Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

12 czerwca 2018

Oszukując samych siebie

15

Gdy prawda wydaje się zbyt trudna do zniesienia, uciekamy w kłamstwa, pozwalamy, by rządziły naszym życiem. Początkowo ratują nam życie, ale z czasem sprawiają, że cierpimy coraz bardziej - mówi Jon Frederickson.

Joanna Piekarska: W książce Kłamstwa, którymi żyjemy pokazuje Pan, na jak wiele sposobów oszukujemy samych siebie. Dlaczego to robimy?
Jon Frederickson: Już jako dzieci uczymy się, że pewne nasze myśli, uczucia i reakcje sprawiają, że inni są zdenerwowani. Więc uczymy się je ukrywać, by ważne dla nas osoby zbytnio się nie niepokoiły. Albo zaczynamy kłamać na temat naszych uczuć, albo przełykamy kłamstwa, które usłyszeliśmy o sobie od innych.

Mówiąc o kłamstwach, mamy na myśli tkwienie w iluzjach, zaprzeczanie temu, co jest, czyli różne mechanizmy obronne. Czemu one służą?
To kłamstwa, które sobie mówimy nieświadomie, by uniknąć bólu. Podam przykład: pewna kobieta zdenerwowała się, gdy jej dorosły autystyczny syn wszedł na ulicę, nie rozglądając się. „Wściekłam się na niego” – stwierdziła. „Mało brakowało, a wpadł[-]by pod autobus. Powinien się ogarnąć i zachowywać jak każdy normalny człowiek!” Upewniłem się: „Chciałaby pani, by autystyczny syn stał się normalny?”. „Tak” – przyznała. „A zatem chciałaby pani, by syn nie był sobą?” – spytałem. „On musi się zmienić” – powtórzyła. „Więc syn, który od 40 lat cierpi na autyzm i dotąd nie nastąpiła poprawa, nagle ma się zmienić?” – dopytywałem. „Czy tego pani oczekuje?” Wtedy się zamyśliła: „Nie, chyba nie”. „Od 40 lat czeka pani, by nagle pojawił się zdrowy syn zamiast tego z autyzmem. Kto by o tym nie marzył na pani miejscu. Może jednak powinniśmy pogrzebać razem tego zdrowego syna, którego pani nigdy nie miała i mieć nie będzie?” – zasugerowałem. Kobieta zaczęła płakać. Nie chciałem zadać jej bólu. Ale konfrontując ją z prawdą, pomogłem jej uwolnić się z iluzji. Tak naprawdę nigdy nie przestała czekać na dziecko, które sobie wymarzyła. Dopiero kiedy pozwoliła mu odejść w zapomnienie, mogła zaakceptować prawdziwego syna, którego ma. Nauczyć się kochać go takiego, jaki jest, zamiast hołubić marzenie o tym, kim mógłby być. Mogła w końcu odpuścić nie tylko jemu, ale też sobie. Bo dopóki powtarzała sobie: „Muszę sprawić, żeby syn przestał być autystyczny”, nakładała na siebie niewykonalny obowiązek.

I cierpiała... Taką cenę płacimy za oszukiwanie samych siebie.
Stajemy się chorzy z powodu tych kłamstw. Pozwalamy, by rządziły naszym życiem. Początkowo ratują nam życie, ale z czasem zaczynają nam szkodzić i sprawiają, że cierpimy coraz bardziej. Być może wmówiono nam, że jesteśmy źli – i wierzymy, że zasłużyliśmy na to, co nas spotkało, zamiast uznać, że zostaliśmy przez kogoś skrzywdzeni. Gdy prawda wydaje się zbyt trudna do zniesienia, uciekamy w kłamstwa. Powtarzamy sobie, że wszystko się ułoży, zamiast zmierzyć się z faktem, że nasz syn jest chory albo że małżeństwo się sypie.

Zmierzenie się z prawdą uzdrawia. Czy temu służy psychoterapia?
Pomaga pacjentom skonfrontować się po doros[-]łemu z prawdą, której dotąd unikali. Często dotyka to bolesnych doświadczeń, których nie mogli znieść jako dzieci. Powoli zaczynają dostrzegać swoje kłamstwa, rezygnują z mechanizmów obronnych, których nauczyli się w dzieciństwie. Wtedy były niezbędne, dzięki nim mogli przetrwać, teraz stają się źródłem ich cierpienia.

W jakim sensie? Jak iluzje i obrony rodzą cierpienie?
Ludzie zwykle myślą: „mam depresję” albo „mam zaburzenia lękowe”. A to nie są nasze atrybuty, lecz objawy, do których powstania jakoś się nieświadomie przyczyniliśmy. Ktoś w depresji zwykle krytykuje siebie. Jeśli co chwilę myśli: „jestem beznadziejny”, to w ciągu dnia tysiące razy w ten sposób atakuje siebie – i to go przygnębia. Ważne zatem, by nie myśleć o depresji jak o czymś, co mamy, a raczej jak o czymś, co tworzymy i jak to robimy.
W podejściu, które reprezentuję, czyli w intensywnej krótkoterminowej terapii psychodynamicznej, przyjmuje się, że objawy i problemy pojawiają się z powodu wewnętrznych procesów, których nie jesteśmy świadomi. Często pacjenci nieświadomie zakładają, że inni chcą ich skrzywdzić. Albo nie wiedzą, że są rozzłoszczeni i wydaje im się, że to inni złoszczą się na nich, a oni tylko bronią się na zapas przed wyobrażoną wściekłością innych ludzi. Jedni i drudzy posługują się mechanizmem projekcji. Zakładamy, że pacjenci cierpią z powodu tego, co robią, a czego nie są świadomi. Terapia zaś ma im pomóc zdać sobie sprawę, jak unikają swych uczuć i spróbować się z nimi zmierzyć. Często ludzie nie są świadomi, jak wiele lęku odczuwają. Mówią o zdenerwowaniu, a to nic innego, jak lęk. Wiele osób odczuwa go przez całe życie i w końcu sądzi, że to normalne. A lęk wpływa na ich samopoczucie. Dlatego sprawdzamy, czy pacjent nie czuje zbyt silnego lęku. Jeśli tak – obniżamy jego poziom. Bo za wysoki lęk uniemożliwia korzystanie z terapii.

Jak to możliwe, że czasem wystarcza kilka sesji, by wypracować zmianę? Czy nie potrzeba czasu, by zbudować przymierze terapeutyczne?
To zależy od pacjenta. Z przymierzem jest jak z mostem: nie jest powiedziane, że każdy powinien mieć dwie mile. Musi być tak długi, jak tego wymaga sytuacja. Jeśli chodzi o budowanie przymierza terapeutycznego, krótkoterminowa terapia psychodynamiczna może działać naprawdę szybko. Możemy szybko pomóc osobom, które często stosują mechanizm projekcji. Gdy pacjent pyta terapeutę: „Czego pan ode mnie chce?”, słyszy: „Naprawdę niczego. A czego pan chce od terapii? Co jest panu potrzebne do realizacji celów?”. To może szybko działać. Gdy ktoś mówi: „Obawiam się pana pytań”, odpowiadamy: „Nie mam prawa zadawać żadnych pytań, o ile nie są to pytania, które pan sam chce sobie zadać. Więc zadaję pytania, których pan potrzebuje, by zdobyć informacje niezbędne do podjęcia ważnych dla pana decyzji”. Jeśli szybko zrozumiemy czyjś problem, szybko może się zawiązać przymierze. Wszystko, co pacjent mówi, staje się informacją, w czym potrzebuje on pomocy. Jeśli więc mówi: „Boję się, że pan będzie próbował mnie kontrolować”, to rozumiem, że tu jest problem. I ujawniam to: „Właśnie mi pan powiedział, w czym potrzebuje pomocy. Nie mam prawa pana kontrolować. A nawet gdybym chciał – nie mogę. Nikt nie jest w stanie kontrolować innej osoby. Pytanie brzmi: czy pan chce, byśmy wspólnie przyjrzeli się, jak pan mógłby kontrolować swój lęk, zamiast pozwalać, by lęk kontrolował pana? I czy daje mi pan pozwolenie, bym pomógł panu zyskać silniejsze poczucie kontroli nad własnym życiem?”. Jeśli wypowiedź pacjenta zrozumiemy w ten sposób, każde jego zdanie stanie się nową szansą, by mu pomóc. I szybko zyskamy jego zgodę odnośnie tego, co będziemy robić i dlaczego. Staramy się otwarcie wyjaśniać mu, co robimy, ponieważ jesteśmy w tym procesie razem – psychoterapeuta i pacjent – i nie chcemy, by pacjent poruszał się po omacku. Mówimy: „Czy możemy się przyjrzeć, jak ten problem się przejawia w pana życiu, byśmy mogli dojść, co go powoduje?”. Gdy ktoś mówi o czymś, co się pojawia w relacji z jakąś osobą, pytamy: „Czy to sprawia, że pan źle myśli o sobie? Czy to może pana przygnębiać? Czy miałoby sens, byśmy przyjrzeli się...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy