Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

29 stycznia 2018

Rozmawiać, by zrozumieć – i kogoś, i siebie

0 378

Komunikujemy się nieustannie, wymieniamy słowami i gestami, więc dlaczego tak często nie potrafimy się dogadać? I z drugiej strony: jak to się dzieje, że czasem rozumiemy się bez słów? Gdzie tkwi tajemnica porozumiewania się?

Mark i Joanna, bohaterowie filmu Stanleya Donena „Dwoje na drodze”, poznają się na autostopie. Gdy przemierzają francuską Riwierę, w jednej z kawiarń obserwują kobietę i mężczyznę, którzy siedzą razem przy stoliku i nie odzywają się do siebie, nawet na siebie nie patrzą. – Co to za ludzie? Siedzą naprzeciw siebie i nie mają sobie nic do powiedzenia? – pyta w pewnej chwili Joanna. – Małżeństwo! – odruchowo odpowiada Mark.

Mijają lata. Mark i Joanna co roku jeżdżą coraz lepszym samochodem na coraz bardziej luksusowe wakacje. A zarazem coraz mniej mają sobie do powiedzenia. Aż któregoś dnia orientują się, że właśnie siedzą przy stoliku w jakiejś kawiarni i nie odzywają się do siebie, nawet na siebie nie patrzą... Jak para, którą widzieli przed laty...

Co się z nimi stało? Czy zajęci codziennym krzątaniem, przestali ze sobą rozmawiać i w efekcie oddalili się od siebie? Czy też coś zmieniło się w ich relacji, wypaliło, przebrzmiało – o czym więc mieliby rozmawiać? Wszystko sobie powiedzieli, tak przynajmniej czują. I wydaje im się, że wiedzą, co powie to drugie, jeszcze nim otworzy usta.

POLECAMY

Problemy w komunikacji często przedstawiane są jako główne źródło wszystkich nieszczęść w relacjach. Można nabrać przekonania, że wystarczy dobrze się z kimś – mężem, żoną, dzieckiem, szefem czy partnerem – komunikować, by nigdy się nie pokłócić. Jednak przyczyn niepowodzenia w kontakcie z drugą osobą nie upatrywałabym wyłącznie w zakłóconej komunikacji, choć na pewno ma ona duże znaczenie. Jest jak drzewo, którego korzenie sięgają głęboko, a jego kondycja świadczy często o tym, co znajduje się w glebie, z której wyrasta. Glebą w porozumiewaniu się jest właśnie relacja.
Co o relacji Marka i Joanny po latach mówi ich milczenie we dwoje?

Głaski na wagę życia

Ulegamy złudzeniu, że rozmawiamy głównie po to, by wymienić się informacjami, a w efekcie skuteczniej działać, zaspokajać swoje potrzeby i odpowiadać na potrzeby innych. By poprzez wymianę myśli i uczuć wzbogacić swój świat wewnętrzny o to, co wnoszą do niego inni ludzie.

To jednak tylko część prawdy. Rozmawiamy ze sobą także wtedy, gdy żadne informacje nie są nam potrzebne. Komunikacja służy bowiem głównie nawiązywaniu i podtrzymywaniu relacji. Dzięki niej dokonuje się to, co amerykański psychiatra i twórca analizy transakcyjnej Eric Berne określał jako „wymianę znaków rozpoznania”, czyli głasków. Już nowo narodzone dziecko próbuje nawiązać relację z matką i komunikuje się z nią nieustannie, na długo zanim opanuje sztukę mówienia. Bycie dostrzeżonym i utrzymywanie pełnego miłości kontaktu z matką jest niezbędne, by mogło się prawidłowo rozwijać, uczyć, żyć.

Z tej potrzeby nigdy nie wyrastamy, przez całe życie potrzebujemy wymiany głasków. Ci, którzy potrafią w ten sposób podtrzymać bezpośrednie kontakty, są – jak dowodzi w książce Efekt wioski kanadyjska psycholog Susan Pinker – zdrowsi, szczęśliwsi i lepiej wiedzie im się finansowo. Nawet powierzchowne kontakty, które często bagatelizujemy – jak choćby prosta wymiana gestów, pozdrowień i uprzejmości w rodzaju: „Dzień dobry, co słychać?” – znacząco wypływają na nasze samopoczucie, poczucie własnej wartości i nastrój. Okazuje się, że ludzie otoczeni gęstą siecią relacji społecznych dłużej żyją, rzadziej mają problemy psychiczne, mniej chorują, mają większe szanse przeżyć różne katastrofy, rzadziej zapadają na przewlekłe, zagrażające życiu choroby.

Tę sieć relacji tkamy, komunikując się z ludźmi. Kiedy mówimy o porozumiewaniu się, zwykle myślimy o zamierzonej, świadomej wymianie informacji. Mnie jednak bardziej przekonuje to, że jeśli dwie osoby są ze sobą w kontakcie, zawsze zachodzi między nimi komunikacja. Wystarczy, że zauważą nawzajem swoją obecność.

A gdy z upływem lat przestajemy się zauważać, gdy partner staje się wyposażeniem naszego życia niczym mebel, komunikacja nieuchronnie zanika. Siedzimy naprzeciw siebie i nie mamy sobie nic do powiedzenia.

Razem w szklance

Zwykle przywiązujemy większą wagę do mówienia. Tego – przemawiania, przekonywania, ubierania myśli w słowa – uczymy się na specjalistycznych kursach. Wszyscy mówią, ale niewielu zdaje się naprawdę słuchać.

Słuchanie wydaje się nam proste, kojarzymy je bowiem z biernym odbiorem. Tymczasem niełatwo jest kogoś wysłuchać, bo trzeba dać mu priorytet. Uznać, że jest ważniejszy od nas. Poruszyć w sobie jakąś część zainteresowaną jego światem. Poświęcić uwagę jego uczuciom, jego sposobowi widzenia rzeczywistości. Dawać mu emocjonalne odzwierciedlenie.
Podstawową barierą w słuchaniu jest to, że często nie chcemy słyszeć niczego poza tym, co sami myślimy. Odmienne zdanie mogłoby wywołać trudny do zniesienia dysonans i musielibyśmy zmienić coś w naszym sposobie myślenia. Wolimy tego uniknąć, dlatego nie zadajemy pytań, tylko prowadzimy niekończący się monolog albo nie słuchamy odpowiedzi.

Bycie wysłuchanym to prawdziwie leczące duszę doświadczenie, w którym rozmówcy otwierają się na siebie nawzajem. Wytwarza się wtedy jakaś trzecia jakość, która przemienia każdą z osób. W głębokiej i prawdziwej rozmowie granice pomiędzy mówiącym i słuchającym zacierają się, zdania płyną, wynikają z siebie wzajemnie. Nie ma już znaczenia, co i przez kogo zostało powiedziane. Kiedy ludzie mówią, że rozumieją się bez słów, często mają na myśli właśnie ten stan intymnej bliskości, który zdarza się w relacji z ważnymi dla nas i naprawdę bliskimi ludźmi. Myśli swobodnie przepływają, a przestrzeń kontaktu wypełnia się czymś ulotnym. Z takiej rozmowy wychodzimy umocnieni i szczęśliwi. Przez chwilę byliśmy dla kogoś całym światem i ktoś dla nas przez moment był światem. Pewna reporterka zapytana, jak przekonuje ludzi, by opowiadali jej o bardzo osobistych sprawach, powiedziała, że stosuje technikę szklanki: wyobraża sobie, że ona i jej rozmówca wpadli do szklanki, są w niej razem i nikt ani nic poza tym miejscem kontaktu nie istnieje.

Savoir-vivre i gadzi mózg

Komunikując się z innymi, zawsze w jakimś stopniu odsłaniamy się – i to nie tylko wtedy, gdy opowiadamy o sobie. Nie zawsze jesteśmy świadomi, że wszystko, co mówimy, ujawnia naszą wewnętrzną narrację o świecie i o nas samych. Podobnie jak mapa nie jest identyczna z terenem, tak nasza narracja oczywiście nie odzwierciedla rzeczywistości w skali 1:1. Nasz obraz świata zawsze jest przetworzony i do pewnego stopnia zniekształcony. Częściowo zniekształcają go nasze mechanizmy obronne. W pewnym stopniu wynika także z przekazów, które otrzymaliśmy od rodziców, i wobec których nadal pozostajemy bezkrytyczni; czasem w ogóle nie zdajemy siebie sprawy, że im ulegamy w swoim postrzeganiu świata i w tym, co uznajemy za możliwe. Moja nauczycielka psychoterapii Josette ten Have-de Labije powiada: „W szkole uczymy się, że dwa dodać dwa jest cztery, a w domu uczymy się, jak patrzeć na siebie i innych ludzi”. Ta wewnętrzna narracja na temat świata determinuje nas i wyraża się w tym, jak traktujemy innych i siebie.

Ostatnie odkrycia neuronauki potwierdzają, że choć większość naszego myślenia wydaje się zdeterminowana przez procesy korowe, a więc świadome, jednak to procesy podkorowe odgrywają istotną rolę w komunikacji. Niezależnie od tego, co słyszymy, zwykle na podkorowym poziomie trafnie rozpoznajemy, czy jest to prawda i czy można komuś ufać. Nasz pierwotny, tzw. gadzi mózg prowadzi nas przez życie pewnie i pozwala rozpoznać, co naprawdę dzieje się między nami. Nie daje się oszukać nawet najbardziej wyszukanym słowom i trikom.

Dlatego nie wierzę w szkolenie skutecznej komunikacji. Nie sądzę, by wyposażenie w narzędzia czy konkretne umiejętności mogło zmienić cokolwiek, jeśli nie jesteśmy świadomi, co stanowi tło tego procesu. Kwestie podstawowego szacunku, postawy otwartości na drugiego człowieka i prawdziwego zainteresowania jego wewnętrznym światem mają zawsze większą siłę niż najbardziej zaawansowane narzędzia.

Markowi, bohaterowi filmu „Dwoje na drodze”, nie brak przecież umiejętności rozmawiania, nawet uwodzenia. Tyle że po latach stosuje je wobec innych niż Joanna pań. Joanna też potrafi słuchać, tyle że straciła ochotę, by wsłuchiwać się w słowa Marka. Dla umiejętności komunikacyjnych zawsze tłem jest postawa, jaką mamy wobec osoby, z którą się kontaktujemy. Nasza nieporadność czy pewna niezgrabność często wyrządza mniej krzywd niż wyzierający z bardzo „asertywnych” i poprawnych komunikatów brak szacunku. Celowo użyłam cudzysłowu – wiele osób zapomina, że asertywne wyrażanie zakłada właśnie postawę szacunku tak wobec siebie, jak i drugiej strony.

Cytryny niezgody

Porozumiewają się zwierzęta, ale tylko człowiek opanował królestwo słów. A skoro zwykle sprawnie się nimi posługujemy, dlaczego tak nam trudno porozumieć się?

Wiele jest tego powodów. Pierwszy, może najważniejszy, wynika z błędów w procesie porozumiewania się. Co innego chciał powiedzieć nasz rozmówca (i w swoim przekonaniu wyraził), a co innego usłyszeliśmy i zrozumieliśmy. Zamiast słuchać, interpretujemy przez pryzmat naszych wewnętrznych narracji. W zabawnym filmie „Jak stracić chłopaka w tydzień” bohaterka prosi partnera, by kupił pięć cytryn. Chce nimi udekorować stół, gdy przyjadą z wizytą rodzice. Wracając z meczu, chłopak w ostatniej chwili przypomina sobie o jej prośbie – kupuje dwie ostatnie cytryny, jakie znalazł w sklepie.

Przynosi je do domu, czując się jak bohater. A ona wpada w rozpacz i nie jest w stanie wytłumaczyć mu, że dwie cytryny nie wystarczą do przygotowania dekoracji, którą sobie zaplanowała. On nie dostrzega sensu zarówno w wizycie rodziców, którą traktuje jako nieprzyjemny, choć konieczny rytuał, jak i w pomyśle, by specjalnie udekorować stół. Nie rozumie, dlaczego ona przywiązuje do tego taką wagę. Pomiędzy partnerami wywiązuje się nieprzyjemna wymiana zdań, która początkowo – ze względu na absurdalny charakter sporu – wydaje się komiczna, ale z czasem ma coraz bardziej dramatyczny przebieg. Pojawiają się jadowite komentarze na temat intencji drugiej strony. Oboje kończą wymianę zdań w poczuciu niezrozumienia i skrzywdzenia.

Dziewczyna myśli: „Jestem dla niego nikim, skoro nawet o takim drobiazgu nie jest w stanie pamiętać. Nie robi nic, o co go proszę. Widocznie to nie jest dla niego ważne. Ja nie jestem ważna dla niego”. Chłopak myśli: „Może jestem do niczego, ale nie chcę być chłopcem na posyłki, nie będzie mną rządzić. Nie dość, że spełniam jej idiotyczne zachcianki, to wiecznie jest niezadowolona i zła. Nic, co robię, nie jest wystarczająco dobre. Ja nie jestem wystarczająco dobry dla niej. Jestem nikim”.

Choć obie strony mają dobre intencje, rozmowa kończy się relacyjną katastrofą. Drugim powodem nieporozumień jest mechanizm samospełniającego się proroctwa. Słuchamy w sposób selektywny, często poszukując informacji, które potwierdzą to, co i tak już wiemy. Obala to mit, jakiemu w większości ulegamy – że jesteśmy racjonalni, obiektywni i niezależni w swoich sądach. Że widzimy to, co jest. Słyszymy to, co zostało powiedziane. W rzeczywistości spostrzegamy głównie to, co potwierdza nasze przekonania; zapamiętujemy lepiej to, co jest zgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. A ponieważ nasze przekonania i oczekiwania wpływają na to, jak się zachowujemy w kontakcie z innymi ludźmi, to w efekcie – mimowolnie i nieświadomie – wywołujemy zwykle takie ich reakcje, których się spodziewaliśmy. Koło się zamyka.

Pręgi na duszy

Co więcej, w relacjach odtwarzamy wzorce, jakie nabyliśmy w pierwszych kontaktach z ważnymi dla nas osobami. To bywa kolejnym źródłem nieporozumień. Pierwszą w życiu szkołą komunikacji jest dom rodzinny. Tu uczymy się określonych wzorców porozumiewania się, a zarazem wzorców relacji. Wiele z nich bezwiednie odtwarzamy później w kontakcie ze znaczącymi dla nas osobami. Być może doświadczyliśmy sytuacji, w której uświadomiliśmy sobie, że właśnie wypowiedzieliśmy do swojego dziecka ten sam znienawidzony tekst, jaki słyszeliśmy kiedyś od własnego rodzica. I przysięgaliśmy sobie wtedy, że nigdy nie zrobimy czegoś podobnego własnym dzieciom. A jednak potęga wzoru bywa silniejsza niż nasze postanowienia.

Ten mechanizm doskonale zobrazowała Magdalena Piekorz w filmie „Pręgi”, na podstawie prozy Wojciecha Kuczoka. Główny bohater, okrutnie traktowany w dzieciństwie przez surowego ojca, tak dalece przyswaja jego narrację, że mimowolnie w dorosłym życiu kieruje do siebie kalki jego wypowiedzi. Odtwarza także jego sposób zwracania się do innych ludzi. Sposób, w jaki bohater żyje i jak traktuje siebie samego, jest odzwierciedleniem surowego i okrutnego traktowania go przez ojca. Choć próbuje się od niego uwolnić i zrywa z nim wszelkie kontakty, szybko przekonuje się, że nosi ojca w sobie i pozostaje z nim w nieustannym dialogu.

Czy tego chcemy, czy nie, rodzinne wzorce komunikacji zakorzeniają się w nas i określają nasze relacje wobec innych.
Nie zawsze komunikując się z kimś, mamy szlachetne intencje. Nie zawsze wymiana zdań służy porozumiewaniu się. Niekiedy staje się narzędziem służącym do atakowania i ranienia partnera. Agresja werbalna jest jednym ze sposobów wyrażenia frustracji. Bywamy agresywni, bo sami nie czujemy się szanowani i nie jesteśmy wtedy w stanie szanować innych.
Myślę, że zbyt małą wagę przywiązujemy do niszczącej mocy słów. Obrażanie słowne, ironia, wyszydzanie i upokarzanie mogą być równie bolesne jak fizyczne ciosy. Nie każdy potrafi się obronić, poradzić sobie z emocjonalnymi skutkami takiego traktowania. Z pomocą przychodzi jedna z umiejętności asertywnych – umiejętność stawiania granic. Abyśmy jednak mogli z niej skorzystać, potrzebny jest szacunek dla samego siebie.

Sposób komunikacji ujawnia nie tylko nasze nastawienie do innych, ale przed wszystkim do siebie. A to warunkuje sposób, w jaki traktują nas inni. Poczucie własnej wartości lub jego brak często ujawnia się w tym, jak się porozumiewamy i...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy