Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

2 sierpnia 2016

Ochoty na pieszczoty

38

Paradoksalnie, w czasach, kiedy w seksie wolno już prawie wszystko – ile chcemy, z kim chcemy, jak chcemy – dziwnie często tracimy na niego apetyt. Dlaczego? Być może właśnie dlatego, że tak za nim gonimy. Czego nie robić, by cieszyć się seksem?
 

Moja żona jest obiektem seksualnym. Za każdym razem, gdy proszę o seks, ma obiekcje – żali się jeden z bohaterów Woody’ego Allena. Nie tylko on – wiele osób dostrzega u siebie spadek libido. Większość porad udzielanych przez seksuologów oraz publikacji na tematy intymne dotyczy ostatnio kwestii, jak przywrócić pożądanie. Ale im bardziej za nim gonimy, tym bardziej ono słabnie. Dlaczego? Być może za bardzo i za dużo chcemy, a chcąc dobrze, wpadamy w różne pułapki i błędne koła. Jakich błędów unikać, by nie stracić radości i świeżości w sypialni?

Gadżety kontra nuda
Daniel i Joanna zgłosili się do mnie, gdy nie powiodły się ich samodzielne próby wzbogacenia małżeńskiego pożycia. Po kilku latach związku zauważyli, że kochają się rzadko, coraz rzadziej, najwyżej raz, dwa razy w miesiącu. Czuli się z tym źle i martwili się, co to może oznaczać dla ich przyszłego wspólnego życia. Na własną rękę próbowali coś zmienić, ich szafa wzbogaciła się o seksowną bieliznę, a szafki nocne zapełnili wibratorami, kajdankami i innymi akcesoriami, których właściwie nie używali. Czuli, że zmiany, które usiłują wprowadzać, są sztuczne. Że brakuje w tym spontaniczności. Na przykład umawianie się, że dziś się przebiorą za sułtana i niewolnicę z haremu albo użyją jakiejś zabawki – kajdanek czy pejcza – wcale nie wyzwalało w nich emocji i przypływów pożądania.

Zaczęliśmy rozmawiać, jakie mają zwyczaje, jak spędzają wspólny czas. Okazało się, że również tu wkradła się monotonia. Dopytywani – przyznali, że w zasadzie nie mają swojego odrębnego życia, pomysłów na spędzanie czasu osobno. A wspólne wieczory i weekendy upływają zawsze tak samo: „jałowo”, „na kanapie”.

Nawet najbardziej wyszukanych gadżetów nie mamy ochoty użyć, gdy brak odpowiedniego nastroju, klimatu. Trudno wyciągnąć seksowną bieliznę między sprzątaniem a planowaniem zakupów. A spędzanie czasu w atrakcyjniejszy sposób wymaga wysiłku i zmiany nawyków. Ale warto! Daniel i Joanna wyciągnęli z garażu rowery. Zaplanowali codzienne przejażdżki po lesie, a w weekendy długie trasy z przygodami. Poczuli przypływ energii, także w łóżku. Po kilku tygodniach mogliśmy z sukcesem zakończyć nasze spotkania.

Dlaczego nuda i monotonia są tak podstępnym wrogiem miłości i erotyki? Bo zazwyczaj towarzyszą im różne negatywne stany i emocje. Narastają irytacja i rozdrażnienie, a także przekora, małostkowość i czepianie się o wszystko. Partnerzy zaczynają kłócić się o byle co – każdy pretekst jest dobry. Nieświadomie któreś wywołuje spięcia, byle tylko coś się zadziało. I na krótko rzeczywiście „się dzieje”, ale taki sposób na małżeńską nudę mnoży konflikty, a pożądanie znika! Czasami doprowadza to do kryzysu w relacji i uśmierca intymność.

Szczęśliwie na nudę i brak ochoty na igraszki istnieje antidotum, proste i powszechnie dostępne – jest nim ruch, czyli aktywność fizyczna, a także kreatywność, otwartość na nowe doświadczenia oraz spontanicznie podejmowane działania. Wystarczy wyłączyć laptopa, wstać z kanapy, wybrać się na tańce, pobiegać, pograć w squasha, a serce bije szybciej, krew żywiej krąży i kto wie, jak się to rozwinie...

 

Rozkosz w liczbach

Prof. Zbigniew Izdebski od lat studiuje życie seksualne Polaków. Jaki obraz wyłania się z jego badań? Wolimy się kochać wieczorem, między godziną 21 a północą. Najczęściej wybieraną porą na seks jest weekend, a konkretnie sobota. Przynajmniej raz w tygodniu uprawia seks zdecydowana większość Polaków (71 proc.). I większości do szczęścia to wystarczy. Nieliczni (bo ok. 5 proc.) współżyją codziennie. Równie nieliczni (ok. 2 proc.) przyznają, że ostatni stosunek mieli ponad rok temu. Średni czas stosunku, wraz z grą wstępną, wynosi około 13 minut. I skraca się – jeszcze dekadę temu było to 18 minut. Życie seksualne rozpoczynamy około 18. roku życia, kobiety średnio pół roku później niż mężczyźni. W ciągu życia mamy około 4 partnerów seksualnych (dokładniej 4,28) i dwa stałe długotrwałe związki, czyli takie, które trwały przynajmniej pół roku. Czasem zdarza się nam „skok w bok” – przyznaje się do niego 21 proc. mężczyzn i 12 proc. kobiet. Seks jest ważny w naszym życiu, ważniejszy dla mężczyzn niż dla kobiet – za dość bądź zdecydowanie istotny seks uznało 58,9 proc. mężczyzn i 47,4 proc. kobiet. Większość Polaków jest zadowolona ze swego życia seksualnego. Tak twierdzi 68 proc. mężczyzn i 67 proc. kobiet. Czy to wyraz mistrzostwa w ars amandi, czy niskich oczekiwań? Oprac. na podst. danych z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego

Nie prośbą, lecz uwodzeniem
Niekiedy jedno z partnerów inicjuje erotyczny klimat, proponuje zbliżenie, a drugie nie tylko nie odpowiada entuzjastycznie, ale „ma obiekcje”, prycha i fuka. Zdarza się, że ten inicjujący reaguje wtedy dramatycznie: obraża się, demonstracyjnie opuszcza sypialnię i przenosi się na kanapę, ma pretensje lub wręcz robi awanturę. Takie reakcje jednak tylko pogarszają sytuację. Partnerzy z mniejszym libido muszą znosić płacz, krzyk albo fochy. Nie jest to zbyt seksowne, prawda?

Adam zgłosił się na konsultację, gdy dotarło do niego, że swymi oczekiwaniami przytłacza partnerkę. A im częściej narzekał, że za rzadko się kochają, tym bardziej zniechęcał Annę do seksu. Ona czuła się przypierana do muru, co wyzwalało w niej raczej złość niż ochotę na pieszczoty. Kto chciałby się kochać pod presją, z przymusu?

Gdy Adam spróbował postawić się na jej miejscu, doszedł do wniosku, że sam chciałby być raczej uwodzony, a nie upominany. Wykorzystał to w praktyce. Podczas rodzinnego spotkania zaczął pisać do Anny zmysłowe SMS-y. Komplementował jej ciało i składał śmiałe propozycje. Oboje dobrze się bawili tą tajemną korespondencją na wydawałoby się nudnym spotkaniu. Po powrocie do domu spędzili bardzo namiętny wieczór.

Co można zrobić, gdy druga połowa traci ochotę na seks? Nie ukrywajmy, że my chcemy się kochać i być z nią blisko, ale też pokazujmy, że potrafimy poczekać. Oferujmy swoje wsparcie i zrozumienie. Odradzałabym obrażanie się, stawianie granic (np. wyprowadzenie się ze wspólnej sypialni). Bardziej prawdopodobne, że do upragnionej bliskości dojdzie, gdy zachowamy łączącą nas więź fizyczną, czułość, drobne codzienne gesty związane z dotykiem, takie jak pocałunki na powitanie i pożegnanie. Jeśli kobieta traci zainteresowanie seksem, może to być sygnał, że brakuje jej relaksu. Być może próbuje spełniać oczekiwania innych – rodziców, dzieci, partnera, współpracowników, ale brakuje w jej życiu miejsca na luz i wypoczynek. Mężczyzna może starać się jej to zapewnić: wyręczać, zrobić zakupy, pomasować stopy, podać kieliszek wina... Kobieta poczuje miłe odprężenie, co zaowocuje wdzięcznością, wdzięczność przerodzi się w czułość, a stąd już krok do intymnego zbliżenia.

Bez poświęcenia
Nie należy jednak mylić troski o małżonka czy partnera i odpowiedzialności za jego potrzeby z poświęcaniem się. Wzajemna odpowiedzialność zakłada czasem kompromisy. Poświęcanie się to coś innego – oznacza całkowite podporządkowanie się potrzebom partnera. Tylko on decyduje, jak często para się kocha. Partner z mniejszym libido zmusza się więc do częstszych stosunków, szybko przestaje czerpać z tego jakąkolwiek radość i przyjemność. U kobiet, które z trudem osiągają stan podniecenia, może w takiej sytuacji pojawić się kłopot związany z suchością pochwy, co skutkuje bolesnymi stosunkami i gasi pożądanie.

Jak podsumowuje seksuolożka i edukatorka dr Alicja Długołęcka w książce Seks na wysokich obcasach: „Z poświęcania się nic dobrego nigdy nie wynika, czy o seks, czy o gotowanie chodzi. Jak się będziemy poświęcać, codziennie gotując obiad, to po pierwsze będzie niedobry, a po drugie, pewnego dnia rzucimy talerzem, bo ile można. W seksie też ktoś się zbuntuje. Albo będzie bardzo smutny”. Seks na smutno? Kto by chciał?

Problem narasta w ukryciu
Czasem zmagamy się z konkretnym problemem w sferze intymnej, takim jak przedwczesny wy- trysk, stulejka czy ból podczas stosunków. Zma- gamy się z tym sami, bo trudno nam rozmawiać o intymnym problemie z najbliższą osobą. Próbujemy więc ukrywać kłopot, mężczyźni po kryjomu zażywają leki czy suplementy mające poprawić ich zdolność do osiągania i utrzymania erekcji. Gdy domowe sposoby nie pomagają, zaczynamy unikać seksu, by nie poczuć skrępowania, nie dopuścić do „kompromitacji”, „nie stracić twarzy” – takie powody często słyszę na spotkaniach terapeutycznych. Brak intymności powoduje jeszcze poważniejsze problemy w związku, konflikty narastają i nierzadko grożą rozstaniem. Dopiero na tym etapie, czasem po wielu latach, on lub ona jest w stanie przyznać, że ma kłopot, dysfunkcję seksualną. Dla części związków bywa już niekiedy za późno, nie zawsze da się odbudować więź i zaufanie. Druga osoba przez wiele lat mogła czuć się zaniedbywana, opuszczona. Teraz nie jest w stanie wspierać partnera w terapii i czekać, aż będzie lepiej. Lepiej zatem nie czekać. Nie ukrywać przed partnerem, że coś „nie działa tak, jak trzeba”. Czasem wystarczy jedna wizyta u specjalisty, by na nowo móc się cieszyć seksem i oddalić kryzys w związku.

Pożądanie w czasach gradobicia

Miłość i pożądanie często rodzą się we wstrząsających sytuacjach – podczas gradobicia lub na chybotliwym moście nad przepaścią. Dlaczego? Odpowiedzialny za to jest transfer pobudzenia, czyli przesunięcie pobudzenia emocjonalnego wywołanego gradobiciem na obecne w tej sytuacji osoby. Wyobraźmy sobie, że oglądamy film, gdzie złoczyńca krzywdzi niewinnego bohatera. Im bardziej rozzłości nas jego postępek, tym bardziej ucieszymy się, gdy kilka minut później zostanie złapany i surowo ukarany. Albo, jak uczestnicy eksperymentu Donalda Duttona i Arthura Arona, schodzimy właśnie z chybotliwego mostu wiszącego nad przepaścią. I napotykamy kobietę, która przeprowadza ankietę. Serce bije nam mocniej, krew żywiej krąży, w efekcie kobieta wydaje się atrakcyjniejsza niż wtedy, gdybyśmy ją spotkali, siedząc spokojnie na ławce. Dolf Zillmann, twórca teorii transferu pobudzenia, zauważył, że pobudzenie emocjonalne wywołane przez jakiś bodziec zalega w organizmie pewien czas (około 10 minut) i utrzymuje się, gdy bodziec przestanie działać. W efekcie pobudzenia emocjonalne pochodzące z różnych źródeł mogą się kumulować, a my nie potrafimy ich odróżnić i przypisujemy je jednemu czynnikowi – zwykle temu, który działa w aktualnej sytuacji. Aby nastąpił transfer pobudzenia, muszą być spełnione pewne warunki. Po pierwsze, drugi bodziec musi pojawić się, zanim wygaśnie pobudzenie wywołane pierwszym bodźcem. Zwykle transfer zachodzi między 3. a 10. minutą po zaprzestaniu działania pierwszego źródła pobudzenia. Po drugie, pojawić się musi błędna atrybucja: doświadczając pobudzenia, skłonni jesteśmy przypisać je w całości kolejnemu pojawiającemu się bodźcowi. Nie jest istotne, co wywołuje kolejne pobudzenie i jaka emocja się pojawia. Ważny jest stan ekscytacji. Na przykład, jak pokazały badania, ćwiczenia fizyczne mogą nasilać agresję, podobny efekt wywołują różne stresory, takie jak: ból, tłok, lęk, nieprzyjemny zapach, a także oglądanie horrorów albo filmów erotycznych. Jednak te same czynniki mogą też nasilać skłonność do pomocy albo pożądanie.

Orgazm prawdziwy i te inne
Radość z igraszek psują nam często bezkrytycznie przyjmowane stereotypy i przekazy rodzinne, które kształtują negatywne postawy wobec seksu. Już w młodości zdarza się nam słyszeć, że „kobiety manipulują seksem”, „mężczyznom chodzi o jedno”, „to mężczyzna ma inicjować” itp. Wiele osób do dziś wierzy, że do „prawdziwego” orgazmu dochodzi w wyniku stosunku dopochwowego, a orgazm osiągany w wyniku stymulacji łechtaczki jest mniej prawidłowy. Z mitem tym już w latach sześćdziesiątych minionego wieku rozprawiła się para amerykańskich badaczy i seksuologów – William Masters i Virginia Johnson. W książce Współżycie seksualne człowieka wykazali, że wszystkie orgazmy w sensie fizjologicznym są takie same. Nie ma znaczenia, w jaki sposób do nich doprowadzimy, angażują całe nasze ciało i umysł. Mało tego, tak zwany orgazm pochwowy jest osiągany również dzięki stymulacji łechtaczki – penis, wchodząc w pochwę, napiera na wargi sromowe mniejsze, a one stymulują łechtaczkę.

Właśnie przekonanie o wyższości orgazmu pochwowego przez długi czas zakłócało życie intymne Elwiry, 21-letniej studentki. Gdy zgłosiła się do seksuologa, była w związku od ponad roku. Dla dziewczyny i jej chłopaka dużym problemem był brak u niej orgazmu w trakcie stosunku. Podobne doświadczenia miała już w poprzednich relacjach. Rozpoczęła życie seksualne w wieku szesnastu lat. Jej pierwszy partner był od niej o kilka lat starszy, nie krył rozczarowania, że ona nie szczytuje. Było to dla niej na tyle bolesne doświadczenie, że w kolejnej relacji postanowiła udawać orgazm. Zaoszczędziło jej to wprawdzie konfliktów, ale udawany seks nie sprawiał przyjemności. To tak, jakby udawać, że smakuje nam danie, które jemy – można, tylko po co? Skońc...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy