Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Przyjaźń przyjaźnią, ale to ja mam być lepszy

0 362

ukcesy przyjaciół mogą podwyższać naszą samoocenę - pod warunkiem, że zostały osiągnięte w dziedzinie dla nas niezbyt istotnej. Gdy jednak dotyczą dziedziny dla nas ważnej, przyjaźń może się szybko skończyć - pisze BOGDAN WOJCISZ

Dążenie do pozytywnej samooceny, a więc myślenia o sobie pochlebnie, jest zapewne najsilniejszym po-zabiologicznym motywem działania człowieka. Bronimy samooceny, podtrzymujemy ją i podwyższamy na wiele różnych sposobów. Jeden z nich to definiowanie swojego „ja”, czyli rozumienie, kim się jest, jakie własne cechy są ważne, a jakie bez znaczenia. Mamy tu skłonność do uważania, że nasze pozytywy są cnotami ogólnie ważnymi, a przy tym rzadko spotykanymi, zaś nasze negatywy to cechy mało ważne, a w dodatku często występujące. Osoba znająca języki obce będzie więc uważać, że władanie nimi jest konieczną cnotą współczesnego człowieka. Z kolei osoba znająca tylko ojczystą mowę uzna, że ich znajomość to jedynie drobny techniczny szczegół.
Innym dobrze znanym sposobem budowania samooceny jest wyjaśnianie własnych sukcesów i porażek. Te pierwsze uważamy zwykle za skutek naszych zalet (wewnętrznych i stałych), te drugie – za efekt niepomyślnych zbiegów okoliczności zewnętrznych, na które nie mamy wpływu. Jak ów kierowca, który tak wyjaśniał firmie ubezpieczeniowej przyczyny wypadku: „W szybkim tempie zbliżał się do mnie słup telegraficzny. Zacząłem jechać zygzakiem, ale słup i tak mnie trafił, uszkadzając chłodnicę”.
Samoocenę kształtujemy także, porównując się z innymi. Może to jednak doprowadzić do nierealistycznie pochlebnych sądów o sobie. Nieco zabawnym przykładem tego zjawiska jest tzw. efekt bycia lepszym niż przeciętnie. Polega on na tym, że przeciętny człowiek uważa siebie za lepszego od innych przeciętnych ludzi pod niemalże każdym względem: ma ponadprzeciętne poczucie humoru, jest ponadprzeciętnym kierowcą, osobą ponadprzeciętnie życzliwą, lojalną, rozważną i szczerą. Rekordzistami zdają się tu nauczyciele akademiccy: w przeprowadzonych przez Crossa w 1977 roku badaniach aż 94 proc. spośród nich twierdziło, że są osobami o ponadprzeciętnych umiejętnościach przekazywania wiedzy. Jednak studenci są (w swoim mniemania) wcale nie gorsi. Gdy David Dunning przeanalizował wyniki badań przeprowadzonych na milionie (!) studentów, okazało się, że niemal wszyscy uważali siebie za lepiej dających sobie radę w kontaktach z ludźmi niż ich „statystyczni” koledzy, a 60 proc. uznawało swoje umiejętności w tym zakresie za wręcz wyjątkowe.
Rolę porównań z innymi ludźmi wyjaśnia szczegółowo sformułowany przez Abrahama Tessera model utrzymywania samooceny – MUS – który zakłada, że jeżeli inni uzyskują w jakiejś dziedzinie wyniki lepsze od naszych, to nasza samoocena obniża się. Jej obniżenie w efekcie porównań jest tym większe, im większy jest sukces drugiej osoby oraz im jest nam ona bliższa. Jednak cudze sukcesy nie tylko zagrażają, ale stanowią też sposobność do podniesienia samooceny dzięki pławieniu się w cudzej chwale, czyli świeceniu odbitym blaskiem.
Robert Cialdini i jego współpracownicy liczyli na przykład, ilu studentów przychodziło w poniedziałek na zajęcia w koszulkach swojego uniwersytetu, gdy uczelniana drużyna futbolowa rozgrywała w niedzielę mecz. Okazało się, że jeśli zespół wygrywał, następnego dnia rosła liczba studentów ubranych w te koszulki (a podczas wywiadów telefonicznych mówili: „My wygraliśmy”), jeśli zaś przegrywał – malała
(a w wypowiedziach dominowało stwierdzenie: „Oni przegrali”). Przyrost samooceny w wyniku pławienia się w chwale innych jest tym większy, im większy jest ich sukces oraz im są nam oni bliżsi – stąd utożsamianie się kibiców z „własną” drużyną, szczególnie gdy zwyciężyła. Zatem cudze sukcesy mogą samoocenę podwyższać (poprzez pławienie się w cudzej chwale) albo obniżać (poprzez porównania społeczne).
MUS zakłada, że o podwyższeniu lub obniżeniu samooceny decyduje to, jakie znaczenie dla „ja” ma dziedzina, której sukces dotyczy. Jeżeli jest ona istotna dla „ja”, osoba sama dąży do osiągnięcia w niej wysokich wyników, bowiem opiera na nich samoocenę. Cudzy sukces zagraża więc samoocenie i procesy porównań społecznych przeważają nad pławieniem się w cudzej chwale. Jeżeli dziedzina jest nieistotna dla „ja”, osoba nie opiera poczucia własnej wartości na uzyskiwanych w niej wynikach. W takim wypadku cudzy sukces nie zagraża samoocenie, a pławienie się w cudzej chwale przeważa nad porównaniami społecznymi. Na tej zasadzie przechwalamy się siostrą świetnie grającą na skrzypcach albo kolegą ze szkoły, który został ministrem (jeżeli sami nie mamy aspiracji ani wiolinistycznych, an...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy