodzą podobne listy, opowieści o sercach w rozterce. Czy jeśli ktoś pyta: Po czym poznać, że to ten jedyny/ta jedyna? – to znaczy, że to jeszcze nie ten? Trwały związek nie może się zaczynać od rozterek?
Andrzej Wiśniewski:
– W momencie, gdy się wiążemy, musimy emocjonalnie czuć i być przekonani, czasem wbrew całemu światu, że to na zawsze. Wybieramy tego, a nie innego człowieka, z nim chcemy być, bo on – jak wierzymy – spełni wszystkie nasze oczekiwania. Mamy nadzieję, że ta osoba da nam wszystko – także to, czego dotąd bliscy nam nie dali.
Katarzyna Moczulska: – W pierwszej fazie jest olśnienie osobą i zachłyśnięcie się miłością. Wszyscy chcemy to poczuć, chcemy być zakochani i kochać.
A.W.: – Gdy miałem naście lat, spodobała mi się dziewczyna z klasy. Zauważyłem, że gapię się na nią, myślę o niej ciągle, kręcę się gdzieś w pobliżu. Pomyślałem: chyba się zakochałem. Do dziś pamiętam to niezwykłe uczucie...

Ale nie tylko ślepo zakochani tworzą związki. Albo coś, co uznawaliśmy za zakochanie, nie zawsze kończy się miłością „na zawsze”.
A.W.: – Są tacy, którzy chcą się ogrzać przy partnerze, dowartościować się, błysnąć przed znajomymi urodą nowej „zdobyczy”. Takie motywy – często kryją się za nimi kłopoty z samooceną – nie pozwalają rozwijać się związkowi i nam w związku. W relacji szybko pojawia się zazdrość, kontrola i potrzeba władzy.
K.M.: – Jeśli szukanie partnera jest czymś innym niż próbą zaspokajania potrzeby miłości, może to tworzyć poważne problemy. Szczególnie wtedy, gdy celem jest chęć uniknięcia przykrych uczuć, takich jak poczucie samotności, izolacji, braku własnej wartości.
A.W.: – Często słyszymy: „miała tylu fajnych facetów, a wybrała takiego niedorobionego”. Dzieje się tak, bo wybór partnera tak naprawdę nie dokonuje się na poziomie świadomym. Ma na niego wpływ nasza osobowość i struktura charakteru. Wybieramy też kogoś, kto pasuje do naszego wzorca. A ten wzorzec wynika z przekazu idącego w rodzinie przez pokolenia. Być może od wieków w naszej rodzinie kobiety były dominujące, a mężczyźni słabi. Wchłonęliśmy ten wzorzec i... przyciągają nas miękcy panowie – choć zwykle nie mamy pojęcia, dlaczego tak jest. Nie bez kozery mówi się, że dojrzałe związki tworzą ludzie dojrzali. Ci, którzy są bardziej świadomi rodzinnych wzorców i motywów, mają większą szansę nie wpaść w ich pułapkę. Znam panią, która mówi, że gdy jedzie tramwajem i widzi mężczyznę, który jej się podoba, to od razu wysiada i łapie tramwaj w przeciwną stronę. Ona już wie, co kryje się za takimi impulsami, już wiele razy się sparzyła.

Początkowy zachwyt drugą osobą może wynikać zatem z nieświadomych wzorców. Nie mamy wahań, jesteśmy ślepi, partner wydaje się idealny...
A.W.: – Dlatego potrzebujemy trochę czasu, żeby przestało nam się wydawać i żebyśmy urealnili partnera. Dopiero gdy go znamy, ze wszystkimi wadami i zaletami, możemy powiedzieć „tak”.
K.M.: – Widzimy wtedy osobę taką, jaka jest. Z wszystkim, co wnosi do związku. Dostrzegamy to, co nas łączy, buduje relację, ale też widzimy czyjeś wady i niedoskonałości. I wzajemnie, partner też nas widzi, jak budzimy się rano, bez makijażu, bez dodatków.
Magia mija. Wprawdzie fajnie się z nim gada, ale jest niezapobiegliwy; albo odwrotnie. Nikt nie jest doskonały. Pojawiają się wahania...
K.M.: – To dobrze. Po olśnieniu zastanawiam się, z kim i z czym chcę wejść w związek. Pójście bez wahań prosto na ślubny kobierzec może budzić obawy. Wahania są dobre, bo dają nam czas do namysłu. Dzięki nim możemy się zastanowić i nie wpadać bezmyślnie w schematy. Na przykład nie ulegać namowom: „jak już kogoś masz, to się żeń”, presji typu: „koleżanki już dawno powychodziły za mąż”. Brak wahań nie wróży nic dobrego.
A.W.: – Wątpliwości chronią nas przed narcystycznymi odpałami. Jeśli je mam, to znak, że wiem, iż nie jestem doskonały. Czuję ambiwalencję, niepewność. Wątpliwości to objaw zdrowia. W skali państw i narodów chronią one przed totalitaryzmami.
W związkach, w tych dobrych, jest wiele wątpliwości. I wiele krzywd. Żyjemy w czasach pełnych sprzecznych motywów i celów. Ciągle musimy wybierać. Dotyczy to także związku. Aby być z kimś, trzeba zaakceptować fakt, że nasz związek może przestać istnieć. Chcę być z nią/z nim na zawsze, ale rozum mówi, że to się może skończyć. Wyobrażanie sobie, że związek będzie sielanką i nie doświadczymy w nim wątpliwości, jest utopią.

Przedślubny taniec

Uciekająca sprzed ołtarza panna młoda to nie tylko obrazek znany z filmów. Ślub z ukochaną osobą, choć skądinąd upragniony, budzi zarazem wiele obaw. Czy on się nie zmieni, czy ona mnie nie zdominuje? Mamy w tym przypadku do czynienia z klasycznym konfliktem „dążenie – unikanie”. Jak zachowujemy się w takich sytuacjach – wyjaśnia model opracowany przez psychologów amerykańskich Johna Dollarda i Neala E. Millera. Pojawiają się dwie tendencje: dążenie do poślubienia ukochanej osoby, a zarazem tendencja do wycofania się z powodu obaw – piszą twórcy modelu. Obie rosną, w miarę jak zbliża się data ślubu. Problem w tym, że obawy i tendencja do unikania rosną szybciej i w którymś momencie – czasem tuż przed ślubem – mogą zacząć górować nad chęcią poślubienia. Wtedy dzieje się coś, co pozwala odsunąć datę ceremonii: narzeczony łamie nogę, dochodzi do wielkiej kłótni. Z daleka jednak ślub bardziej pociąga niż przeraża, ustalamy więc nową datę; w miarę jej zbliżania się obawy rosną... I tak bez końca? A jednak ludzie się pobierają. Tak, bo działa jeszcze jeden czynnik – siła popędu, która wyraża się w tym, jak bardzo narzeczony pragnie, a jak bardzo obawia się ślubu. Silne dążenie, choć narasta wolniej, nie przetnie się ze słabym unikaniem. Padnie obustronne „tak”. W każdym innym przypadku można się obawiać, że narzeczony/narzeczona ucieknie, nawet w ostatniej chwili, sprzed ołtarza.?oprac. DK

„Brakuje mi dawnego żaru między nami, kiedy mój czas płynął od piątku do piątku, kiedy go widywałam” – pisze Czytelniczka. Niektórzy uznają, że brak tego żaru oznacza, iż miłość się skończyła...
K.M.:
– Bo wchodzą w związek, kierując się jedynie początkowym olśnieniem. Póki czują ekscytację, póty jest fajnie. A kiedy pojawiają się realne zachowania partnera – są rozczarowani, zawiedzeni. Nie jest już tak fajnie, jak na początku, więc uznają, że „to nie było to”, robią krok w tył i szukają nowego partnera. To, co realne, nie zawsze się nam podoba.

A.W.: – Ostatnio do mojego gabinetu coraz częściej przychodzą ludzie, którzy zawierają kontrakty: jesteśmy ze sobą, dopóki będzie nam przyjemnie albo po drodze. Umawiają się na dostarczanie sobie przyjemności, na ciągłą fascynację sobą. Nie chcą przeżywać żadnych frustracji. Seks, bliskość fizyczna nie są dla nich obwarowane zakazami. Coraz więcej ludzi decyduje się na wolny seks. Uważają to za wzbogacenie relacji. I do głowy im nie przyjdzie, jakie niszczące związek widma uruchamiają, jakie lęki, fantazje, porównania i zazdrość. Nie zastanawiają się nad tym, jak partner się czuje, tylko myślą, żeby im było ciekawiej.

K.M.: – Seks i partner traktowani są przedmiotowo. Najczęściej jest tak, że jeden z partnerów to proponuje, a drugi albo się na to godzi, albo jest przymuszony – pod presją. Potem takie osoby mówią o potwornym poczuciu samotności, bolesnej pustce.

A.W. – Tego typu postawy pseudowolności powodują spustoszenie. Nawet jeśli jest obopólna zgoda na dzielenie się partnerem, to nie wiemy, jak to się potoczy, nie mamy wpływu na uczucia, które mogą się pojawić. W pewnym momencie okazuje się, że jemu z kimś jest lepiej niż ze mną, a ja nic nie mogę. To rodzi lęk, dewaluacje. Partnerzy zaczynają grę, jak w Niebezpiecznych związkach, gdy markiza de Merteuil namawia dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont, aby uwiódł Cecylię. Cyniczny dotąd i równie wyrachowany jak ona Valmont, rozkochując w sobie panią de Tourvel, sam wpada w sidła miłości. Rodzi się między nimi uczucie i zaczyna się dramat. Kiedyś spotkałem parę, która zagoniła się w taki kozi róg. Rzadko mówię ludziom, co mają zrobić, staram się ich naprowadzić, by znaleźli własne rozwiązanie. Ale tym razem na pytanie, jak to się stało, powiedziałem: Oboje żeście ogłupieli. I oni to z ulgą przyjęli.

Nie trzeba czekać do ślubu, by mieć seks. Trzydziestolatkowie mieszkają razem, dzielą ze sobą stół, łóżko. Zadają sobie pytanie: po co się pobierać?
A.W.: – Znam pary, które tkwią w związku i nie chcą go zalegalizować. Myślę, że kryje się za tym jakiś niepokój. Obawa przed tym, co się może stać potem. Nie bez kozery Wyspiański w Weselu pisze: „topi się, kto bierze żonę”. Boimy się, że małżonek nas pochłonie, stracimy niezależność, będziemy się musieli dopasować, już nie będzie można wyjść na mecz albo na pogaduszki z przyjaciółkami...

K.M.: – Z deklaracjami zawsze wiążą się jakieś konsekwencje. Boimy się, że coś na nas czyha, czegoś nie udźwigniemy.

A.W.: – Wszyscy chłopcy marzą o księżniczkach, a dziewczynki o księciu na białym koniu. Ale jak już ten książę, księżniczka się pojawią, to nagle wątpimy, czy to rzeczywiście jest on, czy z nim chcemy być. Działa tak zwany przymus powtarzania. Obawiamy się, że jeśli powiemy „tak”, to zostaniemy zdominowani. Albo opuszczeni. Wiele kobiet, których ojcowie rozpłynęli się we mgle, ma przeczucie, że partner je zostawi. Tak, jak to zrobił najważniejszy kiedyś mężczyzna w ich życiu, ojciec. Czują, że nic nie są warte. Boją się opuszczenia, szczególnie, gdy partner jest atrakcyjny, a zarazem nieświadomie prowokują go swoim zachowaniem. Wiele osób boi się także deklarować coś ważnego.

Czy to takie ważne, by powiedzieć sakramentalne „tak”?
A.W.: – Uważam, że w życiu ważne są rytuały, na przykład wspólne posiłki, obchodzenie świąt. Dostarczają one spoiwa, wspólnego emocjonalnego mianownika. Dają nam bezpieczeństwo, poczucie przynależności i podmiotowości. Jednym z ważnych rytuałów jest ślub. Wobec bliskich i siebie oświadczamy, że z tą oto osobą zamierzamy żyć. Chcemy to zadeklarować światu. W oparciu o rytuał powstają silniejsze więzi. Biorąc ślub, młodzi pokazują rodzicom, że tworzy się nowa rodzina, nowa całość, a rodzice zostają poza jej granicami.

Rozstanie jak straszak

To może powinniśmy się rozstać? – to pytanie pada w związkach, które etap romantyczny mają już za sobą. Co się może za nim kryć? Psychologowie wskazują, że grożenie rozstaniem, rozwodem jest często ostateczną próbą sił w związku, w którym partnerzy walczą ze sobą, bo nie potrafią komunikować swoich potrzeb i uczuć. Jeden z partnerów straszy odejściem – choć wcale nie chce odejść – po to, by skłonić drugiego do ustępstw, zemścić się na nim za emocjonalne, fizyczne lub werbalne nadużycia, albo ukarać. Michael J. Sporakowski, psycholog i terapeuta, dyplomowany superwizor Amerykańskiego Związku Terapeutów Małżeńskich i Rodzinnych, wylicza kilka typów par, w których jedno z partnerów deklaruje chęć odejścia: „Skupiający na sobie uwagę” – rozwód inicjuje partner, który przez lata próbował poprawić relacje. Organizował wycieczki, zachęcał do wspólnych zajęć. Jego zaangażowanie przerodziło się we frustrację. Stabilny, ale niesatysfakcjonujący związek przekształca się w związek niestabilny (i niesatysfakcjonujący). Partnerom coraz trudniej ze sobą rozmawiać. Najpierw przypominają „bojowników hobbystów”, potem „zmęczonych awanturników”, aż w końcu stają się „nieznośnym duetem”. „Pozbawieni witalności” – są zadowoleni z siebie, jest im wygodnie, ale jedno czuje, że chciałoby innej relacji. I chciałoby zmiany, i boi się wysiłku oraz ryzyka związanego z rozwodem. Brak satysfakcji w związku może jednak przeważyć szalę. „Gracze” – to mistrzowie w odwracaniu ról i manipulacjach. Nawet wytrawnego terapeutę potrafią zwieść na manowce, tak że sam nie wie, komu w tym związku zależy na ratowaniu małżeństwa, a komu na odejściu. „Emocjonalnie rozwiedzeni” – odsuwają się od siebie już od dawna, poziom zaangażowania jednego z partnerów jest na ogół niższy niż drugiego, ale oboje zauważają jałowość trwającego związku. Kilka/kilkanaście lat temu zamieszkali razem, potem nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, więc zdecydowali się na ślub i... zaczęli się od siebie oddalać. Taki z...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy